Recenzja: Dreamies - Auralgraphic Entertainment

Proszę sobie wyobrazić… Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Wtedy się zdążały takie historie. Pewien mężczyzna, zamożny członek amerykańskiej klasy średniej jednego dnia postanawia zmienić swoje życie. Rzuca atrakcyjną pracę, schodzi do piwnicy i zaczyna snuć sen utkany dźwięków. Sen, jak to zwiewne marzenie, utkany jest z fragmentów rzeczywistości udrapowanych jednak na mistyczną podróż na przekór przyzwyczajeniom odbiorców dźwięków. Takie rzeczy zdarzały się w latach siedemdziesiątych, proszę sobie wyobrazić.

Słyszymy gitarę akustyczną, delikatne frazy powtarzane w nieskończoność. Za chwilę niepokojące dźwięki syntezatora Mooga. A tu jeszcze głos, z początku delikatny śpiew, przypominający Cata Stevensa, a za chwilę… Tak, to chyba, ten prezydent, zastrzelony w Dallas. Kennedy. Niepokojące brzmienie syntezatora wzmaga się. Tak to robiono w latach siedemdziesiątych. Co jeszcze słyszymy. Ach! Bitelsi, posłuchajcie, przecież to „All You Need Is Love”, ale dlaczego wcześniej słyszymy wybuchy bomb? Delikatny głos przedziera się przez odgłosy wystrzałów i snuje opowieść o śnie. Marzeniu, które odeszło, a może nadal jest z nami? Nienamacalne lecz obecne. Tak, to się mogło wydarzyć w latach siedemdziesiątych. Muzyka nagrywana przez mężczyznę w piwnicy z każdą minutą staje się coraz mroczniejsza. Na początku to tylko dotknięcie rzeczywistości, która nie należy do najprzyjemniejszych, sen bywa przyjemny. Z czasem jednak, gdy zanurzamy się w coraz mroczniejsze obszary zaczynamy czuć samotność i chłód.

Wtedy i dziś zdarzają się takie historie.

Płyta „Auralgraphic Entertainment” podpisana szyldem Dreamies to de facto solowy projekt pana o nazwisku Bill Holt. Nie wiem czy świadomie czy nie, ale tworząc materiał na ten album podążał podobną drogą jak Brian Eno czy członkowie Tangerine Dream, gdy w podobnym czasie ujarzmiali syntezatory i tworzyli nowe gatunki muzyczne. Zawartość albumu można określić mianem eksperymentalnej muzyki elektronicznej lub pierwocinami ambientu. Mamy do czynienia z dwoma długimi kompozycjami mającymi po 25 minut każda. O ile pierwsza, nazwana „Program Ten” jest bardziej melodyjna, druga, czyli „Program Eleven” jest mroczniejsza, bardziej posępna, miejscami wręcz depresyjna. Wszystko jednak tworzy zamkniętą całość. Muzyczny sen (dlatego przypomniałem Mandarynkowy Sen powyżej), który tworzy całość. Hipnotyczny, elektryzujący eksperyment muzyczny, który posiada jedną ważną cechę. Jest przyswajalny, a dla osób lubiących podobne klimaty może być wręcz zachwycający. Uwielbiam tego typu podróże muzyczne. Kiedy autor nie zapomina, że jego dzieło powinno być zrozumiale choćby dla wąskiego grona słuchaczy.

Takie rzeczy się zdarzały w latach siedemdziesiątych.

Wybitny album. Ocena 5/5. Polecam.