Dyskutować czy nie dyskutować, oto jest pytanie

Święta są dla mnie od zawsze związane z rozmowami w szerokim gronie całej rodziny zgromadzonej przy świątecznym stole. Tematy porusza się przeróżne, ale zawsze kończy się na zażartych dyskusjach z polityką w tle. Omawia się bieżące wydarzenia i debatuje o sprawach bardziej ogólnych. Trudno mi sobie wyobrazić jakiekolwiek zgromadzenie rodzinne bez takich rozmów.

Uważam, że fajnie jest czasem, nie tylko od święta, z kimś podyskutować o sprawach poważniejszych niż najnowsze buty znanej piosenkarki. Od czasu do czasu warto porozmawiać o polityce, o ideach, o religii czy o sprawach społecznych. Taka wymiana zdań jest z korzyścią dla obu stron, a przy okazji może być niezwykle ciekawa. W rozmowie kształtują się poglądy na różne kwestie, zarówno te bardziej ogólne, jak i szczegółowe. Przy okazji można dowiedzieć się czegoś, czego nie wiedzieliśmy — przecież nikt z nas nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkimi doniesieniami. Poza tym konieczność przedstawienia własnego zdania zmusza nas jednocześnie do przygotowania sobie właściwej argumentacji, a więc do gruntownego przemyślenia i uporządkowania własnych poglądów.
 
Jednak trzeba pamiętać, że zetknięcie z drugim człowiekiem i jego doświadczeniami nie pozostaje bez wpływu. Rozmawiając z kimś, można przyjąć dwie postawy. Można z góry odrzucić wszystko, z czym się niezupełnie zgadzamy, ale wtedy trudno mówić o rozmowie. Można też spróbować wysłuchać argumentów drugiej strony i podjąć próbę ich zrozumienia. Tylko w tym drugim przypadku naprawdę rozmawiamy z kimś — wymieniamy się poglądami, doświadczeniami i opiniami na różne tematy. Jest to konstruktywne i pozwala naszej argumentacji przejść „próbę bojową”. Rozmowa, w której obie strony z uwagą się słuchają i próbują zrozumieć, pomaga i sprzyja spójności poglądów, ale jednocześnie powoduje, że obie strony zbliżają się do siebie poglądowo. Ten mechanizm prowadzi do powstania grup czy środowisk opartych na pewnej jedności światopoglądowej wynikającej z ciągłej dyskusji i wymiany myśli. Rozmowy pozwalają do pewnego stopnia uodpornić się na propagandę sączącą się z mediów, gdyż zasłyszane informacje są weryfikowane przez większe grono osób.  Jest to cenne i zwykle z wielką korzyścią. Dzięki tym mechanizmom poglądy się „rozprzestrzeniają” i istnieje możliwość społecznego uzgodnienia wspólnego zdania w jakiejś kwestii.
 
Niestety nie ma róży bez kolców — to, co w wielu wypadkach należy uznać za rzecz dobrą, w niektórych jest zgubne. Teoria konwergencji zakłada, że dwaj uczestnicy sporu upodabniają się do siebie — jest to dość oczywiste — działa tu dokładnie ten sam mechanizm, co w przypadku zwykłych rozmów. Nie da się utrzymywać z kimś kontaktów (czy to przyjacielskich, czy wrogich), nie przejmując jednocześnie części jego cech. Sprawdza się to w przypadku wszelkiego rodzaju konfliktów, również wtedy gdy mówimy o dyskusji światopoglądowej. Debatując z osobami, których poglądy są całkowicie sprzeczne z naszymi, chcąc nie chcąc w pewnym momencie się do nich zbliżymy. To już trudno ocenić pozytywnie.
 
Prowadząc badania do pracy magisterskiej, dowiedziałam się od moich rozmówców, że nie rozmawiają z osobami, z którymi w ogóle się nie zgadzają. Ludzie twierdzili, że po prostu nie mają o czym rozmawiać. Sądzę, że można to uznać za swoiste uproszczenie. Nie chodzi o to, że moi rozmówcy nie mieli o czym rozmawiać, tylko nie chcieli rozmawiać z osobami należącymi do innych dyskursów. Zapewne problem ze zrozumieniem innego dyskursu (czyli dosłownie rozumiane „nie mamy o czym rozmawiać”) był faktycznym problemem, ale faktem jest także, że wcale nie starali się oni tych trudności przezwyciężyć — zwyczajnie nie byli zainteresowani rozmową. Po wstępnej weryfikacji oceniali, czy z daną osobą jest sens dyskutować, i jeśli uznali, że jej światopogląd jest nazbyt odmienny, nie podejmowali prób dialogu. Najwyraźniej elementem wiedzy potocznej jest to, że z „obcymi” się nie rozmawia.
 
W wysoko rozwiniętych społeczeństwach wiedza potoczna rozumiana najprościej traci na znaczeniu. Zastępuje ją wiedza ekspercka firmowana autorytetem ludzi, którzy rzekomo (lub faktycznie) znają się na rzeczy. Co do zasady rzecz jasna nie różni się ona niczym od wiedzy potocznej, poza tym, że legitymizuje ją nie tradycja i doświadczenie, a nauka (lub pseudonauka). W pewnych dziedzinach jest to być może korzystne, ale niestety w innych jest zgubne, a zjawisko zachodzi wszędzie. Akurat w przypadku kontaktów z obcymi (niezależnie od tego, jak wąsko bądź szeroko będziemy to pojęcie rozumieć) wskazana jest daleko posunięta ostrożność, którą dziś mało kto zachowuje.
 
Dyskutujemy w Internecie z całkiem sobie obcymi ludźmi, rozmawiamy o sprawach, które nie powinny wychodzić poza cztery ściany naszych mieszkań, zdarza się nawet, że otwieramy się bardziej przed obcymi niż przed najbliższymi. Ten brak rozwagi w kontaktach za pośrednictwem sieci często przenosi się na świat realny, a połączony z naturalną ciekawością, jaką budzi w nas wszystko, co inne, może być katastrofalny w skutkach.
 
Co jakiś czas ktoś z moich znajomych stwierdza, że zaczął czytać prasę (czy przeglądać portale) odmienne światopoglądowo — zdaje się, że zrobiło się to modne. Pytam wtedy zawsze: „a po co?”. W odpowiedzi dowiaduję się, że jest to ciekawe poznawczo, że pozwala na dialog, że jest cenne i rozwija. Nie bardzo wiem, co w tym ciekawego — jeśli X uważa, że fajnie jest zabić nienarodzone dziecko, to zapoznanie się bliżej z jego poglądami wydaje mi się zupełnie nieinteresujące — wiem, co sądzi, i wiem, że się nie zgadzam. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Zapewne dokładne poznanie opinii innych pozwala na dialog, i faktycznie dialog rozwija, ale o czym ja mam dyskutować z X? X głosi tezy, z którymi nie zgadzam się co do zasady i które są sprzeczne ze wszystkim, w co wierzę. To, jak on je uzasadnia, jest kwestią zupełnie nieistotną. Jedyne, co mogę zrobić w rozmowie z X, to przekazać mu swoje poglądy wraz z uzasadnieniem. Nie bardzo widzę sens w wysłuchiwaniu jego racji, bo po co? Czy jest szansa na uzgodnienie wspólnego stanowiska, czy chcemy wypracować kompromis, czy chcę mu dać szansę przekonania mnie? Oczywiście odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: nie. Powiem więcej — kompromis czy zbliżenie stanowisk byłyby w tej sytuacji niepożądane. Po co więc rozmawiać? Dla zaspokojenia czczej ciekawości?
 
Wiedza potoczna dostarcza prostych i jasnych odpowiedzi — również i na ten problem. Sądzę, że nie warto odrzucać tego, co podpowiada tradycja i doświadczenie. Zawsze twierdziłam, że rozmowy są ważne, ale trzeba bardzo starannie dobierać rozmówców, gdyż w przeciwnym razie dialog może przynieść więcej szkody niż pożytku. Moda na otwartość i tolerancję dociera wszędzie, ale nie ma sensu jej ulegać. Jeśli wiem, że się z kimś absolutnie nie zgadzam, dyskusja z nim nie wzbogaci mnie ani nie rozwinie. W najlepszym razie będzie stratą czasu i nerwów, a w najgorszym — może spowodować, że uznam, iż jednak być może jakiś sens w tych twierdzeniach jest. Dyskutować trzeba, ale rozmówców trzeba dobierać mądrze.