Ekologia polityczna - prawo i pięść

W przyrodzie występują skomplikowane układy, które powstają przez spontaniczne oddziaływanie wielu elementów, na podstawie stosunkowo prostych i nielicznych reguł. Takie układy to np. płatki śniegu, mrowisko (ruch mrówek łatwo zasymulować), a w świecie komputerów najbardziej znane są fraktale, czyli skomplikowane rysunki wykonane na podstawie wzoru matematycznego. Społeczeństwo ludzkie jest w pewnym sensie takim fraktalem. Z niedużego zbioru reguł czy przekonań wyrastają całe systemy prawne i cywilizacje.

Cywilizacji zbudowane wg takiego schematu mają ograniczenia, które trudno im pokonać. Utrzymywanie struktury sieci troficznej dopasowanej do ustalonej hierarchii jest najwyższym dobrem, przez co sieć traci zdolności adaptacyjne. Przykładowo, pomysłowy szewc, zamiast kierować się na znalezienie lepszego sposobu produkcji butów, kieruje się na zajęcie lepszego miejsca w hierarchii cechu szewców. A jeśli pojawi się jakiś producent, który jak czeski milioner Bata postanowi wyjść z innowacyjnym produktem wywracającym do góry nogami hierarchię w świecie producentów obuwia, to cech szewców zakaże produkować tego rodzaju towaru. Im system lepiej skonstruowany, im bardziej uwewnętrznione u ludzi jego reguły, im sprawniejszy aparat przymusu realizujący prawo, tym bardziej innowacyjność nie ma w takim systemie sensu.
 
Drugi problem to demografia, nieustannie rozsadzająca system. Struktura władzy oferuje określoną ilość nisz ekologicznych. System władzy jest ustalony pod aktualny poziom techniczny przekładający się na wydajność przetwarzania energii ze środowiska. Pojawienie się większej liczby ludzi, których nie daje się zagospodarować w obecnej hierarchii i przy obecnym systemie gospodarczym, powoduje zaburzenia groźne dla władzy. Dlatego władza kontrolująca sieć nie jest zainteresowana rozwojem ilościowym systemu, nad którym panuje. Skrajny przypadek takiego „niezainteresowania” mamy w komunistycznych Chinach, które prowadzą politykę jednego dziecka.
 
Powoduje to, że systemy oparte na przemocy i korzyści zastygają na pewnym poziomie rozwoju, który nie może być kontynuowany bez rozbicia dotychczasowej hierarchii. Pouczające są przykłady awansu cywilizacyjnego Chin i Japonii. Japonia zaczęła się cywilizować dzięki interwencji zagranicznej. Była to jednak modernizacja przez naśladownictwo. Japońskie elity nie wypracowały własnego sposobu na dogonienie Europy, musiały przenosić instytucje i rozwiązania prawne, jakie wydała z siebie cywilizacja chrześcijańska. Podobnie w Chinach — skopiowano europejskie osiągnięcia techniczne i część instytucji społecznych, jednak ich treść pozostała specyficznie chińska, z podstawowym wymogiem posłuszeństwa wobec decyzji wyższej instancji władzy. Kosztem chińskiej modernizacji była destrukcja dawnego aparatu władzy i ogromne marnotrawstwo zasobów ludzkich, czyli mówiąc wprost — ludobójstwo.
 
Trzeci problem tego typu cywilizacji to konflikt między narzucanymi zbiorowości regułami a koniecznością utrzymywania struktury władzy. W imię wyższych celów, np. zachowania porządku, czyli pożądanej struktury sieci, władza uznaje się za wyłączoną ze zwykłej moralności. W ten sposób podkopuje zaufanie do reguł, których podejmuje się strzec. Jeśli grupa kontrolująca sieć ulegnie pokusie życia poza regułami, które narzucone są zwykłym uczestnikom sieci, jej jedynym argumentem za takim a nie innym porządkiem pozostaje przemoc. System oparty wyłącznie na przemocy jest zaś skazany na klęskę, bo jest po prostu mniej wydajny niż systemy wolnościowe. (Klęskę w tym miejscu rozumiem w kategoriach rozwoju, a nie podboju. Ma się rozumieć, że organizm z cywilizacji mniej wydajnej może pokonać ten z lepiej zorganizowanej, dzięki rabunkowemu wykorzystaniu zasobów lub dzięki większej masie.)
 
Bardzo interesujące są te odmiany cywilizacji opartej na sile i sankcjonowanym przez nie prawie, które z powodu względnej równowagi sił pomiędzy członkami hierarchii wypracowały system rządów zbiorowych. Znanych jest sporo takich systemów. Jednym z nich była grecka polis, która rozpowszechniła się w basenie Morza Śródziemnego. System samorządnych, bardziej oligarchicznych bądź demokratycznych miast-państw był formą cywilizacyjnie atrakcyjną, przejętą także przez inne ludy. Takim ludem byli Latynowie, których miastem był Rzym. Stworzyli oni na tyle prężną wspólnotę, że udało im się zdominować całą Italię, a następnie basen Morza Śródziemnego z przyległościami. Tajemnica ich sukcesu tkwiła w sprawnie egzekwowanym systemie prawnym, w kompromisowym systemie politycznym, w poświęceniu członków wspólnoty zdolnych do wielkich wyrzeczeń, w elastyczności, dzięki której potrafili przejmować najlepsze pomysły wrogów. Grecki historyk Polibiusz przedstawił Rzymian jako tych, dla których służba dla państwa była zaszczytem, a jakakolwiek malwersacja największą hańbą. Przeciwstawił ich swoim rodakom, którym zarzucał dokładnie odwrotną postawę. Jednak nawet tak sprawny system jak rzymski załamał się z powodu rozpadu wspólnoty po wojna punickich, czego rezultatem były reformy Grakchów, dyktatura Sulli, a w końcu dyktatury Cezara i Oktawiana, zachowujące formy republikańskie. Rzym ewolucyjnie przeistoczył się z morderczo sprawnej wspólnoty senatu i ludu w biurokratycznego molocha, który zawalił się w końcu pod własnym ciężarem. Jest to bardzo interesujący przykład, kiedy grupa kontrolująca ekosystem z czynnika, który umożliwił jego rozwój, stała się pasożytem, którego upadek uczestnicy sieci przyjęli z obojętnością lub ulgą. Nie można też zignorować faktu, że Rzym w okresie największej prosperity był państwem o ogromnej rzeszy niewolników, którzy swoją przymusową pracą (a więc utrzymywanych w powiązaniach sieci o nierównych korzyściach, a wręcz w relacjach pasożytniczych) utrzymywali swoich właścicieli. System taki to gigantyczne marnotrawstwo ludzkiego wysiłku i życia.
 
Innym takim systemem były wiecowe wspólnoty barbarzyńskiej Europy, z najbardziej znanymi przykładami Germanów, Słowian czy Irlandczyków. Wspólnoty te oparte były na zgromadzeniach wolnych wojowników, publicznym kulcie oraz prawie zwyczajowym.

Niech nas nie zwiedzie pozorny liberalizm tych systemów. Taki obraz wynika z anachronicznego spojrzenia serwowanego przez kulturę masową oraz literaturę, które pokazywały rzeczywistość antyczną w sposób przypominający współczesność. Tak naprawdę starożytna wspólnota miejska czy system wiecowy nie wychodziły poza logikę przemocy i prawa. Różnica w stosunku do ówczesnych monarchii polegała na tym, że to cała wspólnota i jej przedstawiciele mieli monopol na stosowanie przemocy i to cała wspólnota stała na straży prawa. Zarówno w systemach monarchicznych, jak i u Greków i Rzymian człowiek był członkiem rodu, wspólnoty kultu (np. fratrie w Atenach), albo w inny sposób przynależał do większej zbiorowości. W systemach bardziej pierwotnych (wiecowych), w których indywidualizm rozwinął się w znikomym stopniu, podmiotem prawa wspólnotowego był ród. Prawo, którego zadaniem było zachowanie pokoju między rodami, regulowało stosunki między nimi, samym rodom zapewniając autonomie. Te mniejsze grupy — oparte na wspólnocie krwi lub kultu — były wspólnotami, w których mogły się rozwijać stosunki oparte na zaufaniu. Przyjęcie do rodu nie było czymś zwyczajnym, a raczej rzadkim. Stąd relacje zaufania — poza wspólnotami — były ograniczone i nawiązywane z trudnością. Dodatkowo dużą rolę odgrywała praca przymusowa w postaci niewolników czy ludności zależnej, co oznaczało, że bardzo wiele było relacji o nierównych korzyściach, po prostu pasożytniczych. Nawet dobrze zorganizowana wspólnota, taka jak rzymska lub cesarstwo chińskie, mogła istnieć na drodze wyzysku pewnych grup ludności, ale nie umożliwiała rozwoju wspólnot, a jej zbyt statyczny system władzy (szeroko pojętej) skupiał się na stabilizacji połączeń w sieci, ale w sposób uniemożliwiający optymalizację połączeń. Utrzymanie supremacji hierarchii dotyczyło w takim samym stopniu monarchii perskiej, jak i ustroju greckiego i rzymskiego. System władzy był splecionym z religijnymi obrzędami, podobnie hierarchia religijna była nierozerwalnie złączona (podporządkowana) władzy świeckiej. Przemianę tych stosunków przyniosło dopiero chrześcijaństwo.