Krótka strofa na społeczną degradację

W latach 80-tych został nakręcony jeden z najlepszych, moim zdaniem, polskich seriali. Nie było w nim kreacji na miarę braci Zduńskich ani Ryśka, ani niesamowitych zbiegów okoliczności, ani śmierci poniesionej od uderzenia samochodu w kartony. Były natomiast trudne losy powojennej Warszawy, prawdziwe postacie i teksty, które weszły do życia codziennego: „Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem”, „Jak przyjdzie ochota, to i pies kota wychrobota” czy „Mowa moja będzie krótka”. Parafrazując powiedzenie Bronisława Talara, w tym numerze również moja mowa będzie krótka.

Z różnych stron słyszymy o nadchodzącym kryzysie ekonomicznym: że już za rok, może za dwa lata, a może za dekadę runie bezpieczeństwo finansowe Europy i dużej części świata. W mojej opinii widać już także znamiona kryzysu innego rodzaju — potężnego tąpnięcia w społeczeństwie. Nie chodzi mi nawet o coraz bardziej zauważalny rozpad więzi rodzinnych i społecznych jako rezultat źle pojętego indywidualizmu. Raczej o fakt, iż systematyczne podwyżki cen żywności, paliwa, podatków przy jednoczesnym procesie redukcji etatów w wielu firmach prowadzą do gorączkowej walki o pracę. Sytuację pogarsza fakt, iż z roku na rok przybywa absolwentów szkół wyższych zdeterminowanych do podjęcia pracy zarobkowej zgodnej z ich wykształceniem i aspiracjami. Powiedzmy to wyraźnie, jest ich zbyt wielu.
 
Rozglądając się wokół siebie, czuję przerażenie i narastającą wśród ludzi, zwłaszcza młodych, frustrację. Klasyczne korporacje poszukują zazwyczaj osób, które można „wychować” na idealnego pracownika, zaszczepić w nim ideologię kadry kierowniczej, przysposobić do działania pod presją czasu i stresu. Nie każdy potrafi jednak pracować w takim otoczeniu. Natomiast państwowe placówki, takie jak szkoły, biblioteki, urzędy, przepełnione są osobami w wieku podeszłym (dla których tworzone są tzw. sztuczne etaty, by poczciwa, acz niedowidząca od dawna pani sekretarka mogła dorobić sobie do emerytury) lub „znajomymi królika”. Osobiście znam wiele przykładów obydwu rodzajów. Prócz poszukiwania zatrudnienia w państwowych i prywatnych zakładach istnieje oczywiście możliwość założenia własnej firmy. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, ale troje moich starszych sąsiadów zamyka właśnie swoje sklepy (branża kosmetyczna i odzieżowa). Twierdzą, że nigdy nie było tak źle, choć jeden z nich prowadził swój salon od 1991 roku.
 
Reasumując, istnieje wielkie parcie na rynek ze strony świeżo dyplomowanych magistrów, a nawet, od kilku lat, obecnych studentów. Z drugiej strony, kurczowo trzymają się swoich zajęć osoby w wieku emerytalnym (zwłaszcza wygodnych posad w administracji państwowej czy placówkach edukacyjnych). Wciąż najpewniejszą kartą przetargową w poszukiwaniu zajęcia są znajomości. Wszystkie te czynniki budzą niechęć i obniżają poziom wzajemnego zaufania, który w społeczeństwie polskim i tak jest bardzo niski. Jeżeli wobec tego rząd nie przestanie zaciskać pasa podatników, zamiast rozładowywać powoli skutki rozlicznych patologii, a frustracje społeczne nie przestaną narastać, wyczerpie się cierpliwość ludzka i kredyt zaufania dany Platformie. Nie będę zdumiona, jeżeli dojdzie wtedy do poważnych rozruchów społecznych.
 
Na zakończenie anegdota z morałem, że i tak inni mają gorzej. Niedawno zostałam zagadnięta w podmiejskim pociągu przez siostrę zakonną. Rozmawiałyśmy w głównej mierze o rynku pracy i sytuacji studentów. Okazało się, że siostra ma doktorat z filozofii i matematyki, jest też profesorem psychofizjologii, wykładała m.in. na University of Columbia. Opowiedziała mi o dwóch absolwentkach medycyny Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, które pracowały w charakterze sprzątaczek w jednym z renomowanych szpitali w USA. Nie dostawały wynagrodzenia, a jedynie mglistą obietnicę zatrudnienia po roku takiego „stażu”, przy czym umowa nie precyzowała, w jakim charakterze zostaną później przyjęte. „Boże, jaka degradacja, powiedziałam im, by wracały do Polski” — wyszeptała do mnie. Taka degradacja nie podoba się Bogu.

Ludziom też nie. No, właśnie.