Krawat, albo opowieść o ewolucji szalika

Dobrze zawiązany krawat to pierwszy poważny krok w życiu– Oscar Wilde

95% z nas założyło go choć raz w życiu, 5% potrafi zawiązać więcej niż jeden węzeł, niemożliwy do oszacowania, choć na szczęście znikomy, procent mężczyzn kala się krawatem wiązanym fabrycznie, niektórzy wyręczają się żonami, narzeczonymi, dziewczynami lub kochankami. Mimo to każdy (prócz wyznawców muszki) właśnie po niego sięga, gdy sytuacja wymaga prezencji. Przyjrzyjmy się pokrótce historii jednego z atrybutów męskiej elegancji.
 
Historię krawatu należy zacząć od konstatacji, że mężczyźni od zarania dziejów coś sobie na szyi wiązali. Jako pierwsi robili to, jak zwykle, Chińczycy. Żołnierze Państwa Środka osłaniali szyje szalami i chustami, wiązanymi z przodu, podobnie rzymscy legioniści. W przypadku basenu Morza Śródziemnego nie ma informacji, by czynili to także cywile, wręcz przeciwnie: Rzymianie uznawali ochronę szyi inaczej niż togą za dowód zniewieścienia. Legionistom nie sposób było tego zarzucić, ponadto musieli oni chronić szyję przed złą pogodą lub otarciami. Średniowiecze na powrót wzgardziło jakimikolwiek osłonami szyi, aż do XVI wieku. Na renesansowych szyjach widzimy już różnorakie ozdoby, od wiązanych tasiemką kołnierzyków z początku panowania Henryka VIII, aż po końcowe stadium niewygody, czyli obszerne krezy, których wprowadzenie pociągnęło za sobą konieczność wynalezienia widelca.
 
Najpopularniejsza i jak na razie nieobalona wersja głosi, że współczesny krawat zawdzięczamy Chorwatom. Chorwaccy jezdni, zaciągani przez króla Ludwika XIII, mieli zwyczaj nosić na szyi ozdobne chusty, które szybko przejęli żołnierze innych jednostek doby wojny trzydziestoletniej. „Krawaty”, w przeciwieństwie do kryz, były poręczne, nie utrudniały ruchów, nie wymagały prasowania ani krochmalenia, a równie dobrze pełniły swoje funkcje. Istniały też przyczyny bardziej praktyczne: na polu bitwy kawałek materiału, by otrzeć spocone czoło, osłonić od deszczu panewkę lub opatrzyć ranę, bywa na wagę złota. Dzięki takim chustom nie trzeba było drzeć własnego przyodziewku. Sukces przypieczętowała tzw. mała epoka lodowcowa przełomu XVII i XVIII wieku. Spadek temperatur pociągnął za sobą konieczność większej dbałości o własne zdrowie, w tym także, unieśmiertelnione przez pokolenia troskliwych matek, „noszenie szaliczka”. W tym wypadku: „krawata”.
 
Popularna etymologia właśnie od Chorwatów wywodzi słowo „krawat”. Jest to jednak mało prawdopodobne, jeśli wziąć pod uwagę, że słowo „cravate” znajdujemy już we francuszczyźnie przełomu XIV i XV wieku. Na razie nie ustalono, skąd ono się tam wzięło, być może jednak językoznawcy do tego dojdą.
 
Praszczur krawata owijano wokół szyi jedno-, lub dwukrotnie, końce zaś albo puszczano luzem, albo wiązano, czasem używając do tego celu także kawałka wstążki. Według ustaleń poziom trudności takiego węzła zbliżony był do współczesnego węzła prostego, na tamte czasy jednak uważano, że dość podobnie musiał wyglądać przecięty mieczem przez Aleksandra węzeł w Gordionie.
 
Eleganci nie byliby jednak godni swej nazwy, gdyby nie nieustanne wysiłki zmierzające do utrudnienia sobie życia. Krawat chorwackich najemników zamienił się w fular, po drodze zawadzając o etap steinkerka. Ten ostatni nie zdobył popularności poza Anglią, można jednak o nim wspomnieć w dwóch zdaniach: otóż podobno jego nazwa wywodzi się od miejscowości Steenkerke we Flandrii, gdzie w 1692 doszło do jednej z bitew wojny palatynackiej. Dowodzone przez Wilhelma III Orańskiego siły Anglii i jej sojuszników znalazły się w takich opałach, że żołnierze nie zdążyli poprawnie zawiązać krawatów. Ostatni fragment potwierdza dobrze fakt wyglądu steinkerka: jest to po prostu niedbale i luźno zawiązany krawat, którego końcówkę przewleka się przez dziurkę od guzika.
 
Wracając do fularu: od krawatu różnił się on jedynie faktem, że końcówki nie zwisały już luźno u szyi, lecz schowane były pod materiałem. Zazwyczaj doczepiano więc do niego różnego rodzaju żaboty, zazwyczaj w formie koronki.
 
W tej przetrwalnikowej formie bez zbędnych perturbacji krawat przetrwa do XIX wieku. Wtedy zaś nastąpiła eksplozja. Angielscy, francuscy i włoscy modnisie podzielili się. Jeden nurt, reprezentowany przez macaroni i incroyables, dołożył starań, by jak najbardziej noszenie fularu skomplikować. Doprowadziło to do sytuacji, gdzie fular usztywniano fiszbinami, a nawet deszczułkami, uniemożliwiając choćby przekrzywienie głowy i boleśnie obciążając górny odcinek kręgosłupa.
 
Nurtem odmiennym, chronologicznie późniejszym i na koniec zwycięskim, był dandyzm, którego prekursorem był George Bryan „Beau” Brummel, jedyny bodaj w historii przypadek człowieka, którego jedynym atutem była umiejętność gustownego ubrania się i wielki smak w kwestii garderoby. „Beau” Brummel powinien być wzorcem wszelkiej maści pozerów i dandysów, wzorcem niedoścignionym, ponieważ nikt po nim nie osiągnął ubiorem tyle co on. A osiągnął wiele: awans na sam szczyt angielskiej śmietanki towarzyskiej i osobistą przyjaźń z Jerzym IV w czasach, gdy ten był jeszcze księciem Walii.
 
Brummel i dandysi stworzyli wzór męskiej elegancji, który, z modyfikacjami i perturbacjami, obowiązuje do dziś: prostota, stonowanie, operowanie zarówno gatunkiem materiału, jak i techniką. Pierwszy raz od momentu, gdy nasi praszczurowie okryli się kawałkami futra i skór, ważne było nie tylko to, co się nosi, ale też jak się to nosi. I jak się założyło.
 
„Jak” miało w przypadku krawata znaczenie fundamentalne. Skoro bowiem zrezygnowano z różnorakich dekoracji przyczepianych do fulara (w typie koronek i muszek), on sam zaś uzyskał formę prostego, nieodmiennie białego krawata, jedyną społecznie akceptowalną formą udziwnień i ekstrawagancji był węzeł. Efekt był oczywisty i prosty do przewidzenia: wydana w 1818 Neckclothitania podaje nam dwanaście rodzajów węzła. W wydanym w 1827 roku L’art de se mettre la cravatte znajdujemy już trzydzieści dwa sposoby zawiązania węzła. Na następną pozycję czekamy tylko trzy lata. W 1830 roku wychodzi drukiem L’Art de la toilette, w niej zaś: opisy siedemdziesięciu dwóch węzłów. Zanim jednak jękniemy nad tym geometrycznym przyrostem, musimy sobie uświadomić, że to, co uznawano za różne rodzaje węzła, było w istocie wariacjami na temat węzła zwykłego oraz płaskiego, modyfikacje zaś obejmowały np. brak poziomej fałdki.
 
Druga połowa XIX wieku przyniosła kolejnych dwóch rywali krawatu, mianowicie muszkę i ascott, nie powstrzymało to jednak pochodu krawatu. Ten zaś, z powodu uproszczeń, przybrał w połowie wieku XIX formę już bardzo zbliżoną do współczesnej, mianowicie długiego, prostokątnego kawałka materiału, wiązanego w sposób, który, znacznie zmodyfikowany, przetrwał do naszych czasów, mianowicie four-in-hand. U swego zarania termin „four-in-hand” oznaczał zarówno węzeł, jak i materiał, z którego tenże został wykonany. Jak w przypadku większości przedmiotów codziennego użytku, tak i tu etymologia nie jest jasna. Przyjmuje się powszechnie, że węzeł nawiązywał do metody wiązania lejców czwórki koni, stosowanej przez woźniców, istnieje też jednak teoria, że nazwa wzięła się od londyńskiego Four-in-Hand Club, którego członkowie rozpropagowali ten sposób noszenia krawata.
 
Krawat z przełomu XIX i XX wieku jeszcze jedną cechą odróżniał się wiszących w naszych szafach: był mianowicie krótki. Ponieważ jednym z nieodzownych elementów męskiego stroju była kamizelka, krawat sięgał jedynie ciut za mostek. Dopiero odejście kamizelek w cień spowodowało konieczność wprowadzenia krawatów długich, sięgających paska. Pozostały jednak ślady tego, że kiedyś była to ozdoba szyi, chociażby fakt, że krawat zwisający do rozporka uznawany jest za bardziej uchybiający strojowi niż zawiązany zbyt wysoko.
 
Ostatnią przeszkodą, która stała między krawatem chorwackich najemników a współczesnym, była kwestia materiału. Otóż od początku cięto go wzdłuż i w poprzek włókien, efekt końcowy zaś podszywano materią grubszą i sztywniejszą. Powodowało to trudności z zawiązaniem skutecznego węzła oraz ryzyko uświadomienia sobie, że nasz starannie zawiązany krawat miast pod szyją znajduje się w naszym talerzu. Temu drugiemu zaradzono, upowszechniając spinki do krawatów. Na rozwiązanie pierwszego problemu przyszło czekać do 1926 roku, kiedy nowojorski krawiec Jesse Langsdorf zaproponował cięcie materiału na skos i szycie krawata z trzech kawałków, zamiast jednego. W ten sposób pokonano ostatnie przeszkody, sam krawat zaś ukończył długi marsz od żołnierskiego szalika po elegancką ozdobę szyi. Choć jego długość, szerokość i deseń będą ulegały ciągłym modyfikacjom, idea pozostanie niezmieniona po dziś dzień, nic też nie wskazuje, by coś miało w przyszłości krawat zastąpić.
 
Wszystkim, którzy mają jeszcze więcej pytań na temat historii tak ważnej części ubioru, jaką jest krawat, polecam świetną książkę pt. „85 sposobów wiązania krawata czyli węzeł węzłowi nierówny”, autorstwa Thomasa Finka i Yonga Mao, dwójki fizyków teoretycznych, którzy zainteresowali się historią tego, co noszą na szyi. Gdyby ktoś od razu nie przeczytał notki biograficznej i nie wiedział, czym na co dzień zajmują się autorzy, z pewnością przekonałby się o tym już, że na drugiej stronie — przyrównują wiązanie krawata do błądzenia przypadkowego na sieci trójkątnej.