Kryzys finansowy a dalsza integracja krajów Unii

Od pewnego czasu borykamy się z postępującym kryzysem finansowym o skali globalnej, który co jakiś czas objawia się silniej w jakimś rejonie, ale gnębi nieustannie nas wszystkich. Politycy i media znalazły kilku winnych obecnej sytuacji. Przede wszystkim są to mityczne „rynki finansowe” i „spekulanci”, dalej świat finansów, banki (bo już nie chcą pożyczać bankrutom) i agencje ratingowe (posłaniec przynoszący złe wieści to zawsze dobry kandydat na winnego). Niezmiernie rzadko wskazywani są prawdziwi winowajcy — socjalizm i nieodpowiedzialna klasa polityczna.

W Unii Europejskiej dołączył jeszcze jeden „winowajca” — suwerenność państwowa.

Śledząc doniesienia mediów, można odnieść wrażenie, że tak naprawdę główną praprzyczyną kryzysu jest zbyt duża niezależność poszczególnych krajów od Brukseli, a znaczna część dyskusji o przezwyciężeniu jego skutków dotyczy sposobów jej ograniczenia.
 
W ten nurt dyskusji wpasował się minister Radosław Sikorski, proponując całkiem wprost ściślejszą integrację pod przewodnictwem Niemiec. Słowa Sikorskiego spotkały się z potępieniem środowisk prawicowych i niepodległościowych, również jego polityczni przyjaciele zachowali dystans. Ale część osób, wśród nich prawicowi publicyści, podeszła do słów ministra Sikorskiego z pewnym zrozumieniem. Nie dlatego oczywiście, że nagle wszyscy okazali się euroentuzjastami. Co to, to nie, ale po prostu uznali, że propozycje ministra są jednak logicznym rozwiązanie problemów stojących przed Unią Europejską. Niestety część prawicowych publicystów uległa głoszonym przez eurosocjalistyczny establishment stereotypom: albo pogłębiona integracja, albo rozpad UE. Tymczasem jest to stereotyp z gruntu fałszywy — przynajmniej jeżeli chodzi o kwestię przezwyciężenia obecnego kryzysu finansowego. Nowy etap ściślejszej integracji lansowany przez europejskie elity jako remedium na kryzys nie przyczyni się do poprawy sytuacji ani w krótszej, ani (a może — zwłaszcza) w dłuższej perspektywie czasowej.
 
Truizmem jest twierdzenie, że wspólna waluta jest projektem czysto politycznym, wprowadzonym wbrew ekonomicznemu rozsądkowi. Twórcy euro nie wzięli sobie do serca dorobku naukowego Roberta Mundella, laureata nagrody Banku Szwecji im. A. Nobla (zwanej powszechnie „ekonomicznym Noblem”).
 
Strefa euro nie spełnia założeń optymalnego obszaru walutowego — i co do tego nikt dzisiaj nie ma wątpliwości. W dodatku nic nie wskazuje na to, żeby miała się nim stać w dającej się przewidzieć przyszłości, a postęp w tej dziedzinie nie dokonuje się, mimo postępującej harmonizacji prawa w ramach UE. Przeciwnie — część ekspertów zauważa, że gospodarki europejskie są coraz bardziej różne. Skoro harmonizacja prawa i podatków nie prowadzi do założonego celu, to dlaczego rozwiązaniem miałaby być jeszcze silniejsza harmonizacja?

Rzeczywisty postęp mogłyby przynieść głębokie reformy strukturalne, w szczególności rynku pracy — ale tego możemy spodziewać się ewentualnie dopiero po całkowitym bankructwie obecnego systemu.
 
Nie jest prawdą, że wspólny pieniądz może funkcjonować jedynie w warunkach politycznej jedności. Zaprzeczają temu choćby istniejące dzisiaj formalne i nieformalne unie walutowe o znacznie dłuższej historii niż euro. Kilkanaście krajów zachodniej i centralnej Afryki posługuje się od ponad pięćdziesięciu lat jedną walutą (frank CFA), nie uczestnicząc przy tym w żadnych formach politycznej integracji (i co najwyżej bardzo ograniczonej współpracy gospodarczej). Podobnie w przypadku krajów karaibskich, posługujących się dolarem wschodniokaraibskim, nie ma mowy o politycznej integracji (cześć z nich jest nawet terytoriami zależnymi). Ekwador, Panama i kilka innych państw używa dolara amerykańskiego, nie będąc częścią USA. Podobnych przykładów jest więcej. Nie ma żadnych powodów przypuszczać, że ściślejsza polityczna integracja Europy przyczyni się w jakikolwiek sposób do lepszego funkcjonowania euro.

Europejscy politycy już dawno przestali nawet udawać, że długi rządów będą kiedykolwiek spłacone. Otwarcie mówi się, że punktem odniesienia nie jest samo zadłużenie, lecz jego stosunek do PKB. Stąd przekonanie o potrzebie silniejszej kontroli dyscypliny budżetowej krajów strefy euro, tak by deficyty budżetowe nie przekraczały 3% PKB. Tymczasem wzrost gospodarczy w żadnym z tych krajów (poza Irlandią) od wielu już lat nie zbliżył się do podobnej wysokości. Zatem zachowanie takiego poziomu deficytu nie tylko nie zmniejszy długu, ale wręcz oznacza stały przyrost zadłużenia, również w stosunku do PKB. Czyli problem zadłużenia będzie stale narastał…

Innym lekarstwem ma być zwiększenie roli budżetu UE i emisja wspólnych obligacji.

Od tego jednak zadłużenie państw się nie zmniejszy, socjalizmu też nie ubędzie, pieniądze żadne się nie wyczarują. Unia będzie się dalej zadłużać, tym razem jako całość. Nastąpi jedynie przeniesienie problemu szczebel wyżej, odwleczenie katastrofy o parę lat. Za jakiś czas kryzys zadłużeniowy wróci — ale tym razem będziemy się martwić nie tylko zadłużeniem Grecji czy Włoch, ale też całej Unii. W ostateczności to i tak poszczególne państwa i ich podatnicy będą musieli te długi spłacać. Również propozycja znaczącego zwiększenia unijnego budżetu w konsekwencji może jedynie pogłębić kryzys — przecież nowe, większe środki mogą pochodzić jedynie z nowych większych podatków. A chyba tylko posłanka PO M. Kidawa-Błońska wierzy, że podniesienie podatków powoduje ożywienie gospodarcze… Nie bez znaczenia jest też fakt, że środki ze wspólnego budżetu będą wydawane jeszcze mniej efektywnie niż z budżetów narodowych.

Gdyby jednak faktycznie miało dojść do całkowitego lub częściowego rozpadu strefy euro, wcale nie musiałoby to oznaczać katastrofy dla Polski. Przeciwnie — rozpad strefy euro i powrót do pieniędzy narodowych będzie przecież oznaczał wzrost wartości walut naszych głównych partnerów handlowych, przede wszystkim Niemiec. Mogłoby to się przełożyć na zwiększenie polskiego eksportu i wartości transferów pieniężnych emigrantów.
 
Tak naprawdę takie ujęcie problemu jest w sporej części sztuczne — euro (jako waluta) może całkiem normalnie funkcjonować mimo bankructwa Grecji, Włoch, Hiszpanii i Belgii. Prawdziwym problemem nie jest sama waluta, ale straty banków-wierzycieli w wyniku bankructwa kilku krajów i silna presja elit finansowych na pokrycie tych strat z kieszeni podatnika.
 
Europejskie elity socjalistyczne dostrzegły niebezpieczeństwo klęski swoich projektów politycznych. Nie potrafią jednak stawić czoła prawdziwym przyczynom kryzysu, zamiast tego proponują „ucieczkę do przodu”. Dostrzegły też bowiem szansę na rozszerzenie swej władzy, możliwość skuteczniejszego ograbienia obywateli i realizację celów ideologicznych. Ich pomysły nie są żadnym lekarstwem na kryzys, nie zaradzą żadnemu problemowi. Opinię publiczną jednak łatwo zmanipulować, wmawiając, że ścisła integracja jest jedynym wyjściem z kryzysu. Jak się okazuje — skutecznie, gdyż nawet przeciwnicy EU przyjęli ten sposób rozumowania.