To nie kryzys, to rezultat

Tym zwięzłym cytatem z felietonu Stefana Kisielewskiego można podsumować to, co dzieje się dziś z Unią Europejską i polską niepodległością.

To, co nazywa się dziś „kryzysem waluty euro”, jest rezultatem prymatu ideologii politycznej nad ekonomią. Realizując ideę zjednoczeniową, doprowadzono do powstania unii walutowej pomiędzy państwami o całkowicie różnych gospodarkach i pomiędzy społeczeństwami o kompletnie innej mentalności. Praworządność w Grecji czy we Włoszech jest czymś zupełnie innym niż w Niemczech czy Danii. Kultura pracy w tych krajach jest zupełnie inna, rola związków zawodowych także. Kraje przystępowały do strefy euro, bo miała ona zapewnić lepsze warunki dla prowadzenia interesów międzynarodowych dzięki wyeliminowaniu ryzyka kursowego. Drugą stroną medalu było oczywiście to, że rządy państw strefy euro nie mogą zdewaluować swojego pieniądza — co wtedy, w czasach prosperity, wydawało się zaletą. Przejście na euro miało jeszcze tę zaletę, że kredyt dla państw euro był tańszy, co oznaczało, że niedoinwestowane kraje mogły się bardziej zadłużać. I to robiły.
 
Przyzwolenie na zadłużanie jest pochodną obowiązującej wśród większości ekonomistów ideologii, wg której rozwój kraju jest uzależniony od jego konsumpcji. A ponieważ produkcja danego kraju nie pozwala na konsumpcję pozwalającą na duży rozwój, to należy ją pobudzić sztucznie, np. przez zastrzyk pieniędzy z kredytów. W ten oto sposób stawianie się i popuszczanie pasa zyskało nowoczesne, „oświecone“ uzasadnienie. Niestety, gubi się tu po drodze myśl, że coś się nie bierze z niczego i pusty pieniądz wrzucony na rynek (dzięki kredytom), musi przynieść konsekwencje w postaci długu, a rzeczywistego rozwoju wcale nie przynosi. Tak więc to, co nazywamy kryzysem, jest po prostu konsekwencją przyjęcia mylnych założeń, co spowodowało brak synchronizacji pomiędzy krajami posiadającymi jedną walutę, jeśli chodzi o pożądaną wartość tejże waluty, a także katastrofalny wzrost zadłużenia innych lub tych samych krajów, niemożliwy ani do spłacenia, ani do „zrolowania“.

Niestety, europejscy politycy nie są w stanie przedstawić właściwej diagnozy — przynajmniej oficjalnie. Są zakładnikami swojej własnej, hurraoptymistycznej retoryki styku „dościgniemy i prześcigniemy“ najlepszych (Stany, Japonie, Chiny) we wszystkich możliwych dziedzinach, a dodatkowo Europa będzie „światłem dla niewiernych“ w takich dziedzinach jak prawa człowiek, prawa pracownicze i ekologia. Oczywiście tak ambitny plan nie mógł się powieść. Zabrakło refleksji nad tym, skąd właściwie bogactwo i innowacyjność się bierze.

W przekonaniu europejskich urzędników i polityków innowacyjność to coś, co kupuje się za dotacje. Przeznaczamy na innowacje milion dolarów i wierzymy, że ten milion dolarów w Europie przyniesie taki sam przyrost innowacyjności, jak milion dolarów w USA wydany przez prywatną firmę na innowacyjną technologię. Rzeczywistość dowodzi, że to nieprawda. Bogactwo także nie bierze się z drukowania papierków znaczeniami banku narodowego czy europejskiego ani z zadekretowanej przez odpowiedni urząd dotacji „na rozwój”, ale z autentycznej pracy i pomysłowości. Z drugiej strony takie rzeczy jak ekologia albo prawa pracy kosztują wielkie pieniądze, a wręcz stanowią kulę u nogi gospodarki, szczególnie z powodu dogmatycznej wiary w zmianę klimatu i w możliwość jej zapobieżeniu przez zmniejszenie emisji CO2.
 
Jedyną odpowiedzią elit europejskich na kryzys jest zacieśnienie integracji europejskiej. Oczywiście skoro obecny kryzys to rezultat integracji, zacieśnienie integracji kryzys pogłębi. Ale rządzący Europą mogą to robić, bo mamy do czynienia z władzą wyemancypowaną od sprzężenia zwrotnego z rządzonym przez nią społeczeństwem. Zjawisko to tak niedawno opisywałem teoretycznie — dziś mogę obserwować w rzeczywistości (http://www.old.goniecwolnosci.pl/ekologia-polityczna-rewolucja-czyli-wladza-wyemancypowana).
 
Drugi „rezultat“, z jakim mamy ostatnio do czynienia, to otwarta postawa naszej dyplomacji w sprawie tego, jak widzi nasze miejsce na mapie politycznej świata. Minister Radosław Sikorski otwarcie zadeklarował, że Polska odda swoją suwerenność w sprawach (jak rozumiem) podatkowych i gospodarczych w imię ratowania strefy euro i sceduje ją na instytucje europejskie kierowane de facto przez Niemcy. Minister Sikorski wręcz namawiał kanclerz RFN, aby robiła to, co jego zdaniem robić należy dla ratowania bankrutującej strefy euro.
 
Cieszy mnie, że Sikorski wyłożył kawę na ławę — Polska i jej suwerenność jest mniej istotna niż integracja europejska. Widać tutaj, jak nasi politycy szeregują lojalność wobec podmiotów państwowych — najpierw UE, a dopiero potem Polska. Dlaczego, ktoś zapyta. Przecież bez tej Polski są nikim, to tutaj są politykami. Jeśli ranga Polski spada, oni też liczą się mniej. Wydaje mi się, że nasze elity rozumują całkiem inaczej. Oni porostu na polskim państwie narodowym postawili kreskę. Nie wierzą, że Polska może być samodzielnym bytem w polityce zagranicznej, nie wierzą, że może odbudować potencjał gospodarczy, nawet nie myślą o dokonaniu czegoś takiego. W ich przekonaniu włączenie Polski do UE zakończyło etap narodowej samodzielności, naród i jego przeszłość to zamknięty rozdział. Teraz istotna jest tylko polityka unijna, to z nią wiążą swoje kariery i dochody.

Proszę sobie wyobrazić, jakim szokiem dla tych ludzi jest zapaść Unii Europejskiej, rozpad strefy euro, bezsilność UE na arenie międzynarodowej. Byt, w który wierzyli, któremu podporządkowali swój kariery, chyli się ku upadkowi. Nic dziwnego, że wpadli w panikę i w tej panice szukają nowego suzerena, nowego króla, pod którego mogliby się podpiąć, któremu będą mogli służyć. Odsłonili swoje rzeczywiste zamiary.
 
Fatalnie się dla nich składa, że nikt dla ich chciejstwa Unii Europejskiej finansować nie będzie. Stąd apel ministra Sikorskiego w kierunku Niemiec, aby to oni zechcieli wziąć ich pod skrzydła. Hołd lenny został przynajmniej na razie przyjęty, jak można wnioskować z przychylnych wypowiedzi europejskich i niemieckich polityków. Postawa ta może być wynagrodzona w przyszłości jakimś stanowiskiem w Brukseli — albo nie, bo po co nagradzać kogoś, za kim nie stoi żadna siła? Jestem pewien, że w ten sposób niczego nie da się osiągnąć dla Polski, a i dla siebie samych niekoniecznie coś wytargują. Ta sytuacja jest także rezultatem. Rezultatem tego, że naszym elitom zabrakło pomysłu na Polskę, ich fałszywej wiary w budowę ponadnarodowego państwa europejskiego. Tymczasem wśród tych, którzy Unię Europejską finansują, chęci do stworzenia takiego organizmu brak. To są państwa niepodlegle i ich elity myślą w kategoriach niepodległego państwa i narodu. Polskie elity przez 50 lat były oduczane takiego myślenia.
 
Nasi władcy nie mogąc podpiąć się pod tracące na znaczeniu instytucje europejskie, chcąc nie chcąc muszą podpiąć się pod inne państwo narodowe, bo w swoje nie wierzą. Taką to mamy zadziwiającą sytuację — na arenie międzynarodowej polscy politycy łaszą się do niemieckiego państwa narodowego jako jedynego organizmu władnego cokolwiek w Europie zrobić, jednocześnie na swoim podwórku głoszą idee internacjonalizmu, końca państw narodowych i konieczność porzucenia narodowych egoizmów w imię budowania wspólnego europejskiego domu. Polacy mają więc porzucać swoje egoizmy i dorzucać się do utrzymania strefy euro, solidaryzować się z zadłużonymi Włochami czy Grekami przechodzącymi wcześniej niż Polacy na emeryturę. Inni swoich narodowych egoizmów porzucać nie zamierzają. Tak to nasze elity władzy usiłują budować swoją pozycję wśród elit europejskich na pacyfikowaniu Polski jako podmiotu polityki międzynarodowej i na podporządkowywaniu nas polityce europejskiej — w rzeczywistości niemieckiej i francuskiej, i rosyjskiej.

Wynika stąd, że wybicie się na prawdziwą niepodległość oznacza w naszym wypadku wyjście na niepodległość mentalną polskich elit. Bez wiary w państwo i w naród nie można planować jego niepodległości i wzrostu.