Wolny rynek nie jest bogiem

Wolny rynek. Dla jednych środek do uzdrowienia Europy, dla innych największe zło, a są również i tacy, którzy pod w zasadzie pustym hasłem (popularnym zarówno w krajach postkomunistycznych, jak i w tych, które, jak by się mogło wydawać, znają właściwe znaczenie tego terminu) realizują swoje etatystyczne, czy wręcz socjalistyczne utopie. Mimo że swoboda przedsiębiorczości wydaje się sprawdzać, gdziekolwiek tylko zaistnieje, to zawsze stanowi ona przedmiot zażartej dyskusji i pole walki różnych koncepcji politycznych i gospodarczych. Jednakże zawsze należy pamiętać, że każda skrajność jest złem (przy właściwym pojmowaniu definicji słowa skrajność) i nie prowadzi do niczego dobrego, dlatego nieograniczona swoboda (nie mam na myśli koniecznie prawnych ograniczeń) może być źródłem wyzysku, na którym żeruje lewica od początków swego istnienia. Mój dzisiejszy artykuł nie jest bynajmniej krytyką wolności gospodarczej (którą popieram, choć nie zawsze jestem gotów poprzeć bezdyskusyjnie każde jej rozwiązanie), ale próbą zapobiegnięcia wypaczeniom, które nieraz wydają się pojawiać wśród ludzi uznających się za prawicę.

Liberalizm gospodarczy to idea będąca jednym z tych rozwiązań doby oświecenia, które możemy uznać za rozsądne. Idea, według której człowiek ma prawo do swobodnego bogacenia się, sama w sobie nie jest niczym złym. Nieskrępowana wolność gospodarcza wymusza konkurencję, a ta z kolei sprawia, że ludzie odkrywają w sobie nowe talenty, które wykorzystują dla dobra nie tylko swojego, ale całej ludzkości, przyczyniając się postępu cywilizacyjnego. Czy jednak można oprzeć na tym cały swój światopogląd?
 
Zdecydowanie nie i każdy, kto uważa się za konserwatywnego liberała, nie może mieć co do tego wątpliwości. Nie bez powodu koliberalny pogląd na świat czerpie niektóre wzorce z konserwatyzmu, który przecież apoteozą materializmu nie jest. Nie tak dawno przeglądałem xportal.pl, gdzie natknąłem się na interesujący temat, zawierający cytaty z pewnego libertariańskiego forum. Wszystkie te wypowiedzi dotyczące światopoglądu napawały mnie przerażeniem, że mogą istnieć osoby, które całą moralność opierają na prawie własności (przykładowo: twierdzenie, że pedofilia jest dopuszczalna, gdy dziecko jest naszą własnością). Dla sprawdzenia tego sam wyszukałem w googlach i wszedłem na pierwsze libertariańskie forum, jakie mi się wyświetliło. Cóż, może nie znalazłem tych samych cytatów, ale nazywanie komunistą każdego, kto ma inną wizję świata (takie określenia widziałem chociażby w stosunku do Kościoła czy Aleksandra Macedońskiego) lub twierdzenie, że Józef Fritzl jest osobą niewinną (choć na szczęście pojawiały się głosy sprzeciwu), nasuwa pytanie, czy aby na pewno mamy do czynienia ze zdrowymi ludźmi.
 
Prawdziwa prawica zawsze stawiała moralność i sferę duchową na pierwszym miejscu, ponad przywiązaniem do wartości ziemskich. Chcąc utrzymać naszą Cywilizację przy życiu, nie możemy odejść od zasady prymatu tego, co duchowe, nad tym, co materialne. Dlatego też z największym obrzydzeniem patrzę na ludzi, którym wolny rynek jawi się jako wartość absolutna, wyznaczająca niemalże nowe zasady moralne, według których należy postępować. Osoba taka w moim przekonaniu nie różni się niczym od socjalisty, obaj razem ze swoim materializmem i skupieniem na tym, co w ostatecznym rozrachunku nieistotne, są siebie warci.
 
Takie postępowanie w prostej linii prowadzi do sytuacji, w której socjaliści wychodzą z ukrycia, zaczynają głosić swoje tezy o wyzysku, potrzebie demokracji i równości. To nie socjalistyczna działalność prowadzi do rewolucji, ale nasza bierność i brak inicjatyw w celu zablokowania tejże. Tam, gdzie fundamentalne zasady katolickie (czy ogólnie rzecz biorąc — chrześcijańskie) podupadają, rodzi się faktyczny wyzysk, który jest pokarmem dla rewolucji. Należy zatem bezwzględnie przestrzegać zasad moralnych w życiu społecznym, zapobiegać wszelkim „postępom”, które je wypaczają. W samej Biblii możemy czytać wręcz pochwałę zaradności i przedsiębiorczości, a jednocześnie ta sama księga zaleca traktowanie każdego człowieka z miłością i szacunkiem. Tylko połączenie tych dwóch elementów może dać nam wolny rynek, który będzie cieszył się dobrą opinią we wszystkich warstwach społecznych — jeśli tylko ktoś zechce pracować.
 
To nie prawo powinno chronić pracownika, bo w rzeczywistości prowadzi to do sytuacji, gdy obserwujemy tragikomedię, w której patologiczna rodzina, gdzie mężczyzna (a czasem i kobieta) nie rozstaje się z butelką i nie zamierza podjąć choćby najmarniejszej uczciwej pracy, dostaje zasiłek, który szybko upłynnia w pobliskim monopolowym, a ojciec wielodzietnej rodziny musi harować cały dzień, by zapłacić olbrzymie podatki, które przeznaczone zostaną na zasiłek dla tego pierwszego, jednocześnie żona, która mogłaby poświęcić czas na wychowanie swych dzieci na kolejne pokolenie porządnych obywateli, musi również zarabiać pieniądze, bo wysokość podatków nie pozwala rodzinie na normalną egzystencję. Sytuacja z pewnością nie jest jakąś regułą, jednak takie przypadki mają miejsce, a fakt, że się do nich dopuszcza, świadczy o głupocie tej koncepcji. Socjalistom bardzo łatwo jest wydawać cudze pieniądze, ale o wiele trudniej zastanowić się, czy ludziom, którym je zabierają, nie są czasem również potrzebne.
 
Zatem jeśli nie prawo jest narzędziem ochrony, to co nim jest? Odpowiedź na to pytanie nie powinna sprawiać wiele trudności — narzędziem tym są wypracowane przez pokolenia naszych przodków zasady moralne. Moralność i sumienie pracodawcy sprawi, że nie będzie on w stanie traktować swego podwładnego inaczej niż według zasad, którymi się kieruje. Nie spełni to oczekiwań socjalistów, bo robotnik nie będzie zarabiał więcej niż prezes firmy, w której ów robotnik pracuje, ale na pewno w połączeniu z uczciwym systemem ekonomicznym będzie w stanie zapewnić robotnikowi godziwe życie. A jeśli robotnik będzie osobą roztropną, to za zaoszczędzone pieniądze wykształci syna, który będzie żył na nieco lepszym poziomie. I tak, w ciągu kilku pokoleń, kolejny potomek tego robotnika będzie mógł zająć miejsce równe prezesowi firmy. Taki jest naturalny porządek rzeczy, uczynienie wszystkich równymi i bogatymi, jak chcieliby tego socjaliści, jest ułudą, którą można karmić małe dzieci, a nie dorosłych, rozsądnych ludzi.
 
Oczywiście, ktoś zaraz powie — to jest utopia. Owszem, założenie, że wszyscy będą tak postępować, jest utopią. Niemniej, czy nie jest utopią twierdzenie, że państwowy urzędnik (którego również trzeba opłacić) zapewni ludziom lepsze warunki pracy i życia, w zasadzie znając sprawę jedynie z zalegających na biurku papierów? Jestem przekonany, że wypaczenia będą większe niż przy zasadach proponowanych przeze mnie. Nie każdy będzie postępował zgodnie z przyjętymi normami społecznymi, ale zjawisko to, poddane społecznemu ostracyzmowi, nie będzie w stanie nadmiernie się rozwijać.
 
Na koniec należałoby zadać sobie pytanie — czy to w ogóle jest możliwe? Sądzę, że jest, choć droga jest długa i kręta. Należy zacząć od naprawy pojęć i zepsutych dziś instytucji. Odnowić musi się Kościół, do którego coraz częściej i liczniej przenikają idee znane nam z obozu rewolucji, tak francuskiej, jak i innych „postępowych” przełomów. Wytępienie wypaczeń i odstępstw od fundamentalnych zasad wprowadzi go na dawną drogę, dzięki czemu będzie mógł wznowić swoją naukę i naprawić pojęcia, takie jak: dobro, prawda, równość i wolność, a w konsekwencji oczyści dusze i umysły ludzkie z chorych idei dzisiejszych czasów. Wystarczy zauważyć, że w XIX wieku socjalizm zwalczano, bo silne były wyznawane przez nas wartości, a nawet w państwach odległych pod względem systemu ekonomicznego od Stanów Zjednoczonych i Imperium Brytyjskiego gospodarką kierowały zasady, które w porównaniu z dzisiejszymi regułami przyjęlibyśmy z otwartymi ramionami.
 
Z drugiej, materialnej perspektywy należy bezwzględnie naprawić państwo. Konieczne jest ukrócenie omnipotencji państwa demokratycznego, które, mimo sprzeciwu i oburzenia demokratów na takie oskarżenia, jest zawoalowaną formą totalitaryzmu. Państwo ma określone zadania centralne, które ma sumiennie wykonywać, zadania regionalne powinno zostawić samorządom, a socjalne — organizacjom charytatywnym i pojedynczym ludziom. Centralna władza, która rości sobie prawo do regulowania wszystkich, czy choćby tak zwanych „kluczowych” dziedzin życia, jest niczym więcej jak tyranią, którą należy obalić, zanim zniszczy to wszystko, co wiele pokoleń budowało z ogromnym trudem.
 
Wprowadzenie wolnego rynku być może polepszy warunki materialne, ale świata nie naprawi, będzie więc to sukces krótkotrwały. Naprawmy pojęcia i przywróćmy cenione przez nas wartości, a będziemy mieli zaplecze również do przemian gospodarczych.