Dzienniki czasów kłamstwa i strachu (Stefan Kisielewski: Dzienniki)

Zmarły przed dwudziestu laty Stefan Kisielewski to szczególna postać w polskiej kulturze. Człowiek o wielkiej kulturze, muzyk i krytyk muzyczny, powieściopisarz i publicysta (zaczynał jeszcze przed wojną w „Buncie młodych”), a przy tym żołnierz w kampanii wrześniowej i Armii Krajowej. Po II wojnie światowej działacz społeczny, na ile pozwalały komunistyczne realia. Jeden z ideologów ruchu „Znak”, które miało być wyrazicielem katolickiego stanowiska w życiu publicznym PRL. Głosił program „neopozytywistyczny”, tj. działania w takiej skali i w takich sferach, na które pozwalał komunistyczny ustrój. Związany przez cały PRL z „Tygodnikiem Powszechnym”, do 1989 publikował w nim felietony z przerwą na lata, gdy był objęty zakazem publikacji. Po upadku komunizmu, skonfliktowany z redakcją „TP”, przeniósł się do „Wprost”. Był jednym z założycieli Unii Polityki Realnej.

W bogatej spuściźnie tego pisarza i publicysty, o którym każdy konserwatywny liberał może śmiało powiedzieć, że „my wszyscy z niego", niesłabnącym zainteresowaniem cieszą się jego Dzienniki. Impulsem do ich rozpoczęcia był zakaz druku i pobicie Kisielewskiego po jego słynnym wystąpieniu o „dyktaturze ciemniaków", które to wydarzenia zmusiły go do wycofania się z życia publicznego. W ten sposób sami komuniści przyczynili się do powstania jednego z najbardziej fascynujących świadectw epoki, relacji zaskakującej dystansem do socjalizmu, trzeźwością osądu rzeczywistości i braku złudzeń co do sytuacji Polski i polskiego społeczeństwa.

Dzienniki, szczególnie na początku, wypełnia atmosfera strachu. Autor żyje w nieustannej obawie przez podsłuchem, przed czytaniem korespondencji, wypatruje śledzących go ubeków. Niewiele przesadzając, to w każdym nagabującym go obcym człowieku widział agenta. Jest to niewątpliwie wynik wydarzeń marcowych, w trakcie których Kisielewski przekonał się, że jeśli posunie się za daleko, władza może go wyeliminować z życia, nawet dosłownie. Jednocześnie Kisielewski jest od władzy uzależniony, czy to z powodu wyjazdów koncertowych jego syna Wacława (światowej sławy pianisty, członka duetu „Marek i Wacek"), czy też z powodu potrzeby uzyskania paszportu czy umożliwienia publikacji lub wykonywania kompozycji. Z nadzieją liczył na rozmowy swoich kolegów ze „Znaku" z „Klisiem", czyli z Zenonem Kliszko, „polskim Numerem Dwa", jak skomentował w dzienniku, że wyjednają u niego ułaskawienie. W chwilach wściekłości z powodu decyzji władz dzwonił do kogoś i wymyślał na władze przez telefon – pewien, że telefon jest na podsłuchu. „A niech sobie posłuchają" – komentował w dzienniku. Dziennik był prowadzony z myślą, że może trafić w ręce niepowołane. Stąd zamiast nazwisk pojawiają się inicjały albo przezwiska (np. zamiast Jerzego Giedroycia – „Stary Książę"), a o niektórych sprawach pisał aluzyjnie, np. o publikowanych pod pseudonimem powieściach.

W Dziennikach zaskakuje bezkompromisowa krytyka socjalizmu jako ustroju. Nie ma tu mowy o jakichś „wypaczeniach" czy „socjalizmie z ludzką twarzą". Kisielewski wprost napisał, że jest to ustrój beznadziejnie głupi, prowadzący kraje do ruiny, wg znanej formuły, że „to nie kryzys, kotku, to rezultat". Jest to postawa niecodzienna w tamtych czasach, nawet na tle jego kolegów ze „Znaku", którym się marzył jakiś mariaż katolicyzmu z socjalizmem, a także na tle Jerzego Giedroycia. Zresztą z tego między innymi powodu Kisielewski był coraz bardziej skonfliktowany ze swymi kolegami. O ile grupa skupiona wokół „Tygodnika Powszechnego" chciała modernizować katolicyzm i przystosowywać go do nowoczesności, o tyle Kisielewski widział w tym dewastację wiary. W tym miejscu widać jego postawę konserwatysty, choć nie wynikała ona z jakiegoś ideologicznego przywiązania do tego co stare, a raczej z obserwacji rzeczywistości. W sporze między „Tygodnikiem Powszechnym" a prymasem Wyszyńskim Kisielewski brał stronę tego ostatniego.

Sporą część rozważań w Dziennikach zajmują kwestie żydowskie. Nic dziwnego, wszak zostały rozpoczęte zaraz po wydarzeniach marcowych. Dodatkowo matka pisarza pochodziła z rodziny o żydowskich korzeniach. Kisielewski z jednej strony bardzo surowo oceniał postawę marcowych emigrantów. Nie miał złudzeń co do tego, że byli to ludzie wiernie służący reżimowi. Szczególnie jego złość wywoływali ci, którzy twierdzili po wyrzuceniu ich z Polski, że i tak wierzą w marksizm, oraz pewien emigrant piszący w paryskiej „Kulturze", że był to dla niego prawdziwy wstrząs otwierający oczy na naturę komunizmu – a co z mordowaniem akowców, uwięzieniem prymasa, ze wszystkimi zbrodniami komunistów, pyta Kisielewski, dopiero jak sam dostał w d..., to przekonał się, że żyje w krajów totalitarnym? Z drugiej strony autor żałuje wyjazdu Żydów i krytykuje głupotę komunistycznego rządu, który pozbywał się w ten sposób bardzo wielu wartościowych ludzi. Kisielewski jednocześnie kibicował walce Izraela o przetrwanie, choć komentował niektóre wydarzenia nie bez zdziwienia. Widok premier Izraela Gołdy Meir przyjmującej defiladę skomentował: „Przed ogromnie groźnymi armatami i pistoletami przechodzi stara gruba ciocia Ruchla z przedwojennej ulicy Smoczej, a za nią małosemicki wymoczek z okiem zasłoniętym czarnym plastrem [Mosze Dajan – przyp. MJ]. Zdumiewające!" (s. 243). Widać tu, jak stereotypy na temat Żydów są przez nich przełamywane przy budowie izraelskiej państwowości.

Bardzo trafne i aktualne do dziś są uwagi Kisielewskiego dotyczące społeczeństwa polskiego. Kontynuację tych tez widać w esejach Rafała Ziemkiewicza. Kisielewski dostrzegał, że powstaje nowe polskie społeczeństwo. Że w wyniku wojennego wyniszczenia stare warstwy kulturotwórcze zanikły, powstaje więc nowa Polska, bez pamięci, z serwowaną jej propagandą uznającą za jedyną prawdę, bo innej nie zna. Autor pamiętników narzeka na prześladujące go odczucie obcości – z nowymi Polakami, szczególnie młodzieżą, nie ma o czym rozmawiać. Żeby wykazać fałsz i głupotę najprostszych gazetowych sloganów, musiałby zacząć tłumaczyć wszystko od podstaw, gdyż język i historia zostały całkowicie zakłamane. Prasa zresztą jest jednym w negatywnych bohaterów Dzienników. Autor wciąż narzeka na jej głupotę, nudę, na powtarzalność, na serwilizm dziennikarzy i skrajny konformizm. Kisielewski dostrzegał, że polskie społeczeństwo zostało całkowicie przemienione, z romantycznego i bohaterskiego stało się „filisterskie przemalowane z wierzchu na czerwono". Lepszą Polskę zauważał na Podhalu na wsi, gdzie dzięki pieniądzom przysyłanym przez krewnych z emigracji rozwijać się miał względny dobrobyt oparty na prywatnej własności i inicjatywie.

Autor z wielkim zaangażowaniem komentował także ówczesną politykę zagraniczną. Szczególnie narzekał przy tym także na głupotę Europy Zachodniej i USA, na ich nietrafioną politykę wobec ZSRR i bloku sowieckiego. Był też pozbawiony złudzeń co do natury rodzącej się właśnie w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych kontrkultury – uważał ją za ruch zdecydowanie antycywilizacyjny.

Dzienniki są lekturą, którą należy zdecydowanie polecić wszystkim interesującym się dziejami najnowszymi Polski, jak i kulturą polską. Są nie tylko świadectwem życia politycznego, ale i kulturalnego. Do pewnego stopnia są także opisem życia codziennego, potocznej rzeczywistości. Autor szczególnie chętnie notował pojawiające się dowcipy polityczne, które były swoistą społeczną odpowiedzią na propagandę. W 20 lat po śmierci autora Dzienniki wciąż pozostają fascynującą lekturą, a także – co w przypadku dzienników nie jest oczywiste – dobrą i wciągającą rozrywką.