Felieton filmowy

W listopadowe, zimne wieczory często odczuwa się pragnienie przeniesienia do innej krainy, czasów, innej rzeczywistości. Ta potrzeba udzieliła się także mi. Najmniej pogodny miesiąc w roku spędziłam w samotni kinowych sal lub w towarzystwie kubka dobrej herbaty, oglądając od dawna zalegające na parapecie i czekające na swoją kolej filmy DVD.

Ale od początku. Z całego wachlarza obrazów bardziej i mniej wybitnych wybrałam, z przekonania do fabuły, „Anonimusa” oraz „Służące”, a z czystej przekory – „Listy do M”. Pierwszy z filmów stanowi wariację na temat dzieł Szekspira. Czy przyszło Wam kiedyś na myśl, drodzy Czytelnicy, że syn rękawicznika, który przerwał edukację na etapie ówczesnej szkoły średniej, nie miał kulturowego ani intelektualnego backgroundu, by móc napisać dzieła tej klasy co Hamlet, Makbet czy słynne sonety? Jeżeli tak, „Anonimus” podsyci jeszcze bardziej Waszą nieufność. Co ciekawe, film przedstawia historię Szekspirowskich (?) utworów na tle walki o schedę po dobiegającej kresu swych dni Elżbiecie I. W pewnym momencie polityczne tło wysuwa się jednak na pierwszy plan, ukazując twórczość literacką dramaturga jako narzędzie oddziaływania na tłumy. Dobre i mocne.  Zastanawiające, że obraz ten przeszedł w Polsce zupełnie niezauważony.

Nie dało się natomiast nie zauważyć polskiej komedii „Listy do M”, będącej przeniesieniem na rodzimy grunt amerykańskiego „To właśnie miłość”. Schematyczna fabuła, parę chwytliwych piosenek i plejada gwiazd (wśród których zastanawiającą nadreprezentację stanowił komitet poparcia Kolorowej Niepodległej – vide Tomasz Karolak czy Roma Gąsiorowska). Żeby oddać sprawiedliwość, muszę przyznać jednak, iż film ten nie był tak zły, jak tego oczekiwałam. Jak w każdej produkcji tego typu, epizodyczną rolę musiała zagrać przeżywająca drugą młodość, odświeżona dzięki Tańcu z gwiazdami, Beata Tyszkiewicz. Był „papież” Adamczyk, Agnieszka „Niania” Dygant oraz amant Małaszyński. Zastanawiające, dlaczego w obsadzie nie znaleźli miejsca dla Kasi Cichopek albo jej następczyni, Nataszy Urbańskiej. Znamienne, że wybierając się na seans w sobotę późnym popołudniem, w ponad tydzień po premierze, nie uświadczyłam na sali ani jednego wolnego miejsca.

Przejdźmy jednak do „Służących”, filmu rozgrywającego się w latach 60-tych w niewielkim miasteczku w stanie Missisipi i ukazującego położenie czarnoskórej ludności w dobie segregacji rasowej. Tytułowe służące to Murzynki doglądające domu i dzieci przedstawicieli białej klasy średniej. W obrazie tym nie ma ani krztyny pretensjonalności lub uprawiania jakiejkolwiek propagandy. Zarówno po stronie „ciemiężonych”, jak i „ciemiężców” występują barwne postacie, charaktery dobre oraz podłe. Podczas oglądania „Służących” nasuwa się refleksja na temat zmiany obyczajowej, która zaszła w minionym półwieczu. Szczególna melancholia może ogarnąć męską część publiczności – czekająca na przybycie męża z pracy żona w kwiecistej sukience i szpilkach (koniecznie promienna i ze starannie ułożonymi włosami), serwująca gorący obiad, łatwo przyprawi o ukłucie tęsknoty za minionym światem… Znalezienie tego obrazu w stołecznych kinach nie było jednak rzeczą prostą.

Wnioski są oczywiste i zupełnie nieodkrywcze, przytoczę je jednak dla przyzwoitości. Po pierwsze, sztampowe, proste w przekazie komedie cieszą się największą popularnością. Dlatego też (czyli po drugie) wielkie sieci kin wyświetlają te filmy, na których zarobią najwięcej. W związku z nadchodzącym nowym rokiem życzyłabym sobie dla polskiej kinematografii trzech rzeczy: polotu „Anonimusa”, ciepłej ironii „Służących” oraz takich nakładów finansowych na promocję, jak w przypadku „Listów do M”.