Felieton

Historia się przestała dziać
W ponaświetlanych mózgownicach
Czas teraźniejszy poszedł spać
A królem czasów jest – międzyczas
(Jonasz Kofta)

Świat osiąga najwyższy stopień intelektualizacji, schylając się tym samym ku upadkowi.
Czyli rzecz o tym, gdzie podziali się współcześni intelektualiści. I jak odnaleźć prawdę w obecnej karnawalizacji kultury i cywilizacji?

Życie polityczne i kulturalne naszego państwa to jeden wielki talk show, a właściwie reality show, w którym elita intelektualna dąży nieustannie do wspólnego mianownika ze społeczeństwem. Nasze czasy sięgnęły dna sinusoidy epok. Nowoczesnemu społeczeństwu zależy głównie na tym, żeby wszystkim żyło się lepiej, żeby w kraju panowało powszechne zrozumienie i umysłowa jedność pokryta schludnie niewidzialnymi oparami absurdu… Bo cywilizacja to doskonały materiał na film niskobudżetowy. Prosty scenariusz, dynamiczne tempo i jeden imperatyw: z a b a w a. Należymy do homo ludens, więc żywioł dionizyjski wiedzie prym w naszym życiu. Postępująca demagogia ukryta pod płaszczykiem profesjonalnej technokracji to jest to, co politycy kochają najbardziej. Przykład politycznego „guru” to Jarosław Kaczyński. Przez jednych nazywany drugą Margaret Thatcher, przez innych – polskim Charles’em de Gaulle’em. Kontrowersji wzbudza dużo, w rankingu popularności zostawił już dawno w tyle Peszek, Wojewódzkiego czy Majewskiego – wirtuozów „grubych afer” i bezpardonowych wstępów. Mąż stanu, działacz Solidarności, twórca i prezes PiS, spadkobierca myśli duchowej swojego brata i działacz obecnej opozycji sejmowej – alternatywa dla tych, którzy stracili już wiarę i nadzieję w rządy komiksowego Donalda.

Nie rozpisujmy się tu jednak o naszym nieudolnym rządzie czy o władzy prezydenta Kompromitowskiego (bo pod takim pseudonimem funkcjonuje obecny prezydent na forach internetowych). Nie od dziś przecież wiadomo, że definicja polityki to: pustak pustaka pustakiem pogania. Głosowanie parlamentarne wynika nie tylko z prawa, ale także z pragnienia zmian. Polacy tej zmiany nie dokonali. To fatum, na które przecież nie mamy wpływu. Dlatego postąpmy w myśl zasady: „Milczenie jest złotem” i skierujmy tory naszych przemyśleń na minione kampanie wyborcze i ich postępującą degradację społeczną. Ten żenujący wyścig polityczny był skierowany przecież do ludu i prostym ludem miał zawładnąć. Nie wyszło. Bo udział w wyborach wzięła mniej niż połowa narodu. Ideał aktywnego obywatela-patrioty wciąż nie ma w Polsce racji bytu. Dlatego proponuje się nawiązać kontakt z elektoratem poprzez postawienie kabin do głosowania w supermarketach i barach, a także innych dogodnych miejscach rozrywki; uprawomocnić wybory przez telefon lub za pośrednictwem Internetu, SMS-ów lub poczty elektronicznej. W samej Wielkiej Brytanii metodę elektronicznego głosowania przedstawia się jako sposób na rewitalizację uczestnictwa politycznego. Pytanie tylko, czy taka postępująca technologizacja to dobry sposób. Pewnie tak, żyjemy bowiem w epoce ciągłej karnawalizacji. Nikt nie ma czasu na życie prywatne, a co dopiero polityczne czy publiczne. Codzienne lunche, przerwy na papierosa, kultowe gry na komputerach służbowych, udziały w konferencjach multibiznesowych; wreszcie czaty, facebooki i komunikatory do rozmów na privie sprawdzane gorączkowo w trakcie pracy. Ot co, biurowa sjesta, leniwa egzystencja wielkiej korporacji, i nie tylko.

Panem et circenses! Carpe diem! Starożytne slogany cisną się na usta podczas spacerowego shoppingu po centrach handlowych, w których na wystawach królują ubrania modowych architektów i kuchnie ze wszystkich stron świata; od fast foodów dla inkluzywnej masy, po ekskluzywne kafejki, dla tych, którym pecunia non olet. Złote tarasy to niegdyś wiszące ogrody Semiramidy w Babilonie, które zachwycały efektownymi fasadami kolumn i dziką zielenią mezopotamskiej egzotyki. Teraz nadal przyciągają barwnością kondygnacji, w których każdy może znaleźć coś tylko dla siebie – KFC, McDonald, Subway, Burger King, New Look, Reebok; Saturn i iSpot Premium Reseller, bo czyż nie lepszy umiarkowany kosmopolityzm od obskurnej ksenofobii? Giganty na glinianych nogach tworzą współczesne mauzoleum nowoczesnej techniki, mody i architektury. Cywilizacji „przez wielkie C”. Warszawskie centrum nie wchodzi jednak w skład antycznego kanonu siedmiu cudów świata; winna temu aksjologiczna klepsydra z piaskiem czasu. Kina 3D przechodzą do prehistorii, ponieważ seanse w 5D dostarczają pełniejszej i wnikliwszej ekstazy zmysłowych doznań. A komputery stacjonarne? Tak nieubłagalnie wyrzucane na śmietniki, bo tablety i laptopy można mieć zawsze przy sobie.

Żyjemy nie tylko w ciągłym pędzie nauki i rozwoju, ale także w nieustannej afirmacji życia, wśród reklam i billboardów pełnych pięknych kłamstw, wśród wieczornych filmów rodem z amerykańskiego raju Hollywood, zawsze z seksem w tle. Bo to się sprzedaje. Ta meta-amerykanizacja zawładnęła masami. To mainstream życiowego life style. Bo trzeba być zawsze na topie, dobrze wyglądać, mieć mcbooka i iphona Apple, wczasy w Tunezji last minute i telewizję N. W tym kraju przezroczystego zniewolenia, pokrytego niechlujnie lakierem nowoczesności, wybieramy TVN 24, by słuchać cudotwórców, futurologów i wieszczy przemawiających z trybuny ludu. PO, PSL, PiS, SLD i PJN, bo Polska przecież jest najważniejsza. No i jeszcze Palikot, natchniony Towiański, tyle że o wprost przeciwnych celach; bo tylko on wyleczy Polskę z jątrzącej rany katolicyzmu. Bo po co nam irracjonalno-mistyczne brednie chrześcijańskiej hałastry? W końcu osiągamy poziom europejskiej samoświadomości… Piłsudski mówił: „Nie ośmielam się patrzeć różowo w przyszłość” tego świata. Powielamy tylko schematy dawno minionych cywilizacji.

Karnawał ciągle trwa. I to nie tylko ten widowiskowy z Rio de Janeiro, Wysp Kanaryjskich czy Wenecji. To karnawał życia ludzkiego, ciągłej błazenady, śmiechu, parodii i groteski, elementów, które na stałe przedostały się do Bachtinowskiej teorii literatury, ale też do naszego codziennego życia. Ten skarnawalizowany światopogląd przenika całą esencję. Każdy z nas bierze w nim udział, świadomie lub nieświadomie zapadamy w pradawny rytuał zabawy. W tym istnym lunaparku ludzkich wrażeń reguły są proste. Powrót do domu, włączenie telewizora, laptopa, playstation. Wirtualny świat, w którym dostajesz wszystko, czego naprawdę potrzebujesz. Emocje, uczucia, newsy, sensacje i informacje z pierwszej ręki. Te proste reguły gry wciągają. Bo żyjemy w suwerennym kraju (odzyskał wolność w 1989), z importem chińskim i adidasami ze stadionu, Rossmannem z Hongkongu i serią laptopów Lenovo. Nasza Rzeczpospolita nie ma już nic ze swojej romantyczności czy sarmackości. Przeradzamy się w China Poland, przeżywając tym samym New Age polskiej tradycji. W tło naszych polskich, ale także światowych rynków wchodzi relatywizm zarówno obyczajowy, jak i kulturowy pod znakiem filozofii poststrukturalistycznych, z nonszalancką swobodą słowa i mozaiką myśli. Niestety bowiem kultura świata współczesnego spycha prawdę raczej na peryferia ludzkich możliwości intelektualnych. Kultura przez wielkie K ustąpiła miejsca wielości kultur; wszelkie próby przypisywania komuś lub czemuś roli autorytetu lub nadawania mu specjalnego statusu spotykają się dziś z drwiną. Tradycyjny podział na kulturę wysoką i niską nie ma sensu w świecie, w którym prawda jest czymś tak niepewnym.

Pozostaje mi tylko przypomnieć Zmierzch bożyszcz Fryderyka Nietzschego… Poprzez ten właśnie zmierzch Nietzsche oznajmia kres, upadek, koniec całej krytykowanej przez niego jako platonizm – dualistycznej metafizyki świata zachodniego, wyrastającej z wrogości wobec życia i przeciwstawiającej mu ponadzmysłowy porządek ideałów i wartości, porządek, który życie deprecjonuje, osądza, odbiera mu wartość. Bo przecież wieczny epikureizm, hedonizm z filozofią życia na wokandzie, to nie tylko narodziny tragedii z ducha muzyki. To jakiś ideał. A w kraju z ideą bez idei to już coś. Co więc wybrać, skoro wszystko dobiega kresu? W kontekście tego pytania nigdy nie zapomnę słów Hitlera z Mein Kampf: „Być obywatelem Rzeszy, nawet jeśli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju”. Dlatego wbrew wszystkiemu doceniajmy to życie, które mamy, z jego realiami i trudami. Na lepsze możemy przecież nie trafić….

 

Artykuł zainspirowany esejami Umberta Eco i książką Franka Furedi „Gdzie podziali się wszyscy intelektualiści?”.