Manipulacja nie zaczyna się od liczb

Nie wystarczyło wcale powiedzieć, że na Placu Konstytucyjnym zebrała się grupka kiboli. Że jedni chcieli być kolorowi, a drudzy – brunatni. Nie wystarczyło i nie było już takiej potrzeby, bo obiektywizm przetrącono już wcześniej.

Filozofia pozostawia wszystko tak jak jest – z wyjątkiem pojęć. A ponieważ znajomość danego pojęcia – czy to poprzez modyfikację pojęć istniejących, czy to poprzez tworzenie nowych bądź obalenie starych – pociąga za sobą zmianę zachowania.

Szkocki filozof, Alasdair MacIntre, wie, co jest na rzeczy.

Największy szwindel, jaki popełniono 11 listopada, to „antyfaszyści”. „Antyfaszystowskie bojówki” czy wcześniej po prostu „chłopcy z Antify”. Wmówiono nam – albo próbowano wmówić – że lewaccy bandyci, choć łamią prawo, to działają w dobrej wierze. Że choć zakładają kominiarki i zaciskają kastety, wyglądają groźnie i cedzą groźne słowa, to przede wszystkim – i za to są rozgrzeszani – mają wspierać obywatelskość, stymulować jej odruch sprzeciwu wobec neofaszystowskich nacjonalizmów. Mają tropić łysych i zabezpieczać demonstracje.

Akcja podjęta przez naszą stronę była zawsze „waleczna”, podjęta przez wroga – „desperacka”; polityka prowadzona przez nasze dowództwo była „surowa” lub – wedle rozkosznego eufemizmu – „szorstka”; ta sama rzecz wprowadzona przez naszego wroga była „brutalna”.

To już z kolei Richard Weaver.

Nacjonalistów, kibiców czy mas, które towarzyszy im w pochodzie pod pomnik Dmowskiego, nie nazwano antykomunistami. A i ku temu przecież nadarzały się mniej lub bardziej spontaniczne sposobności – bo to zarzucono przyśpiewki o czerwonej hołocie, innym razem skandowano o poganianiu bolszewii.

Zresztą, antykomunista kojarzy się w dzisiejszej Polsce znacznie gorzej niż antyfaszysta. Jeśli powiemy, podążając za polityczno-medialną nomenklaturą, że antyfaszysta walczy o demokrację, to antykomunista – jemu to już ni ziębi, ni grzeje – zwyczajnie w niej błądzi. Nie potrafi znaleźć swojego miejsca w ponowoczesności, ale też chyba go nie szuka. Miast tego wyłącznie rozpala lustracyjne stosy, bo nie wierzy w dobrowolny, tak nagły krach komunistycznych i postkomunistycznych sitw, jaki miał dokonać się w ‘89 roku.

Łatwiej być przeciwko czemuś niż za czymś, bo być za czymś musi oznaczać dźwignięcie pewnej odpowiedzialności – nie sposób z kolei polemizować z kimś, kto maskuje swoje poglądy. Być za czymś – tak czy inaczej – to być także przeciwko czemuś. Także, nigdy tylko.

Jak pisał wspomniany Weaver, taki zresztą nadając tytuł swojej najważniejszej pracy, idee mają konsekwencje. Wszystkie.