Neutralność światopoglądowa państwa demokratycznego?

Wraz z nową kadencją parlamentu powrócił do polskiej debaty publicznej temat neutralności światopoglądowej państwa. Widać to zwłaszcza w odniesieniu do postulatu sekularyzacji wystroju instytucji publicznych. Ale idea świeckiego charakteru polityki państwa sama w sobie jest produktem jednego ze światopoglądów. Jak więc rozumieć neutralność w demokracji? Gdzie, przecież, istotą systemu jest przewaga zwolenników jednej idei nad inną.

Utarte przekonanie dotyczące „neutralności światopoglądowej władzy” wiąże tę zasadę z postulatem oddzielenia kwestii wyznaniowych od władzy świeckiej. Państwo, jak się twierdzi, musi być „obojętne”, nie powinno popierać ani preferować żadnych orientacji filozoficznych i światopoglądowych. Jest to bezpośrednie nawiązanie do łacińskiej etymologii, a także do prawnych korzeni pojęcia neutralności; w prawie międzynarodowym tradycyjnie oznaczało ono niezaangażowaną postawę państwa wobec konfliktu zbrojnego.

Taka koncepcja opiera się na kilku założeniach. Kluczowym jest teza o atomizacji sfery publicznej – wyraźne wyodrębnianie z niej niezależnych od siebie podsystemów. Neutralna światopoglądowo część państwa to jego struktura instytucjonalna: organy i urzędy. Rezygnuje się tu z całościowego ujęcia polityki państwowej, która na pierwszym miejscu stawia wolę obywateli, tworzących polityczną wspólnotę, traktujących instytucje jedynie jako narzędzia zarządzania życiem społecznym. Organy państwa zostają wyabstrahowane z otoczenia kulturowego, stają się zamkniętym systemem, odcinającym się od idei społecznych – tak samo jak wtedy, gdy państwo A nie angażuje się w wojnę pomiędzy krajami B i C.

Odcięcie się od preferencji aksjologicznych, które obywatele sygnalizują władzy, może oznaczać uczynienie organów państwa ociemniałymi na potrzeby społeczne. Dotykamy ważkiego problemu: gdyby neutralne światopoglądowo państwo kierowało ludźmi na ślepo i realizowało cele ustalane samodzielnie przez rządzących, to czy wciąż byłaby to demokracja? Zatem między demokratycznym charakterem państwa a jego neutralnością w warstwie światopoglądu rysuje się zasadnicza oś napięcia; przyznanie pierwszeństwa jednej z tych zasad nieuchronnie osłabiać będzie tę drugą.

Neutralność w konstytucji...

Odpowiedź na pytanie: „ile światopoglądu w państwie?” znajdziemy w modelu systemu prawnego i systemu administracyjnego. Im większa rola konstytucji, która jest strategicznym dla ustroju aktem normatywnym, tym mniej miejsca na incydentalne zachowania rządzących, preferujące któryś światopogląd. Im bardziej jednoznacznie ustawa zasadnicza reguluje znaczenie systemów ideowych dla funkcjonowania organów władzy publicznej, tym trudniej o błędną wykładnię ustaw i aktów wykonawczych. Czytelnie wyartykułowana wola całego społeczeństwa (w przypadku prawodawcy konstytucyjnego mówi się o Narodzie) tworzy stabilne reguły gry, obowiązujące w danym kraju nierzadko przez stulecia.

Istotne znaczenie przypada – wobec tego – sądowi konstytucyjnemu, który pełni rolę arbitra w sporach o zgodność prawa stanowionego przez przedstawicieli z wolą suwerena. Ktoś może jednak zapytać, w ślad za „Rejsem” Marka Piwowskiego: no świetnie, ale jaką neutralną ideowo metodą wybierzemy neutralnych sędziów konstytucyjnych? Kwestia tego, że każdy wybór demokratyczny jest uwarunkowany światopoglądem decydentów, pozostaje tutaj nierozstrzygnięta. Od czasów Juwenalisa z Akwinum pytanie quis custodiet ipsos custodes nie doczekało się bowiem zadowalającej odpowiedzi. Temu zaś, kto uważa, że orzekanie o konstytucyjności prawa jest wolne od decyzji nasyconych światopoglądem sędziów, wypada polecić chociażby przegląd orzeczeń polskiego Trybunału Konstytucyjnego.

...i w praktyce ustrojowej

Nie wszystko da się uregulować w ustawie zasadniczej; nie taki jest zresztą jej cel. Kolejna wątpliwość dotyczy więc „neutralnej” praktyki ustroju demokratycznego. Co kadencję wybieramy przedstawicieli do parlamentu, głowę państwa, samorządowców. Od czasu do czasu bierzemy udział w referendach ogólnokrajowych i lokalnych. Przychodzimy na konsultacje społeczne organizowane przez administrację samorządową, głosujemy w ankietach zamieszczanych na stronach internetowych gmin etc. Do systemu zarządzania państwem bezustannie wprowadzamy więc ogrom oczekiwań i wyborów, mających wymiar światopoglądowy. Są one uwarunkowane naszymi przekonaniami politycznymi, wyznaniem religijnym, systemem moralnym, preferencjami etycznymi itp.

Gdyby, ograniczając rozważania wyłącznie do płaszczyzny religijnej, chcieć zastosować tradycyjne rozumienie neutralności światopoglądowej, każdy sygnał społeczny państwo powinno po odebraniu spreparować. Wola obywatela najpierw musiałaby zostać okrojona z elementu religijnego, a następnie raz jeszcze sformułowana w postaci neutralnej. Dopiero tak przeformułowane wybory i potrzeby społeczne można by było grupować, badając, które z nich stanowią większość.

Oczywiście i tutaj sprawdza się paremia Juwenalisa, tym razem jako problem bezstronności decydenta, który przetwarza te sygnały od obywateli, po czym wydaje „neutralną” decyzję administracyjną albo „neutralnie” rozdziela publiczne dotacje na działalność społeczną. Administracja ma bowiem jednocześnie do czynienia z sygnałami, które powinny być preparowane, jak i z tymi, których w tej sferze korygować nie ma potrzeby. Nieuchronnie prowadzi to do nierównego traktowania oczekiwań społecznych.

Neutralność jako procedura?

W toczącym się sporze o neutralność światopoglądową warto dodać jeszcze jeden element, który wydaje się nieco zapomniany lub niedoceniany. Pojęcie „neutralności” można bowiem rozumieć na dwa sposoby. Pierwszy z nich omówiliśmy już jako swoisty paradygmat – oznacza, że efekty działalności władzy publicznej (akty prawne, decyzje itp.) nie mogą być przesiąknięte którymkolwiek ze światopoglądów. I to niezależnie od tego, jak karkołomnych zabiegów będzie musiał dokonać organ, aby te potrzeby społeczne, które są uwarunkowane aksjologicznie, „oczyścić” do wersji bezideowej.

Słusznie jednak zauważa się, że akcent „neutralności” może być położony nie na efekt, ale na procedurę. Rzecz w tym, aby państwo – przetwarzając społeczne oczekiwania (input) we własne działania (output) – nie dokładało niczego od siebie; aby nie zniekształcało potrzeby zgłaszanej przez większość. Jeśli dążenie społeczne ma charakter neutralny, to powinno takim pozostać. A jeżeli jest uwarunkowane światopoglądowo, to państwo nie może odzierać go z tego aspektu, dążąc np. do sztucznego usunięcia zeń pierwiastka religijnego. Neutralność „proceduralna” polega więc na możliwie ścisłym odwzorowaniu woli większości w działaniu władzy publicznej, przy zachowaniu konstytucyjnych standardów ochrony mniejszości.

Współcześnie w debacie o neutralności władzy publicznej wyraźnie brakuje drugiego z przedstawionych wyżej poglądów. Efektem podążania pierwszą z omówionych dróg jest karykaturalna – niekiedy zabawna lub żenująca – poprawność polityczna. Koncepcja „neutralności jako efektu” prowadzi do przejaskrawiania roli frazy „z poszanowaniem praw mniejszości” w definicji ustroju demokratycznego, przy jednoczesnym bagatelizowaniu kluczowego fragmentu: „rządy większości”. Skutkami ubocznymi takiego myślenia są żywiołowe debaty publiczne, przetaczające się przez państwo zawsze wtedy, gdy czyjeś poglądy – choćby i większościowe, ale wyraźnie uwarunkowane określoną religią czy moralnością – są blokowane lub cenzurowane z uwagi na jaskrawość stojącej za nimi idei. A przecież świeckość to też wyraźna i jednoznaczna postawa ideowa, czasami nawet bardziej jaskrawa od religii.

Dla odmiany „neutralność jako procedura” gwarantuje, że zarówno wola mniejszości, jak i większości pozostaje wolna od cenzurowania przez organy państwa. Rolą aparatu władzy jest raczej sprawne odczytywanie aktualnych oczekiwań społecznych, porównywanie ich z wzorcem konstytucyjnym, ocena w świetle zobowiązań budżetowych i międzynarodowych oraz pod względem wydolności krajowego aparatu wykonawczego – i kierowanie do realizacji. W efekcie ogranicza się spory dotyczące owego okrajania preferencji z ich warstwy światopoglądowej. Może to wpływać na łagodzenie napięć społecznych i wzrost zaufania do państwa. Instytucje publiczne przestają być widziane jako surowy cenzor struktury wyznaniowej i przechodzą raczej na pozycję arbitra, który nie zniekształca woli obywateli.

Warto pamiętać, że w dyskusji o praktycznym wykorzystaniu idei neutralności światopoglądowej szczególna rola przypada konstytucji. Tę ostatnią należy odczytywać systemowo, sięgając także do preambuły. O tym, że ostatnio organy państwa mają z tym problem, wydaje się świadczyć ostatni spór o wystrój sejmowej sali plenarnej. Jak gdyby po 14 latach od uchwalenia obowiązującej ustawy zasadniczej Suweren nagle przestał być „wdzięczny przodkom za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu”.