Prawicowa rewolucja i lewicowy konserwatyzm

Świat zwariował – to pewne. W zasadzie to nic nowego i nie byłoby się czym ekscytować, gdyby nie pewne fakty nadające sytuacji znamiona nowości. Niewykluczone, że ludzie zawsze uważali, że świat jest zwariowany i wszystko zmierza w złym kierunku (widząc, gdzie dotarł, należy przyznać im rację). Jest też możliwe, że świat będzie nadal wariował coraz bardziej – choć trzeba mieć nadzieję, że nastąpi odwrót i zaczniemy zmierzać w kierunku normalności. Jednak sytuacja, w której się dziś znaleźliśmy, jest pod wieloma względami wyjątkowa – wszystko to, co jest kwintesencją „postępu” i zaprzeczeniem normalności, zadomowiło się na dobre i zyskało status stanu normalnego. Można powiedzieć, że świat zwariował aż tak bardzo, że wariactwo to stało się normą i punktem odniesienia. Zjawiska, w odniesieniu do których używało się określenia „rewolucja”, nie mają już nic wspólnego z rewolucją – stały się obowiązującymi regułami.

11 listopada miał miejsce Marsz Niepodległości – wydarzenie, które w zasadzie powinno było przejść bez większego echa. Zastanówmy się nad tym chwilę. W Dniu Niepodległości grupa ludzi postanowiła przejść ulicami stolicy, chwaląc bohaterów narodowych, którzy przyczynili się do odzyskania niepodległości i wykrzykując propaństwowe hasła. Co w tym niezwykłego? Dzień po temu stosowny, o bohaterach wypada pamiętać, a hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” ma piękną wielowiekową tradycję. A tu masz – okazało się, że sprawa tak prosta i oczywista wzbudziła kontrowersje. Czy w normalnym świecie tego rodzaju inicjatywa może spotkać się z takimi reakcjami, z jakimi spotkała się w Polsce? Odpowiedź jest oczywista – nie. W normalnym świecie ludzie przespacerowaliby się po Warszawie, złożyli gdzieś kwiaty, ktoś wygłosiłby nudne przemówienie i wszyscy by sobie grzecznie poszli potem do domu. Co się okazało przy okazji tego marszu? Otóż okazało się, że normalność nie jest już nawet w odwrocie – normalność poniosła (w głównym nurcie życia społecznego) sromotną klęskę i została zepchnięta na margines.

Nie chodzi o to, ile osób było na marszu. Nie chodzi o to, kto kogo bił i kto zaczął. Nie chodzi o to, czy kontrmarsz organizowali Polacy, Niemcy czy ufoludki z kosmosu. To są ważne rzeczy, ale tak naprawdę istotne jest to, że w ogóle komuś przyszło do głowy protestować przeciw temu marszowi. Sam fakt, że dla kogoś marsz nie był zjawiskiem neutralnym, świadczy o dość mocnym odchyleniu od normy. Ale Polska poszła zdecydowanie dalej – sprzeciw wobec marszu nie został uznany za kompletną aberrację, a protestujący nie zostali zepchnięci na margines i skazani na społeczny ostracyzm. Oglądając relacje w mainstreamowych mediach, można odnieść wrażenie, że normalni i spokojni ludzie wiedzeni poczuciem obowiązku obywatelskiego wyszli na ulicę zaprotestować przeciw paradzie chorych zboczeńców, którzy samym swym istnieniem zagrażają porządkowi społecznemu.

Sprawa jest przykra. Oto okazuje się, że w głównym nurcie (czy to politycznym, czy artystycznym, czy w ogóle społecznym) nie ma już miejsca na normalność i normą stało się wariactwo. Konstatacja ta nie napawa radością, ale załóżmy optymistycznie, że znajdą się tacy, którzy zechcą zawalczyć o powrót normalności na salony. Jeśli tak, to należy uzmysłowić sobie wszystkie praktyczne konsekwencje wynikające z faktu, że tzw. rewolucja odniosła zwycięstwo (przynajmniej mainstremowo) i tym samym nie można już jej nazywać rewolucją. Postępowe idee wdarły się podstępem i trwale zagnieździły. Teraz obowiązują inne zasady i kto inny jest dyskryminowany. Obecnie nowoczesność (w całej swej barwnej postaci) nie jest już mniejszością – mniejszością jest normalna część społeczeństwa. Należy zawsze pamiętać, że mniejszość to grupa niedominująca, inaczej można popaść w złudne samozadowolenie wynikające z poczucia liczebności. Niestety mniejszością są ci normalni, a co za tym idzie – strategie walki powinni dostosować do swojej niedominującej pozycji. Doszło do swoistego odwrócenia ról – to prawica, jako polityczna emanacja normalności, musi zacząć stosować metody dotychczas charakterystyczne dla drugiej strony. Nie będąc już grupą dominującą, nie można zachowywać się tak, jakby się nią wciąż było.

Pewną słabością środowisk prawicowych jest niechęć do przyznania się do swojej sytuacji. Zaprzeczanie rzeczywistości nie jest właściwą drogą. Wynik rundy pierwszej jest jaki jest i tego już zmienić się nie da. Można jedynie dostosować środki do obecnej sytuacji i dążyć do tego, by wynik rundy drugiej był inny. Oczywiście nie chodzi o zastosowanie jakichś drastycznych środków, nie chodzi o upodobnienie się do przeciwnika, ale o podjęcie działań adekwatnych do warunków i do rzeczywistości. Podejście opierające się na założeniu „jesteśmy normalni i mamy rację, więc historia z pewnością przyzna nam rację” jest zapewne słuszne, ale zupełnie bezużyteczne – nie chodzi o to, żeby historycy jakiegoś kraju przyszłości za 1000 czy więcej lat powiedzieli: „no tak, w rzeczy samej, to tamci mieli rację i ich pomysły lepiej by się sprawdziły”. Cóż nam po uznaniu ludzi żyjących tysiąc lat po nas? Czy od tego będzie nam lepiej? Nie. Istotne jest nie zrobienie dobrego wrażenia na przyszłych pokoleniach, ale doprowadzenie do powrotu normalności tu i teraz.

Sytuacja, do której doszło w związku z Marszem Niepodległości (podobnie jak wynik wyborów parlamentarnych), pokazała, że dotychczasowe sposoby działania były askuteczne. Nie da się ocenić, czy gdyby nikt nic nie robił, efekt byłby gorszy (lub czy nastąpiłby szybciej). Faktem jest natomiast, że skutku pozytywnego w postaci oddalenia od nas widma wszechwładzy postępu, nowoczesności i wariactwa nie ma. Można z łatwością wskazać osoby, które przyczyniły się do tego, zapominając, co jest wybrukowane dobrymi chęciami, i które zamiast skutecznie działać po to, by osiągnąć cel, zaczęły rozmieniać się na drobne (mając dobre chęci, rzecz jasna).

Winnych jest wielu, zapewne każdemu można przypisać część odpowiedzialności, ale szukanie kozłów ofiarnych niczego dobrego nie przyniesie. Ważne jest, by uświadomić sobie, że poza zmianą metod działania i wypracowaniem nowej strategii konieczne jest, by przywrócenie normalności było nadrzędnym celem każdego z nas. Sytuacja, w której Marsz Niepodległości wzbudza jakiekolwiek kontrowersje, jest sytuacją z gruntu patologiczną i dopiero naprawiwszy tę patologię, można zabrać się za inne problemy. Teraz nie jest czas na szukanie osobistej chwały czy osłabianie i tak słabego obozu z powodu sympatii czy antypatii. Należy uznać, że wyrugowanie postępu jest najistotniejszym zadaniem, jakie przed nami stoi. Nie ma sensu dzielić skóry na niedźwiedziu – to, co później zrobimy z naszym normalnym państwem, jest kwestią obecnie drugorzędną, bo jak na razie nie mamy tego normalnego państwa.

Niektórym wydaje się, że ich jedynie słuszna wizja docelowa jest wystarczającym powodem, by bawić się w Zosię Samosię. Są też i tacy, którzy tak skupili się na jednym, w gruncie rzeczy marginalnym zagadnieniu, że przestali widzieć cały obraz. Inni jeszcze przedkładają własną dumę i karierę nad sprawy ogółu. Wszyscy oni powinni sobie uświadomić, że o ile nie zaczną wspólnie, jako jeden ruch walczyć o normalność, stosując metody adekwatne i skuteczne, w niedługim czasie wszystkich nas zamkną w zoo i opatrzą tabliczkami „Polacy/Katolicy/Konserwatyści, Konserwatywni-Liberałowie/Heteroseksualni. Ostatnie egzemplarze wymierających gatunków. Prosimy nie dokarmiać i nie wdawać się w polemiki”.