Przeszliśmy – co dalej?

Zapewne większość czytelników ma już zdecydowanie dość kolejnych relacji i analiz skutków Marszu Niepodległości pojawiających się na różnorakich prawicowych (i nie tylko) portalach. Jednakże chciałbym zaprezentować swoją opinię na temat tej największej manifestacji w „wolnej” Polsce, tym bardziej że mam zamiar zwrócić większą uwagę na kilka kwestii, których nie ma lub którym nie poświęcono (moim zdaniem) wystarczającej uwagi w innych tekstach.

Marsz Niepodległości zgromadził w stolicy tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy osób w różnym wieku, z różnych grup społecznych i o różnych poglądach. Ci wszyscy ludzie przyszli na Plac Konstytucji w jednym celu – by wyrazić swoje poparcie dla wielkiej, silnej i, co najważniejsze, niepodległej Polski. Aspirujące do miana obiektywnych i opiniotwórczych lewackie media informowały o kilku tysiącach manifestantów, a z drugiej strony spotykałem się nawet z przekazami, jakoby Marsz zgromadził 100 000 Polaków (co brzmi, nie zaprzeczę, bardzo optymistycznie i budująco). Ja jednak uważam, że w zgromadzeniu wzięło udział około 30 000 osób, a w każdym razie nie mam wątpliwości, że nie było nas mniej niż 20 000. Liczba ta jest wynikiem nie tylko dobrym, ale wręcz świetnym, biorąc pod uwagę, że oznacza to około czterokrotne zwiększenie liczebności w stosunku do ubiegłorocznego Marszu.

Sądzę, że połowa tej liczby (odjąłem od całości przede wszystkim zwolenników PiS-u lub innych koncesjonowanych partii, autentycznych narodowych radykałów i osoby mniej lub bardziej nieukierunkowane politycznie) jest dobrą bazą do budowy zorganizowanego ruchu narodowo-konserwatywnego w naszym kraju. Oczywiście będzie to wymagało poświęceń i kompromisów, ale skoro gen. Franco był w stanie utworzyć Falangę, jednocząc ruchy od karlistów po faszystów (a więc nawet przeciwne sobie w kwestiach idei i działania) wokół jednego, istotnego dla Hiszpanii celu, to i my możemy. Nie sądzę, by nasza polska kłótliwość i pesymizm stanęły nam na przeszkodzie. Dywagacje na temat możliwych planów politycznych polskiej prawicy pozwolę sobie przełożyć na ewentualną przyszłą okazję, skupiając się w tej chwili na mojej ocenie Marszu.

„Seanse nienawiści” nie dla nas

Z pewnością srodze zawiodły się na naszym narodzie postępowe elity z towarzyszami z „Wyborczej” na czele. Jak się okazało, karmieni codziennymi porcjami obiektywnych i rzetelnych informacji obywatele nie są w stanie pojąć głębi ich przekazu i zrozumieć istoty czyhających na nas zagrożeń. Stało się bowiem to, przed czym ostrzegały nas „moralne autorytety”. Faszyzm, któremu rok temu pozwolono bezkarnie maszerować ulicami Warszawy, zyskuje zwolenników i wzbiera na sile! Tłumacząc powyższe z nowomowy na język polski – Polacy, mimo wieków poniżenia, nadal będąc poniżani, nie chcą i nie potrafią wyrzec się swej tożsamości. Widocznie nie dorośliśmy do „postępu”.

Mimo że rok temu „kolorowi” towarzysze pod czerwonymi i czarno-czerwonymi sztandarami (i nie mniej barwnymi uniformami) byli tą agresywną stroną, nie przeszkodziło to redaktorom „GW” pisać o zyskującym na sile faszyzmie, rasizmie, ksenofobii, homofobii… resztę tej wyliczanki chyba wszyscy znamy. Co więcej, środowiska antyfaszystowskie nie widziały niczego złego, by w tym roku organizować „symboliczną blokadę marszu faszystów”, zapraszając do pomocy pokojowo nastawioną młodzież niemiecką (jestem przekonany, że również byli „wykształceni, z dużych miast”), która równie pacyfistycznie przyjechała „obić mordy” polskim (!) nazistom. Jak to dobrze mieć w kraju tak wyczulonych na totalitarne ideologie młodych ludzi. W końcu czego jak czego, ale znajomości zasad totalitaryzmu lewicy odmówić nie można. W efekcie nagłośnili tylko idee Marszu Niepodległości, a ta część narodu, która woli sama dochodzić prawdy, niż otrzymywać ją z „czystych ideowo” źródeł, odnalazła informacje, które odzwierciedlały prawdziwy cel i wizerunek Marszu. Sama „Wyborcza” ostatecznie wycofała się z działalności propagandowej, oferując Polakom kolorowe alternatywy. Ale było już za późno, bo tysiące naszych rodaków poczuło się urażonych doczepioną łatką faszystów, postanawiając udowodnić, że nie przejmą się marnej jakości publikacjami Blumsztajna i spółki. Czy można sobie wyobrazić lepszą promocję? Jestem przekonany, że obecność takiej liczby ludzi na Marszu jest w co najmniej równym stopniu zasługą lewicy. W wykonaniu „GW” orwellowskie „seanse nienawiści” były raczej karykaturą książkowego odpowiednika i o wiele więcej widzów dało się „zwieść” Emmanuelowi Goldsteinowi, zamiast potulnie słuchać Wielkiego Brata.

„Stolica Polaków nie chce lewaków!”

Powyższe hasło było jednym z tych elementów manifestacji, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Wierzę, że ten przekaz, który potoczył się ulicami Warszawy, dotarł do serc i umysłów wielu ludzi. I oby pozostał tam na zawsze.

Udając się razem z pozostałymi członkami KoLibra na Plac Konstytucji, rozglądałem się z nieukrywaną radością po warszawskich ulicach. Nie było możliwości, by nie dostrzec otaczających nas grup ewidentnie zdążających do tego samego co my celu. Tego dnia wyraźnie można było odczuć, że polskość nie musi być czymś wstydliwym, o czym najlepiej nie mówić publicznie, bo to zaściankowe. Mijając kolejne grupy policjantów, tych umundurowanych, jak i tych w osławionych już odblaskowych kamizelkach, byłem zadowolony, że władze będą strzegły prawa dokładnie tak, jak powinny. Nie spodziewałem się tego, czego dowiem się później, już po Marszu.

Kilkanaście minut po czasie, dość powoli i z napływającymi z naszych domów sprzecznymi informacjami, ruszyliśmy. W wesołej atmosferze, optymistycznie nastawieni, szliśmy ulicami Warszawy. Mimo ewidentnego braku ochrony ze strony policji szliśmy bez żadnych zakłóceń, dopiero przed rosyjską ambasadą jakieś drobne zamieszanie (do tej pory nie jestem pewien, o co chodziło, później słyszałem, że zatrzymano kogoś na terenie tej placówki), parę inwektyw w stronę towarzyszy z Kremla i idziemy dalej. Po kilkuset metrach dochodzimy do siedziby „umiłowanego wodza”, który zostaje wygwizdany, demonstranci szczegółowo wyartykułowali zarzuty wobec naszych polskojęzycznych przywódców. Tutaj po raz pierwszy od wyjścia z Placu widziałem policję. Niedługo potem miałem zagwarantowaną możliwość oglądania tej formacji do woli.

Dotarliśmy pod pomnik Dmowskiego. Z daleka widzę rozwinięty transparent głoszący krótkie, acz treściwe hasło – „Han Pasado!” Przeszliśmy! Zanim jednak zdążyliśmy się nacieszyć sukcesem, organizatorzy nakazali usunięcie się i zrobienie przejścia dla policji, która zdążała do płonącego samochodu. Jednak policja najwyraźniej miała w głębokim poważaniu TVN-owskie stosy sygnałowe, bo wolała zająć się otoczeniem 30-tysięcznego tłumu i uniemożliwieniem skutecznego rozejścia się, do którego właśnie nawoływała. Inteligencja to nie grzech, więc można jej śmiało używać, nie wiem więc, skąd taka obawa przed logicznym myśleniem w szeregach polskiej policji i stołecznej administracji. Słysząc komunikat organizatorów o rozwiązaniu zgromadzenia, uznałem, że najlepiej wracać, zanim coś jeszcze bardziej błyskotliwego przyjdzie do głowy dowodzącym policyjną operacją. Po powrocie do domu okazało się, że byłem w środku jakiejś rewolucji, która zdemolowała pół miasta, a której przez swoje zaślepienie (zapewne faszyzmem i katolickim fanatyzmem) nie zauważyłem.

Nowa Wspaniała Polska w budowie

W nocy z 27 na 28 lutego 1933 roku podpalono gmach Reichstagu w Berlinie. Wydarzenie to pozwoliło Adolfowi Hitlerowi umocnić władzę kanclerską i zapoczątkować budowę narodowo-socjalistycznej Rzeszy Niemieckiej. Strach, podobnie jak nienawiść, jest emocją tak silną, że potrafi skłonić ludzi do poparcia rozwiązań, których w normalnych warunkach nigdy by nawet nie dopuścili do głowy. Strach przed komunistycznym terroryzmem pozwolił Hitlerowi zbudować totalitarne państwo. Analogicznie w Polsce, najpierw strach przed garstką bandytów rozdmuchanych do rozmiaru tysięcy „niebezpiecznych” kibiców piłkarskich, a teraz strach przed „faszystowskimi bandytami” pozwala reżymowi sięgnąć po rozwiązania zaostrzające prawo i nie zdziwię się, jeśli to tylko początek zmian. Być może niektórzy nazwą to teorią spiskową. Sam nie twierdzę, że Polska pod rządami Donalda Tuska to państwo totalitarne, jednakże coraz częstszych podobieństw nie da się dłużej ukrywać. Mamy wspólnego wroga (wroga narodu, wroga klasowego – jak kto woli), próby (często udane) ingerencji w wolność słowa, monopolizacja sceny politycznej (oczywiście dzielonej na koncesjonowane partyjki), państwo wtrąca się niemal we wszystko, z autonomią rodziny na czele, sam Donald Tusk zdaje się kreować na wodza i oswobodziciela „oświeconych mas”. Na pewno też nie chcę porównywać Tuska do Hitlera. W końcu Tuskowi uczucia narodowe są obce w jakiejkolwiek formie, a poza tym, jak mawia klasyk, „już nie mordują, tylko kradną”. Jednakże naruszanie prawa do wolności (i nie mam tu na myśli tych pustych, demoliberalnych sloganów) przekroczyło granicę, której należało bronić za wszelką cenę. I tego faktu musimy być świadomi, bo cytując Tomasza Jeffersona, „ci, którzy rezygnują z Wolności w imię bezpieczeństwa, nie zasługują na żadne z nich”.

Nie ma tego złego…

… co by na dobre nie wyszło. Aby nie kończyć artykułu tak pesymistycznie, czas na element pozytywny. Przede wszystkim – byli tacy, którzy nie uwierzyli w telewizyjny przekaz. Co więcej, nie ukrywając swojej obecności na manifestacji i chętnie o niej rozmawiając, ani razu nie zostałem nazwany faszystą, rasistą itp. Reakcje w stylu: „Opowiadaj!” czy „To jak tam było naprawdę?” podniosły mnie na duchu, tym bardziej że nie wszyscy rozmówcy byli zwolennikami Marszu, którzy z jakichś powodów nie pojechali. Skoro część społeczeństwa woli dowiadywać się prawdy od uczestników demonstracji i niezależnych źródeł (jak internet), to znaczy, że nie będzie tak łatwo zagonić wszystkich przed telewizory, jak by się mogło wydawać.

Z drugiej jednak strony dość niestosowne wydało mi się również kilkusekundowe „wystąpienie” prezesa Janusza Korwin-Mikkego, który po ogłoszeniu rozwiązania zgromadzenia stwierdził, że „za komuny takich wezwań nie słuchano”. Widziałem na Marszu ludzi starszych, kobiety, rodziny z dziećmi (często tymi najmniejszymi), to był spory odsetek maszerujących. Do czego p. Korwin-Mikke chciał doprowadzić tymi słowami? Do sprzeciwu wobec prawa, który zakończyłby się jakimś „marszem na Rzym”? Ludzie nie przyjechali tu obalać reżymu, a zamanifestować swój patriotyzm, nikt nie nastawiał się na żadną rewolucję (a tym bardziej nie powinien tego robić ktoś, kto choć po części uważa się za konserwatystę)! Dlatego też moją (aczkolwiek również nie bezkrytyczną) aprobatę wzbudziły kierowane pod adresem p. Korwin-Mikkego przez rzecznika ONR-u, p. Mariana Kowalskiego, słowa krytyki. Marsz miał być wolny od jakiegokolwiek politykierstwa i taki w istocie był.

Co dalej?

Już na początku tego artykułu pokusiłem się o pewne prognozy na przyszłość. Obecnie jednak istotniejsze jest, co dalej z tą inicjatywą, a nie jak ona wpłynie na przyszłość Polski. Przede wszystkim to, co przekazały media, wypaczyło prawdziwy obraz Marszu Niepodległości (co już wypomniano TVN-owi). Doprowadzi to do polaryzacji (choć możliwe, że nie na tak wielką skalę, jak mi się może wydawać) społeczeństwa wobec Marszu, a w dalszej perspektywie możliwe, że będziemy mogli mówić o politycznej polaryzacji. Być może zwiększy to liczbę uczestników Marszu za rok. Jeśli tendencje do zaostrzania prawa nie zablokują kolejnej manifestacji w 2012.

Ja jednak wierzę, że będziemy mogli ponownie przejść, tym razem w liczbie 100 000, i tego życzę sobie, organizatorom i wszystkim uczestnikom Marszu Niepodległości 2011.