Apologia analogii

1 grudnia 2011 roku odbyła się w Warszawie debata, zorganizowana przez pismo republikańskie „Rzeczy Wspólne”, pt. „Szlachecka gawęda po sarmatyzmie. O «Nie-Bajkach» Henryka Rzewuskiego”, z okazji pierwszego od XIX wieku wydania wspomnianej książki przez Uniwersytet Jagielloński. Dyskutowano nie tylko o zapomnianym sarmackim pisarzu, lecz również o wszystkim, co stanowi kontekst jego życia i twórczości, a więc skomplikowanej polskiej historii, pięknej literaturze itd., odnosząc się nawet do współczesnej polityki… Jedną z najciekawszych była polemika pomiędzy red. Rafałem Ziemkiewiczem a red. Bartłomiejem Radziejowskim o tym, czy piękna idea Rzeczpospolitej Szlacheckiej, reprezentująca wzniosłe wartości: wolności i równości, miała szansę odnieść sukces w brutalnej rzeczywistości tamtych czasów, czy jako irracjonalna utopia poniosła słuszną historyczną klęskę. Rozmowa nawiązywała do jednego z najznakomitszych w polskiej historiografii sporów, który rozegrał się między krakowską a warszawską szkołą historyczną, na temat przyczyn upadku I Rzeczpospolitej. Według Redaktora Naczelnego „Rzeczy Wspólnych” porażka tego politycznego projektu nie była w żaden sposób historycznie zdeterminowana i przy innych, sprzyjających okolicznościach miała realną szansę powodzenia. Argumentując swoją tezę, powołał się na przykład ruchu egzekucyjnego, jednego z najważniejszych zjawisk i nurtów w polityce polskiej okresu Złotego Wieku.

Chciałbym nie tylko rozwinąć myśl red. Radziejowskiego, kontynuując refleksję nad tym stronnictwem szlacheckim, lecz także znacznie ją wzmocnić i pogłębić, twierdząc, że w ruchu egzekucyjnym odnaleźć można wszystkie te elementy, których obecnie brakuje w polskiej polityce, elementy mogące stać się prawdziwym „panaceum” na trapiące nas problemy i bolączki, oraz zwrócić uwagę, że program ruchu pozostaje cały czas aktualny.

Niejako na przekór krakowskiej szkole historycznej pozytywną ocenę ruchu egzekucyjnego podzielali najwybitniejsi polscy historycy ostatnich czasów, m.in. Paweł Jasienica, który w swojej książce Polska Jagiellonów napisał: „Najbardziej dodatnim zjawiskiem politycznym XVI wieku był tylekroć wspominany program egzekucji. Zwolennicy jego ściśle przestrzegali zasad legalności. Żądając wykonania zaniedbanych praw, sami dawali przykład praworządności. Zdobywali się na demonstracje i gesty rozpaczy, stronili od gwałtów”. Dlatego Władysław Konopczyński o ówczesnym ogóle nie zawahał się napisać: „rzesza pełnoletnia, własnowolna, za siebie odpowiedzialna w wyższym stopniu niż którykolwiek wówczas naród na świecie, nie wyłączając Anglików, Wenecjan, Holendrów czy Szwedów”. Żeby przyznać im rację, wystarczy zauważyć prostą zależność: lata 60-te XVI wieku, czyli czas dominacji ruchu egzekucyjnego w kraju, to szczytowy okres rozwoju demokracji szlacheckiej i lata największej mocarstwowości państwa polskiego. Z dzisiejszej perspektywy szczególnie ciekawe może wydać się to, że dzięki reformom podatkowym okres 20 lat po 1563 roku uważany jest za jeden z niewielu w historii Polski, kiedy dochody skarbu w pełni pokrywały wydatki państwa prowadzącego długotrwałą wojnę. Za chwilę przedstawię osiągnięcia egzekucjonistów, które do tego się przyczyniły, ale już sam ten fakt świadczy o ogromnej wartości, roli i zasługach ruchu egzekucyjnego. Czym więc był ten „ruch egzekucyjny”?

W pierwszej połowie XVI wieku wykształcił się w Polsce ruch polityczny średniej szlachty, pod hasłem „egzekucji praw i dóbr”. Polegała ona na przywróceniu i przestrzeganiu dawnych praw i przywilejów szlacheckich oraz odebraniu możnowładcom nielegalnie nadanych królewszczyzn. Na powstanie ruchu egzekucyjnego miało wpływ wiele czynników. Najważniejszym był wzrost znaczenia średniozamożnej szlachty, która zaczęła dążyć do odgrywania coraz większej roli w życiu politycznym kraju. Stało się to możliwe dzięki uzyskaniu przez szlachtę samodzielności gospodarczej (związanej ze zwiększeniem dochodów z dóbr ziemskich, gdyż wzrósł popyt na zboże na zachodzie Europy) oraz podniesieniu poziomu wykształcenia. Na wysuwanych przez ruch postulatach i jego politycznym obliczu zaważyło to, że średnio zamożna szlachta zainteresowana była sprawnym państwem, z umiarkowanymi podatkami, sprawnym sądownictwem i możliwością egzekwowania wyroków. Właściciel małego folwarku nie miał szans w konflikcie z zamożniejszym sąsiadem bez wsparcia ze strony praworządnej władzy państwowej. Dlatego u źródeł powstania ruchu egzekucyjnego znalazł się sprzeciw wobec magnaterii, którą uznano za element wprowadzający anarchię, a więc zagrożenie dla państwa (magnateria posiadająca prywatne armie i zamki, korumpująca urzędników mogła na wewnętrznej anarchii więcej zyskać niż stracić). Program ruchu zakładał więc stworzenie państwa silnego i nowoczesnego oraz zmierzał do wyeliminowania z życia publicznego elementów anarchii i oligarchii. Z perspektywy czasu widać, że stanowił jedyną szansę na gruntowną modernizację państwa. Bezpośrednio jednak odrębny obóz polityczny średniej szlachty powstał w wyrazie sprzeciwu wobec polityki Zygmunta Starego i królowej Bony, dążących do scentralizowania władzy i wzmocnienia pozycji króla[1]. Zbliżenie pomiędzy szlachtą nastąpiło dopiero w późnym okresie rządów Zygmunta Augusta, który potrzebował zgody szlachty na wprowadzenie nowych podatków, potrzebnych ze względu na wojnę z Rosją o Inflanty. Dzięki temu w czasie tzw. sejmów egzekucyjnych w latach 1562-1569 praktycznie zrealizowano postulaty szlachty, uchwalając kolejne konstytucje sejmowe, oraz przeprowadzono doniosłe reformy ustrojowe. Największym sukcesem było podpisanie Unii Lubelskiej 1 lipca 1569 roku. Do niemniej ważnych, choć nieco późniejszych, należy ogłoszenie Aktu Konfederacji Warszawskiej gwarantującej tolerancję religijną w Polsce oraz powołanie Trybunału Koronnego. Działalność ruchu egzekucyjnego doprowadziła do zakończenia procesu kształtowania się ustroju państwa. Był to ustrój mieszany, stanowiący kompromis między ograniczoną monarchią a republikanizmem szlacheckim. Było w nim wiele niedociągnięć grożących komplikacjami w przyszłości, ale w ówczesnej Europie Rzeczpospolita wydawała się oazą wolności i pokoju.

Dlaczego twierdzę, że można odnaleźć w dziejach ruchu egzekucyjnego to, czego brakuje we współczesnej polskiej polityce? Wystarczy uważnie przeanalizować powyższy opis. Po pierwsze ruch egzekucyjny stanowi doskonały przykład polskiej tradycji republikańskiej, o której prof. Andrzej Nowak w swojej książce Od Polski do post-polityki twierdzi, że ta tradycja może być jedną z dwóch rzeczy stanowiących nasz wkład w europejską kulturę. Słowa Władysława Konopczyńskiego świadczą dobitnie o tym, że polska XVI-wieczna szlachta stanowiła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, chociaż nie było wtedy nawet tego terminu. Opis ten jest tym bardziej szokujący, gdy uświadomimy sobie, jak bardzo współcześni Polacy dalecy są od tego, żeby móc ich nazwać społeczeństwem obywatelskim, co zresztą najprawdopodobniej stanowi jeden z głównych problemów polskiej polityki. Po drugie geneza ruchu egzekucyjnego, jako sprzeciwu wolnych obywateli poczuwających się do odpowiedzialności za państwo, przeciwko władzy nadużywającej swoich uprawnień, a źle sprawowanej, może być szczególnym aktualnym znakiem i drogowskazem w chwilach rozdźwięku pomiędzy władzą a społeczeństwem, gdy w państwie dzieje się coraz gorzej. Prof. Włodzimierz Bernacki w wydanej ostatnio przez Wydawnictwo Arcana książce Myśl Polityczna I Rzeczpospolitej słusznie zwraca uwagę, że władze i cenzura PRL-u robiły wszystko, aby „I Rzeczpospolita ze swą kulturą republikańską, tradycją wolnościową, nie stała się źródłem inspiracji dla zniewolonych Polaków”. Dla komunistów „pojęcia takie jak wolność polityczna, prawa polityczne, w tym prawo do oporu wobec władzy stanowiły zagrożenie”. Koniecznie trzeba jednak w tym miejscu podkreślić, że program ruchu wypływał z przekonania, iż ponad wszelką władzą w państwie stoi prawo i domagano się przywrócenia go wszędzie tam, gdzie zostało przez rządzących złamane, a co za tym idzie, samemu dawano przykład praworządności. Dla mnie najważniejszą, a niezauważoną do tej pory rzeczą w ruchu egzekucyjnym jest to, że jego osiągnięcia i postulaty niezbicie dowodzą, iż projekt modernizacji państwa wcale nie musi polegać na odrzuceniu tradycji, a wręcz przeciwnie, może czerpać wzorce, inspiracje, a nawet gotowe rozwiązania z własnej historii. Z jednej strony bowiem ruch egzekucyjny stanowił najpoważniejszy projekt i jedyną szansę na gruntowną modernizację państwa, a z drugiej – tworzyli go ludzie, wśród których powszechny był wówczas pogląd, że dawne stosunki i prawa były lepsze, co zresztą było charakterystyczne dla ówczesnej mentalności. Wśród szlachty zwyciężyła koncepcja ustroju mieszanego dzięki temu, że chciano wykorzystać tylko te rozwiązania ustrojowe, które sprawdziły się w praktyce. Słowa Władysława Konopczyńskiego potwierdzają ponadto, że całkowicie nieprawdziwe są podnoszenie przez niektórych twierdzenia o wrodzonej „niższości” wszystkiego, co polskie, wobec rozwiązań i wzorców zachodnich. Ze względu na współczesną polską politykę można z historii ruchu egzekucyjnego wyciągnąć jeszcze jedną cenną, choć niestety smutną lekcję. Początek końca ruchu przypada na czas panowania Stefana Batorego, kiedy jeden z przywódców ruchu, Jan Zamoyski, awansowany dzięki nadaniom królewskim do grona magnatów, obejmuje równocześnie funkcję hetmana i kanclerza, łamiąc tym samym jeden z podstawowych postulatów: zasadę niełączenia w jednym ręku kilku ważnych urzędów – tzw. zasada incompatybiliów. Ostatecznie w polskiej polityce, szczególnie w chwilach przełomowych, zawsze najważniejsza okazywała się jednak osoba i postawa lidera. Problem z polskimi przywódcami politycznymi wydaje się więc ponadczasowy.

Program ruchu egzekucyjnego, który bardzo pobieżnie wcześniej nakreśliłem, można opisać bardzo współczesnym językiem. Miejscami do złudzenia przypominać może nawet programy współczesnych partii. Żeby ukazać to podobieństwo – oraz ze względu na ograniczone miejsce – użyję teraz do jego charakterystyki bardzo schematycznych słów kluczy – państwo prawa, demokratyzacja, ochrona majątku narodowego, sprawne i niezależne sądownictwo, reforma systemu podatkowego, modernizacja armii oraz troska o bezpieczeństwo kraju, aktywna polityka wschodnia.

Zasygnalizowane przeze mnie analogie oczywiście stanowią pewnego rodzaju uproszczenie i mogą zostać zakwestionowane. Niewątpliwie jest to bowiem swojego rodzaju zabawa intelektualna, której naukowcy-historycy mają słuszne prawo nie lubić… Dlaczego jednak zdecydowałem się o nich napisać?

Polacy posiadają wspaniałe polityczne tradycje, które pozostają jednak przede wszystkim polem do badań dla historyków… Wysiłki podjęte m.in. przez wspominanych prof. Włodzimierza Bernackiego oraz prof. Andrzeja Nowaka, autora książki Historie Politycznych Tradycji. Piłsudski, Putin i in, powinny cieszyć się zasłużonym uznaniem. Podkreślić trzeba również zasługi instytucji, takich jak Fundacja Republikańska, w kultywowaniu tego wspaniałego dziedzictwa. Jednak w mojej ocenie polskie tradycje polityczne praktycznie nie są obecne w oficjalnej, mainstreamowej polityce. Nawet jeśli określeni politycy deklarują swą przynależność do określonej tradycji czy nurtu, są wyjątkowo marnymi epigonami… Autentycznych następców i kontynuatorów wyjątkowo trudno znaleźć. Mam na myśli oczywiście tę pozytywną tradycję, gdyż przykładów wad, grzechów, obciążeń o historycznej genezie można mnożyć bez liku… III Rzeczpospolita jawi się jako paradoksalne państwo, z jednej strony wykorzenione z polskiej tradycji, a z drugiej – ubabrane w błocie wszystkiego, co w Jej historii było najgorsze. O ileż lepszym, bardziej praworządnym, demokratycznym, a co szczególnie ważne, bogatszym byłaby państwem, gdyby u jej początków powstał w polityce nurt choćby przypominający ruch egzekucyjny?

Dlatego chciałbym zadać pytanie: jak możemy wykorzystać współcześnie nasze wspaniałe polityczne tradycje? Co nowego możemy w nich odnaleźć? Czy może w nich tkwi szansa na odrodzenie polskiego państwa i polityki? Przecież nawet w moim skromnym tekście udało mi się wykazać tyle zaskakujących analogii…

Właśnie – analogii… To słowo może wielu razić po przeczytaniu artykułu dr. Marka A. Cichockiego pt. „Triumf historycznych analogii”. Celowo i prowokacyjnie użyłem go tyle razy. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać, iż analogie historyczne niekonieczne muszą zniewalać, lecz mogą także pobudzać do myślenia oraz pomóc sformułować program działania. Dr Cichocki pisze o tym we wstępie, jednakże później zdaje się tego nie zauważać i całkowicie to pomija. Nie zgadzam się bowiem ze stwierdzeniem: „Pod ich wpływem jesteśmy natchnieni, lecz jednocześnie unieruchomieni, zamknięci na drogę do przekształcenia rzeczywistości w nowe, trwałe skutki”. Metafora analogii historycznych jako uwodzącego i zniewalającego śpiewu syren jest piękna i subtelna, jednakże niedostatecznie uargumentowana. Sama wydaje się zbyt daleko idącym nawiązaniem do pracy Karla Poppera Krytyka historycyzmu – odniosłem nawet wrażenie, jakby dr Cichocki chciał zakrzyknąć o analogiach, że są: „trującą chorobą intelektualną naszych czasów, którą można nazwać filozofią proroczą”. Metafora śpiewu syren jest jednak sprzeczna z podstawową rolą historii, na którą zawsze powołują się nauczyciele, uzasadniając dzieciom konieczność nauki tego przedmiotu: historii jako nauczycielki życia: „historia est magistra vitae” – jak zauważył już w starożytności Cyceron.

W mojej opinii siła analogii historycznych nie polega bowiem na złudzeniu, że mogą one „odsłaniać przed nami jakąś szczególną metafizykę historycznych przypadków”, choć również i z tą krytyką można by polemizować, uzasadniając podobieństwa Bożą obecnością w dziejach zmierzających ku nieuchronnemu eschatologicznemu zakończeniu, dzięki czemu sprawiać mogą wrażenie jakby „rozumnych”. Rzeczywista siła i znaczenie analogii opiera się na zwróceniu uwagi, że z jednej strony postawy, problemy, emocje – zarówno decydentów, jak i ludów – powtarzają się ze względu na stałą i wspólną naturę ludzką, a z drugiej – określone uwarunkowania geograficzne, kulturowe czy biologiczne, a zwłaszcza geopolityczne wywierają stałe oddziaływanie, generując również podobne problemy. To współcześnie można mieć na myśli, powtarzając za Arystotelesem, że historia zatacza koło.

Dzięki analogiom historycznym możemy uczyć się na własnych błędach, aby nie popełnić ich po raz kolejny. Jak najbardziej należy przyznać, że jeśli analogia jest błędna, wtedy również wnioski będą fałszywe, jednakże śmiem twierdzić, iż dopóki podstawowym czynnikiem determinującym sytuację i stan państwa polskiego będzie położenie pomiędzy dwoma potężnymi sąsiadami (jak widział to Włodzimierz Bączkowski), dopóty nawet najstraszliwsze odwołania do II połowy XVIII wieku są nie tylko poprawne, ale nawet korzystne i konieczne, gdyż pomagają uświadomić sobie grozę sytuacji. Są niezbędne zwłaszcza w chwilach przełomowych. Ponadto w bieżącej dyskusji analogie wcale nie „zamykają naszych oczu na znaczenie obecnych międzynarodowych uwarunkowań”, gdyż pozwalają przypomnieć sobie, że chociaż „współczesna Europa nie jest tym samym co Europa w XVIII wieku”, to Francuzi czy Anglicy nigdy nie będą „umierać za Gdańsk”.

Choć artykuł dr. Cichockiego zawiera także wiele innych uwag i spostrzeżeń, którym nie sposób odmówić słuszności i wagi, zdecydowałem się napisać te słowa również po to, żeby stanąć w obronie analogii historycznych – ich miejsca i roli w obecnym dyskursie. „Pozytywną” analogią może być właśnie przykład ruchu egzekucyjnego.

Jednakże koniecznie trzeba zadać na końcu całego tego tekstu pytanie: czy w obecnej sytuacji zagrożenia imponderabiliów Rzeczypospolitej rozważanie na temat „polskiej polityki”, czy nawet „polskiej debaty” ma jeszcze jakikolwiek sens?



[1] Czytelnika mogą razić te słowa, gdyż w świadomości powszechnej utrwaliło się, że najlepszym lekarstwem na problemy I Rzeczpospolitej było wprowadzenie monarchii absolutnej na wzór państw sąsiednich – Rosji czy Prus. Jest to jednak temat na osobna dyskusję.