Powszechne prawo wyborcze – zagrożenie dla wolnego rynku

Dlaczego tak trudno jest wprowadzać w życie reformy wolnorynkowe? Co stoi na przeszkodzie? Czemu politycy tak łatwo ulegają roszczeniowym nastrojom społeczeństwa? Takie i podobne pytania często zadają sobie ludzie o poglądach wolnorynkowych, popierający kapitalizm, chcący większej wolności gospodarczej. Jednym z głównych czynników wpływających na taki stan rzeczy jest, w mojej opinii, demokracja oparta na powszechnym prawie wyborczym. Poparcie polityków dla rozwiązań etatystycznych i socjalnych jest konsekwencją tego ustroju. W jego wyniku politycy muszą kupować sobie poparcie szerokich mas społecznych poprzez różne rozwiązania przyczyniające się do sztucznego zawyżania poziomu życia obywateli. Ludzie roszczeniowi bezwzględnie wykorzystują taką sytuację, domagając się wciąż nowych przywilejów dla siebie. Powoduje to staczanie się gospodarki po równi pochyłej.

Wielu zwykłych ludzi narzeka na swój codzienny los, zwłaszcza porównując go z życiem bogatych i zamożnych. Zazdroszczą im i chcą żyć tak samo jak oni. Dlatego domagają się od rządu, by w sposób sztuczny zapewnił im dobrobyt. Szczególnie dotyczy to ludzi biednych oraz pracowników branż silnie uzwiązkowionych. Nie są jednak świadomi tego, że w długiej perspektywie czasowej taka polityka właśnie w nich uderzy najboleśniej. To oni w końcu zapłacą za nią cenę w postaci bezrobocia i podwyżek podatków. Jednak nie znając praw ekonomii, nie wiedzą, że jedynie własnymi działaniami można polepszyć swój byt w sposób wpływający pomyślnie na gospodarkę. Roszczeniowość polega na żądaniu zapewnienia przywilejów socjalnych i pracowniczych na koszt reszty społeczeństwa. Żądania te są spełniane przez polityków, którzy dzięki temu chcą kupić sobie poparcie społeczne. Tworzy to system, gdzie jedni ludzi bogacą się kosztem innych, gdzie ograniczana jest wolność ludzka do swobodnego dysponowania swoją własnością, gdzie jednostka jest niczym w stosunku do społeczeństwa. System ten, oparty na powszechnym prawie wyborczym i zdobywaniu poparcia poprzez spełnianie żądań ludu, nazywam systemem demokratyczno-socjalnym.

Ten system jest przyczyną kryzysu w Europie, to on przez lata hamował rozwój gospodarczy wielu krajów świata, gdzie prawo wyborcze dla wszystkich uznano za fundament funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego. Przyczynił się do znacznego zwiększenia zadłużenia państw, do ograniczenia ich konkurencyjności, co skutkuje przenoszeniem produkcji za granicę. Bez zmiany tego systemu będzie bardzo trudno, o ile to w ogóle możliwe, by wyjść z obecnego kryzysu zadłużeniowego, o wejściu na ścieżkę szybkiego wzrostu gospodarczego w ogóle zapominając. W związku z tym rzeczą konieczną jest stworzenie dla niego rozwiązania alternatywnego, będącego w znacznie większym stopniu odpornym na roszczeniowość obywateli. To powinno być przedmiotem dyskusji politycznych w Polsce i na świecie. Niestety o tym się nie mówi, a wręcz przeciwnie próbuje się ograniczyć wolny rynek w imię władzy ludu.

Pragnąc poruszyć ten temat, chciałbym przedstawić jedną z moich koncepcji zmian ustroju politycznego. Jest to na razie tylko wstępna koncepcja, jednak mam nadzieję, że zainspiruje innych do działań na rzecz zniesienia systemu demokratyczno-socjalnego. W związku z tym, iż jak wspomniałem wyżej, największy odsetek osób o poglądach roszczeniowych występuje wśród ludzi biednych, rozważania nad zmianą ustroju powinny iść w kierunku ograniczenia wpływu tych ludzi na wynik wyborów w takim stopniu, aby politykom nie opłacało się kupować głosów za pomocą różnych rozwiązań socjalnych.

Dobrym sposobem na ograniczenie wpływu biednych na politykę państwa jest wprowadzenie odpłatności za głosowanie w wyborach. Dzięki temu znaczna część wyborców o niskich dochodach zrezygnuje z udziału w głosowaniu. W ten sposób politycy będą mogli odważniej wprowadzać wolnorynkowe reformy, nie bojąc się, że oznaczać to będzie ich przegraną w następnych wyborach. Rozwiązanie to w odróżnieniu od cenzusów dochodu i majątku nie wymaga gromadzenia przez państwo danych, kto ile zarabia i ile posiada. Kolejną zaletą wypływającą z tego rozwiązania jest zniechęcenie do głosowania wyborców przypadkowych. Wbrew twierdzeniom zwolenników jak najwyższej frekwencji wyborczej ilość nie przechodzi w jakość. Ograniczenie liczby głosów nieprzemyślanych przyczyni się do poprawienia jakości wyborów. Proponuję wprowadzenie opłaty w wysokości 50 zł lub 100 zł za wydanie kart wyborczych. Kwota ta nie jest ani za duża, ani za mała. Wyborca średniozamożny, nie mówiąc już o bogatym, zdecydowany, na kogo głosować, będzie w stanie ponieść ten koszt.

W XIX wieku, kiedy istniały podobne rozwiązania w systemie wyborczym, zakres wolności gospodarczej był większy niż obecnie. Niestety egalitarystyczne dążenia do rozszerzenia praw wyborczych na coraz biedniejsze grupy społeczne przyczyniły się do rozrostu aktywności państwa w gospodarce i ograniczenia wolnego rynku. Obecny kryzys gospodarczy to znak, że należy powrócić do sprawdzonych rozwiązań.

Dla wielu osób rozwiązanie to będzie się wydawać nie do przyjęcia. Uważają oni, że oznacza ono koniec demokracji. W tym miejscu trzeba powiedzieć, że jeśli demokracja ma oznaczać ograniczanie wolności innych ludzi i sięganie do ich portfeli, to likwidacja demokracji jest bardzo dobrym rozwiązaniem. W takiej sytuacji jest ona bowiem zalegalizowaną formą okradania jednych ludzi przez drugich. Jeśli ktoś poważnie traktuje wolność jednostki, to powinien odrzucić taki system.

Oczywiście rozwiązania zaproponowane przeze mnie mają charakter wyłącznie wstępnych przemyśleń. Nie są gotową receptą na uzdrowienie systemu politycznego. Jednak pokazują kierunek, w którym powinny zmierzać przemiany polityczne w Polsce i na świecie, aby wolność gospodarcza była większa. System demokratyczno-socjalny poniósł klęskę i trzeba go zastąpić nowym, bardziej wolnorynkowym systemem. W debacie publicznej powinny się zacząć pojawiać pomysły stanowiące dla niego alternatywę. Im szybciej to się stanie, tym lepiej dla nas.