Wolność – realnie czy wirtualnie?

Kiedyś nie było Internetu i ludzie jakoś żyli. Dziś nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie życia bez tego medium, które wszyscy uważają za oazę wolności i nośnik ważnych treści kulturowych. Oczywiście nie jest dobrze, jeśli władze państwowe chcą ograniczać wolność słowa i zwiększać kontrolę, przyznając sobie coraz więcej praw w tym zakresie. Ale bardzo symptomatyczne jest, że wszyscy protestują przeciw próbom poddania Internetu regulacjom, a jakoś niewiele było równie spektakularnych akcji protestacyjnych związanych z podwyżką podatków.

Czym dla współczesnego człowieka jest Internet? Odpowiedź jest dość zatrważająca – wszystkim. Każdy „atak” na to medium jest przez większość odbierany jako bezpardonowa próba odebrania im czegoś niezwykle cennego, bez czego nie da się żyć.

Internet, zdaje się, zastąpił w zasadzie wszystko inne. Dawniej gdy ktoś chciał się podzielić jakąś informacją, wpadał do znajomych, zapraszał ich do siebie na kawę, względnie dzwonił. Dziś pisze o tym na Facebooku i już cały świat wie, że Jasiowi zrobił się pryszcz na nosie. Zamiast rozmawiać przez gadu-gadu, ludzie rozmawiali twarzą w twarz. Kiedyś istniało coś takiego jak życie towarzyskie – komputery nie były potrzebne do utrzymywania kontaktu z ludźmi, a dziś? Dziś tego nie ma. Porozmawiajcie z rodzicami czy dziadkami – są duże szanse na to, że mieli oni (a być może nadal mają) bogatsze życie towarzyskie niż współcześni młodzi ludzie. I udało im się to osiągnąć bez pomocy komputera.

Jak byłam w szkole, kasety, płyty i książki były towarami poniekąd wspólnymi i jakoś nie było problemu z dostępem do dóbr kultury, mimo że w owym czasie ściąganie muzyki czy filmów dopiero raczkowało. Można było pożyczyć, albo nawet dostać – oczywiście obowiązywała zasada wzajemności.

Zmiany kulturowe są faktem bezsprzecznym i oczywiście w obliczu takiego a nie innego modelu uprawiania życia towarzyskiego oraz poszukiwania rozrywki właśnie w taki sposób jasne jest, że każda próba ingerencji w Internet musi spotkać się z oporem. Wiem, że podobno istnieją ludzie, którzy z Internetu korzystają tylko po to, by poszerzyć swe horyzonty, poznać najnowsze ustalenia badaczy z dziedziny dendrologii czy czegoś podobnego, ale osobiście takiego człowieka nie widziałam. Internet jest źródłem rozrywki oraz substytutem życia towarzyskiego i z tego powodu ludzie tak bardzo go bronią. W pewnym sensie jest ostatnim, co im zostało (poza pracą rzecz jasna).

Wróćmy jednak do pierwszego postawionego przeze mnie pytania – czemu ludzie protestują teraz, a nie protestowali, gdy ograniczono ich wolność w innych dziedzinach (w stopniu, w mojej ocenie, znacznie większym). Otóż tam zastosowano metodę małych kroczków, doprowadzając do sytuacji, w której na kolejną „małą” zmianę ludzie machają ręką. Strategia machania ręką na małe zmiany jest zgubna i doprowadziła nas do sytuacji, w której znajdujemy się obecnie.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że w kwestii Internetu nie zastosowano tej metody, a firmy żyjące z Internetu nie mogą kosztów regulacji przerzucić na użytkowników końcowych. Ograniczając coraz mocniej swobodę w świecie realnym, zepchnięto ludzi do świata wirtualnego. Tyle że teraz nie ma już miejsca, do którego można uciec. Nagły powrót do świata realnego nie jest w tej chwili możliwy, więc zabranie tego małego wirtualnego poletka wolności oznacza całkowite jej wyrugowanie. Z tego powodu należy mieć nadzieję, że ten ostatni bastion będzie broniony bardzo zawzięcie, a przy okazji może uda się ugrać coś także i na innych polach.

Ograniczenie wolności zawsze uważam za krok w złą stronę, ale akurat Internet nie jest tym polem, na którym zmniejszenie swobody boli mnie najbardziej. Zdecydowanie bardziej doskwiera mi podnoszenie podatków, ingerowanie w wychowywanie dzieci czy indoktrynująca rola szkoły, ale liczę na to, że osoby broniące wolności w Internecie pomogą uświadomić ludziom, że problem tkwi przede wszystkim gdzie indziej, bo jednak chyba lepiej być wolnym realnie, a nie wirtualnie.