Chrześcijański stosunek do przyrody

Słowo ekologia w szeregach prawicy często wzbudza co najmniej niechęć, a nawet całkowicie negatywny stosunek. W zasadzie nie ma w tym niczego dziwnego – termin ten został praktycznie zawłaszczony przez grupki lewicowych bojowników o prawa człowieka dla dżdżownic i inne, jakże szlachetne, cele. Ich przesadna, żeby nie powiedzieć fanatyczna, walka o środowisko zraża każdego zdrowo myślącego człowieka, co jest całkowicie zrozumiałe. Prócz aspektu ideologicznego ten fanatyzm ma też swoje podłoże w powszechnie znanej regule „jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”, co dodatkowo ogranicza zaufanie do całości osób aktywnie propagujących ochronę środowiska jako „oszołomów” przypinających się do drzew.

Należy jednak pamiętać, że nasza przyroda to dobro wspólne (tu z pewnością narażam się Czytelnikom, jako z zasady wrogim wszelkim formom kolektywizmu, ale tak jest), nie złoże ropy naftowej, które należy wyeksploatować i znaleźć kolejne, ale coś, co musimy zachować i o co musimy dbać. Oczywiście wszystko przy zachowaniu zdrowego rozsądku. 

Jako że tytułem mojego tekstu jest relacja człowiek – przyroda w ujęciu chrześcijańskim, będę starał podpierać się przykładami i odwołaniami do nauczania chrześcijańskiego właśnie. Swój wywód chciałbym zacząć od ogólnego zarysowania problemu w oparciu o księgę Genesis, na której głównie będę się opierał, i jej fragmenty traktujące o przyrodzie. Należałoby zacząć od samego początku, a więc od opisu stworzenia świata[1]. W kontekście tematyki tego artykułu nasuwa się jedna myśl – cała przyroda została stworzona przez Boga. A przecież nie godzi się pogardzać, czy też bezmyślnie niszczyć dzieło Stwórcy.

Tuż po zakończeniu kreacji Bóg zwraca się do człowieka słowami: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (…) Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem”[2]. Jasno więc wynika z tego, że cała otaczająca nas przyroda jest darem, nad którym mamy panować, którym mamy się posługiwać. Jednocześnie też logiczne jest to, że ze względu na Darczyńcę należy korzystać z otrzymanych dobrodziejstw z szacunkiem i umiarem.

Zawarte po potopie przymierze z Noem wyraźnie oddaje pod panowanie ludzkie wszelką przyrodę („Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów, mówiąc do nich: «Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko»”)[3]. Wprost z tego wynika, że człowiek ma prawo do swobodnego dysponowania przyrodą, należy jednak rozpatrywać to pod kątem pochodzenia tego prawa, o którym wspomniałem na początku tekstu. To podejście świetnie opisał kard. García-Gasco y Vicente, nazywając Ziemię „środowiskiem, które Bóg Stworzyciel dał nam, abyśmy ją zamieszkiwali twórczo i odpowiedzialnie”[4]. Dość oczywiste jest, że „odpowiedzialnie” znaczy przede wszystkim „z myślą o przyszłych pokoleniach”.

Skoro wiemy już, na czym powinien polegać ten stosunek człowieka do otaczającej go przyrody, zwróćmy uwagę na podstawowy błąd popełniany przez „ekologów”. Wiele razy słyszeliśmy o wstrzymanych pracach, które mogłyby przysłużyć się człowiekowi, gdyby nie to, że akurat w miejscu ich prowadzenia „ekolodzy” znaleźli jakiś zagrożony gatunek. Pomijając całkowicie fakt, że wymieranie i powstawanie gatunków jest rzeczą całkowicie naturalną, z którą w zasadzie wypadałoby się w dużej mierze pogodzić, trzeba zwrócić uwagę na istotę problemu. Problemem jest tu miejsce, jakie zajmuje człowiek. Wyraźnie widać, że jest to pozycja podrzędna wobec środowiska naturalnego, kreowanego na wartość absolutną, wobec której wszystko należy podporządkować. W zasadzie pozostaje czekać, aż coraz powszechniejsze w środowiskach lewicowych staną się poglądy głoszące potrzebę eksterminacji ludzkości, jako zagrażającej roślinom i zwierzętom, co jest o tyle idiotyczne, że człowiek jest również częścią przyrody.

Ponadto widoczny staje się jeszcze jeden problem. Otóż widać jak na dłoni, że mamy do czynienia z typowym dla lewicy wywracaniem wszystkiego do góry nogami. To wszystko, co nas otacza, a zostało stworzone właśnie dla nas, byśmy robili z tego użytek, staje się czymś ważniejszy od nas. W tym miejscu najwyraźniej materializm i antropocentryzm się kończy i ustępuje jeszcze bardziej wynaturzonym ideologiom lewicy. Widocznie człowiek nie był w stanie pojąć wzniosłych idei rewolucyjnych, wobec czego czerwoni przerzucają się na bezkręgowce.

Krótko podsumowując zawartą w powyższym tekście myśl – przyroda nie może być nadrzędna wobec człowieka, który nie tylko może robić z niej użytek, ale wręcz powinien. Bo to dobro ludzkości jest tu najistotniejsze, a tym, co powinno służyć do zachowania pewnej równowagi w przyrodzie, powinien być zdrowy rozsądek. Jeśli uznajemy za konieczną ochronę naszego ekosystemu, to dlatego, że robimy to dla dobra naszego i przyszłych pokoleń.

 

Przypisy:

[1] Rdz 1, 1-25; przekład fragmentu, jak i kolejnych, według Biblii Tysiąclecia.

[2] Rdz 1, 28-29.

[3] Rdz 9, 1-3.

[4] za: http://www.piotrskarga.pl/ps,1275,2,0,1,I,informacje.html.