Ekologia polityczna – ekologia socjalizmu

Każda cywilizacja czy zjawisko nosi w sobie źródła swojego zaniku. Dotyczy to także cywilizacji chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo mogło działać dobrze, dopóki większość ośrodków władzy działała w przekonaniu o prawdziwości wiary. Jednak powodzenie, szczególnie wzrost dobrobytu, pozwoliło ludziom na odwrócenie się od Dekalogu. Konsekwencje z powodu odrzucenia poszczególnych zasad cywilizacji nie są natychmiastowe

Procesy społeczne działają z siłą geologiczną, ale i z geologiczną prędkością. Jeden człowiek często nie może dostrzec konsekwencji idei, którą wyznaje, bo objawią się one dopiero w czasie życia jego wnuków. Podobnie było z chrześcijaństwem – Paweł z Tarsu, nawracając się i stając się apostołem, wysłannikiem Ewangelii, nie miał bladego pojęcia, że stawia w ten sposób fundament pod nową cywilizację. Podobnie jest z ideami postchrześcijańskimi. Ci, którzy stawiali pod nie fundamenty, gdzieś w XVI, XVII wieku, nie mieli pojęcia, do czego doprowadzą. Odejście od poszczególnych zasad Dekalogu, albo pojmowanie ich w sposób wygodny (czyli opaczny) przez osoby pojedyncze, a nawet całe warstwy, nie spowodowało z początku żadnych istotnych efektów społecznych. Dopiero przewrót intelektualny dokonany przez Oświecenie zaczął prowadzić do zmian, a i to nie od razu.

Cywilizacja socjalizmu jest produktem idei ulepszenia świata. Socjalizmem nazywam tutaj wszystkie idee oświeceniowe, których rezultatem była idea państwa – racjonalnego projektu, państwa – machiny urzeczywistniającej idee ulepszenia społeczeństwa poprzez zerwanie z dotychczasowymi praktykami, a wręcz wbrew nim. W języku ekologii chodzi o takie przekształcenie połączeń w sieci troficznej i takie pokierowanie przepływami materii i energii, aby umożliwić „sprawiedliwą”, tj. równomierną konsumpcję dóbr pozyskiwanych ze środowiska, w oderwaniu od spontanicznych zależności między uczestnikami sieci.

Idee te wynikają z błędu obserwacji cywilizacji chrześcijańskiej. Po pierwsze, porównuje się ją do zmyślonych ideałów („wspólnota pierwszych chrześcijan”, „wspólnota pierwotna”, „ludzie dzicy i wolni”), a w porównaniu z nimi wychodzi, że wszyscy na około tkwią w niewoli obyczajów i konwenansów, a także religijnego tabu. Po drugie, w obserwacji tej gubiony jest cały proces stawania się obecnego (czy teraz już raczej ówczesnego – XIX-wiecznego) porządku. Anachronicznie zakłada się, że ludzkie pojęcia co do wartości pracy, życia ludzkiego, wolności były dane od zawsze, a nie są ukształtowane przez kulturę chrześcijańską. Po trzecie, jako źródło prawa, moralności i porządku uważa się człowieka, a konkretnie wybitne ludzkie umysły. Zło świata wynika z tego, że nikt tych mądrych ludzi nie słucha. Stąd wniosek, by wprowadzić ludzkość w stan oświecenia, należy zmusić ludzi do wysłuchania ludzi mądrych i zastosowania ich nauk w praktyce, co zyskało określenie „umowy społecznej”.

Oczywiście piszę tutaj o socjalizmie pojmowanym powszechnie w takiej postaci, w jakiej trafia do przeciętnego konsumenta tej idei. Istnieją jej uzasadnienia głębsze i bardziej wyrafinowane. Socjalizm antychrześcijański spotyka się także z socjalizmem chrześcijańskim, a więc przekonaniem, że ludzi trzeba zmusić do słuchania ludzi mądrych i wierzących i do zastosowania w praktyce nauk wiary. Ten drugi nurt jest jednak wtórny wobec pierwszego i nie próbuje zaatakować podstaw Dekalogu. Jego szkodliwość polega na podtrzymywaniu instytucji wytworzonych przez ten pierwszy, a także w pewnych mutacjach na twierdzeniu, że wolność ludzka polega także na poszukiwaniu, co w praktyce przekłada się na przyzwolenie na odrzucenie chrześcijaństwa i jego zasad.

Cywilizacja socjalizmu stosuje własny zestaw reguł, które bezpośrednio lub nie wprost demontują system zbudowany przez chrześcijaństwo, a nawet bardziej pierwotny system prawa i pięści. Po pierwsze, zasada socjalizmu jest powrotem do odpowiedzialności zbiorowej. Przedmiotem prawa przestaje być jednostka, zostaje cała warstwa społeczna. Cała klasa odpowiada za nierówność, więc powinna zostać w skrajnym przypadku eksterminowana, w mniej skrajnym – powinna ponieść koszty rzeczywistych bądź wyimaginowanych szkód. Jednostka nie odpowiada za swoje działania, więc karanie jej za czyn zły jest pozbawione sensu. Stąd ograniczenie represyjności prawa. W efekcie nawiązywanie pasożytniczych połączeń w sieci przestaje być adekwatnie karane i staje się bardziej opłacalne.

Po drugie, kontroler sieci ma prawo i obowiązek sterować zachowaniem ludzi dla korzyści wspólnoty tak, jak ją kontroler widzi. W skrajnym przypadku dochodzi do totalnej kontroli nad ludzkim zachowaniem, w lekkich formach jest to upowszechnianie przez państwo określonych zachowań. Szczególnie regulowane zostaje nawiązywanie wszelkich kontaktów w sieci o charakterze gospodarczym i obłożone dodatkowymi kosztami. Oznacza to w praktyce koniec ładu wielohierarchicznego, będącego źródłem sukcesu cywilizacji chrześcijańskiej. Jeśli hierarchia – jawnie lub de facto – reguluje wszystkie połączenia, to będzie dbała o to, by żadne z nich jej nie zagrażało, a to oznacza prymat polityki nad racjami merytorycznymi. Jest to także wyraz nieufności do spontanicznych zachowań w sieci i ich istotne ograniczenie.

Trzecią zasadą jest wyzwalanie, tj. odejmowanie uczestnikom sieci kolejnych ograniczeń co do nawiązywania połączeń w różnych sferach, czy to gospodarczej, czy rodzinnej (seksualnej). W praktyce oznacza to, że jednostka może wchodzić w relacje nieprzynoszące korzyści, a wręcz szkodliwe, a koszty tego poniesie reszta uczestników sieci. Zezwala się więc na kontakty seksualne przedmałżeńskie i pozamałżeńskie, na homoseksualizm, ale także na różnoraką działalność nieprzynoszącą żadnej wartości, np. na uprawianie nowoczesnej sztuki w normalnych warunkach nieznajdującej chętnych do sfinansowania, na pracę społeczną, czyli taką, która w teorii ma być wykonywana przez wolontariuszy, a w praktyce jest opłacana z podatków. Generalnie wszelka działalność wynikająca z ludzkiej imaginacji zostaje (w zamierzeniu oczywiście) umożliwiona bez względu na jej sens dla sieci troficznej, a jej koszt ma ponieść reszta uczestników sieci. Ma się rozumieć, że pierwszeństwo mają takie działalności, które są zgodne z obowiązującą ideologią.

Widać, że w ten sposób zostaje wyłączany jeden z najważniejszych mechanizmów samoregulujących sieć, mianowicie zdolność do optymalizacji dzięki (samo)eliminacji niekorzystnych połączeń (zbyt drogich, zbyt uciążliwych). Warto zauważyć, że ta zasada, pozornie sprzeczna z poprzednią, naprawdę łączy się z nią harmonijnie. Rząd, który stawia sobie za cel maksymalizację wolności jednostki nie tyle wobec siebie, ile wobec reszty społeczności – czyli wobec ograniczeń wynikających z interakcji w sieci troficznej – nakłada na siebie obowiązek kontrolowania wszelkich spontanicznie pojawiających się w sieci relacji, aby na pewno były one „wolne”, tj. żeby z obu stron były tak samo dobrowolne, czyli niewymuszone warunkami zewnętrznymi (np. niedostatkiem, takie relacje w socjalizmie są uważane za pasożytnicze, choć na zdrowy rozum są po prostu koniecznością), albo żeby nie były wyrzucane na margines (jak np. homoseksualizm). Oczywiście jest to idea sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i nie do utrzymania w dłuższej perspektywie czasowej, a jej efektem będzie tylko powrót do ładu jednohierarchicznego, czyli kontroli politycznej hierarchii władzy nad wszystkimi sferami życia. Taka kontrola i przeciwdziałanie wobec naturalnych relacji społecznych jest dodatkowym wydatkiem energii, nieprzynoszącym żadnego zysku. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na zjawisko, które nazwałbym „złudzeniem przezroczystości”. Kontroler sieci w cywilizacji socjalistycznej ulega złudzeniu, że jego działalność jest niedostrzegalna z punktu widzenia zwykłych uczestników sieci, że nie produkuje żadnego przymusu. Nie przyjmuje do wiadomości, że administracyjnym zniewoleniem zastępuje przymus ekonomiczny, normy kulturowe i tabu, z którymi walczy.

System zbudowany w takim sposób nieustannie ma za mało środków, by sprostać wszystkim stawianym mu zadaniom. Ludzkie potrzeby zawsze rosną po ich zaspokojeniu, a na dodatek system taki jeszcze je wzmacnia. Zwykle legitymizacją władzy jest w takim systemie realizacja roszczeń szerokich grup społecznych. Podejmowanie zadań ponad środki przetwarzane przez ekosystem powoduje wydawanie energii kosztem samego systemu, a nie dzięki wydajniejszemu pozyskiwaniu środków ze środowiska. System niejako zwija się, przejada własne życiowe zasoby. Objawia się to na różne sposoby. Takie przejawy to rosnące zadłużenie, obniżenie poziomu życia, zapaść demograficzna, rosnąca emigracja, w skrajnych przypadkach głód i nędza. W takiej sytuacji władza, pozostając niewolnikiem idei, która ją legitymizuje, próbuje zapewnić odpowiedni poziom życia jednej grupie kosztem innej. I tak w czasie rewolucji francuskiej taką grupą, na którą przenoszono koszty realizacji idei, byli arystokraci i szlachta, w Niemczech – Żydzi i inne narody podbite. W ZSRR, gdzie system doprowadzono do perfekcji, w zasadzie każdy mógł stać się na jakiś czas łagiernikiem i utrzymywać niewydolny ekosystem niewolniczą pracą. Mimo to i tak nie wystarcza środków na utrzymanie poziomu życia, który byłby wystarczający, szczególnie w porównaniu z systemami działającymi w systemie chrześcijańskim/wielohierarchicznym. Przy całym gigantycznym wysiłku i skupieniu bogactwa w rękach nielicznej grupy, to mimo wszystko poziom życia luksusowego oferowany przez systemy socjalistyczne własnej elicie odpowiadał co najwyżej poziomowi wyższej klasy średniej krajów kapitalistycznych. Dlatego, z uwagi na wiecznie niewystarczające środki, systemy socjalistyczne starają się ograniczać populacje, czy to przez promowanie antykoncepcji i aborcji (skrajny przypadek – Chiny, łagodny – UE i USA), czy przez ludobójstwo (obozy pracy, obozy śmierci, wywoływanie sztucznego głodu i inne wynalazki socjalistycznych władców Rosji, Niemiec, Chin, Kambodży czy Korei). Efektem takich działań jest oczywiście dalsze zwijanie się systemu, bo przecież ludzki ekosystem zasadza się przede wszystkim na ludziach, którzy są nośnikami jego zasobów, pozyskiwaczami energii i materii ze środowiska i sami są jego najcenniejszym zasobem. Ograniczenie populacji powoduje, że mimo pozornego dobrobytu tak naprawdę sieć systematycznie ubożeje i jest w stanie przetworzyć mniej zasobów.

Zastanawia tutaj skuteczność rozwiązań „miękkich” w tej dziedzinie, tj. aborcji i antykoncepcji. Wynikają one z naturalnej u człowieka niechęci do podejmowania nowych zobowiązań. Relacja rodzic – dziecko jest dla jednej strony bardzo kosztowna i trudna do podjęcia świadomie. W tym kluczowym momencie cywilizacja socjalistyczna dostarcza możliwości uniknięcia odpowiedzialności i wysiłku oraz daje uzasadnienie dla takiego kroku, zgodnie z ideą „wyzwalania”. Cywilizacja chrześcijańska działała tu dokładnie odwrotnie, przygotowując przyszłych rodziców do pełnienia swych ról, a tym samym ułatwiając decyzję o rodzicielstwie i zmniejszając jej stresogenność. Dodatkowo państwo socjalistyczne przejęło na siebie rolę opiekuna starszych osób poprzez system emerytalny, więc ubył jeden z powodów posiadania dziecka. To, że system emerytalny dalej może istnieć tylko dzięki coraz to liczniejszym pokoleniom, umyka zarówno zwykłemu uczestnikowi sieci, myślącemu głównie na własny rachunek, jak i kontrolerom sieci, którzy zupełnie nie przygotowali się na taki efekt.

Ponieważ system jednohierarchiczny, do którego zmierzają systemy socjalistyczne, ma swoje wynikające z fizyki i międzyludzkich relacji reguły, to i ekosystem socjalistyczny im ulega. Odtwarza się w nim system feudalny, w którym pełnie praw (z początku raczej de facto niż de iure) mają osoby uczestniczące w hierarchii władzy. Reszta jest spychana do pozycji półwolnego chłopstwa czy helotów, a nawet niewolników.

Jak widzimy, system socjalistyczny jest drogą powrotną z systemu wytworzonego przez chrześcijaństwo do systemu pierwotnego prawa i pięści. Jeśli siła napędowa cywilizacji, jaką była wiara, zamarła, to cywilizacja ta musi wrócić do stanu pierwotnego, zanim weszła w stan wzbudzenia prowadzący do cywilizacji technicznej. Inaczej w krajach, które nigdy nie były chrześcijańskimi, a jedynie przyjęły pewne instytucje przez nią wytworzone, cywilizacja socjalizmu to po prostu próba odbudowy systemu jednohierarchicznego typu prawa i pięści w nowych warunkach ideologicznych i technicznych. System, który w ten sposób powstaje, jest jednak mało wydajny, o ograniczonych zdolnościach optymalizacji połączeń, trapiony ciągłym niedostatkiem zasobów. Jest to system, z którego energia wycieka jak piasek z dziurawego worka, niezdolny do rozwoju, a nawet – z powodu nakładanych na siebie znacznie większych zobowiązań niż w naturalnym systemie prawa i pięści – niezdolny na dłuższą metę do trwania w takiej postaci. Systemy takie dążą nieuchronnie ku „naturalizacji”, czyli do stanu cywilizacji pierwotnej. Cywilizacja taka jest z punktu widzenia niechrześcijańskiej władzy znacznie lepsza, bo zapewnia kontrolerom dostęp do zasobów systemu bez żadnych kłopotliwych zobowiązań wobec mniej uprzywilejowanych uczestników sieci.