Kłopotliwa Europa Środkowa

Państwa Europy Środkowej są kłopotem w polityce europejskiej nie od dziś. Nie są to kraje duże, raczej średnie i małe, często skłócone, a przy tym po najróżniejszych dziejowych zawieruchach zdewastowane społecznie i gospodarczo. Ale jednocześnie nie są to państwa pozbawione tradycji i ambicji decydowania o swoim losie.

Pas państw od Morza Bałtyckiego do Adriatyku i Morza Czarnego jest postrzegany przez zagraniczne mocarstwa jako swego rodzaju strefa przejściowa, pole rozgrywki różnych interesów. System kontroli nad tym obszarem przechodził różne mutacje przez ostatnie 200 lat. W polityce międzynarodowej przeważała koncepcja traktowania tych bytów przedmiotowo. Próby samostanowienia podejmowane przez te kraje spotykały się z niezrozumieniem, a nawet z potępieniem i brutalnym odwetem. Historie narodów środkowej Europy przerywają jak krwawe przecinki daty kolejnych powstań, pogromów, masakr i zbiorowych ucieczek – emigracji, a mocne kropki kończące epoki stanowią międzynarodowe umowy kształtujące ład na tym obszarze, najczęściej z pominięciem głosu najbardziej zainteresowanych.

Czy dziś jest inaczej? Patrząc na ostatnie wydarzenia wokół Węgier i w czasach rządów PiS w Polsce, można nabrać przekonania, że wciąż Europa Zachodnia ma z nami, Środkowoeuropejczykami, problem. Poszczególne państwa regionu nie są dla Niemiec i Francji partnerami z uwagi na ich mały potencjał. Jednocześnie państwa te są za duże, aby zupełnie je ignorować. Europa mogła w tej sytuacji wybrać drogę pomocy w budowaniu w Europie Środkowej potencjału lokalnego, wiązać poszczególne państwa ze sobą nawzajem. Wtedy miałaby tu partnera, ale z tym partnerem musiałaby się liczyć. Taka droga była dla Europy nie do przyjęcia. Musiałaby się zasadzać na uznaniu podmiotowości i wartości Europy Środkowej, tymczasem na Zachodzie przeważa myślenie o tym regionie jako o niecywilizowanej dziczy. Elity Europy Zachodniej wybrały więc inną drogę: wiązać poszczególne kraje ze sobą (czyli z centrum Europy), traktując je na zasadzie „dziel i rządź”, wspierając jednocześnie te siły polityczne w tych krajach, które im były przychylne i gwarantowały posłuszeństwo. Wejście do Unii Europejskiej Polski, Czech, Słowacji i Węgier to w odbiorze obywateli tych krajów akt uznania ich za równych „Staroeuropejczykom”. Tymczasem w odczuciu Starej Europy był to raczej akt lenny, złożony przez „oświecone” elity tych krajów, w zamian za koncesje gospodarcze i uznanie ich za godnych europejskich salonów. W żadnym razie nie był i nie jest uznawany przez Europę Zachodnią (wbrew sloganom) za zaproszenie do współtworzenia europejskiego ładu i europejskiej polityki, czy to wewnętrznej, czy zewnętrznej. Oczekuje się od tych krajów, że co najwyżej będą odgadywać (albo dyskretnie o nie pytać) intencje Starszych i Mądrzejszych celem głoszenia takich tez i postulatów, które będą dopuszczalne lub oczekiwane.

W świetle takiego pojmowania „integracji europejskiej” zupełnie jasne staje się faworyzowanie przez rządy państw zachodnioeuropejskich (głównie Niemiec i Francji) i przez kierowane z tylnego siedzenia przez nie instytucje europejskie pewnych opcji politycznych w krajach Europy Środkowej przeciw innym. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, w ideach i celach nieodbiegający od niemieckiej chadecji, stał się w europejskim dyskursie rządem nietolerancji, ksenofobii, niemal faszystowskim. Człowiek mieszkający w Polsce i czytający te doniesienia – i wierzący własnym zmysłom bardziej niż gazetom – miał klasyczne odczucie z czasów komunistycznych: „co innego widzisz, co innego słyszysz, co innego czytasz”. Powód dla tej sytuacji był jeden – PiS próbował prowadzić politykę zagraniczną i zaprzeczył tezie, jakoby Niemcy w UE mieli zawsze zbieżne interesy z Polską.

Podobnie sytuacja wygląda obecnie w sprawie Węgier. Węgry wybrały zmianę, przy czym to węgierskie „change” znaczyło dokładnie coś odwrotnego niż amerykańskie z ostatnich wyborów prezydenckich.

W preambule do węgierskiej konstytucji mamy wezwanie do Boga i jednoznaczne opowiedzenie się za kulturą kontynuacji, a nie zerwania z tradycją chrześcijańską. Taka postawa sytuuje premiera Orbana w roli eurowyrzutka. Zwróćmy uwagę – napisałem „premiera Orbana”, a nie Węgrów czy partię Fides – europejska opinia publiczna nie przyjmuje do wiadomości jego demokratycznego mandatu, tego, że wyraża pragnienia większości mieszkańców jego kraju. Traktują jego wybór jako wypadek przy pracy utwierdzania wartości demokratycznych. Przecież „kulturalni” i „europejscy” Węgrzy z pewnością nie chcieli takich przemian. Analogicznie traktowano wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski. Polacy byli bombardowani komunikatami z zagranicznej prasy – dziś wiemy, że przynajmniej część z nich była inspirowana przez polskich kolegów zagranicznych redaktorów – o tym, jak bardzo śmieszny, nieporadny, nieeuropejski, zacofany i „buraczany” jest ich prezydent oraz jego brat. Aby poczuć się kimś lepszym niż reszta społeczeństwa, kimś innym, reprezentantem wyższej cywilizacji, wystarczyło przyłączyć się do tych głosów szyderstwa i oburzenia. Ze wstydem muszę przyznać, że bardzo wielu młodych Polaków przyjęło tę ofertę. Przy okazji mnóstwo skrywanego wcześniej prymitywizmu ujrzało światło dzienne dzięki społecznemu – czy raczej medialnemu – przyzwoleniu. Ciekawi mnie, czy Węgrzy są bardziej odporni na taką formę nacisków z zagranicy? Mam nadzieje, że tak.

W komunikatach prasy zachodniej Orban stał się kimś w rodzaju demokratycznego dyktatora: ogranicza wolność prasy, banku centralnego, a na dodatek likwiduje partię opozycyjną. Szczególnie ten drugi zarzut (bank centralny) musi być zabawny dla polskiego czytelnika, który nie ma problemów z pamięcią. Zupełnie niedawno, w czasie gdy prezesem NBP był nominat PiS, problem niezależności banku był przedstawiany z zupełnie innym świetle i zbieżny z intencjami Orbana.

Trudno nie dostrzec analogii do okresu komunistycznego. Podobnie wówczas „centrala” była zainteresowana tym, by w krajach zależnych rządziły posłuszne jej ekipy. Gdy w Polsce rządziły elementy niepożądane, Europa przyszła z „bratnią pomocą” lokalnym elitom proeuropejskim, czy to poprzez obsmarowywanie Polki w prasie, czy to przez rezolucje w europarlamencie. W tej chwili podobnie Europa (w sensie elit politycznych) „bratnio pomaga” Węgrom, w analogiczny sposób co kaczystowskiej Polsce. Całe szczęście, że w odróżnieniu od czasów komunizmu ta pomoc jest tylko w przekazie medialnym i propagandzie, ale czy aby w obecnych czasach propaganda i pieniądze nie zastąpiły zagonów pancernych i desantu spadochronowego? Dodatkowo dochodzi problem niepewnego statusu krajów Europy Środkowej. Zachodnioeuropejscy politycy z trudem rozumieją, że kraje te mogą mieć jakieś inne aspiracje niż naśladowanie Zachodu. W ich mniemaniu przychylili Węgrom i Polakom nieba, pozwalając, by opuszczali te swoje śmieszne dzikie kraiki i pracowali u nich, oraz by środki z Unii Europejskiej były marnotrawione na inwestycje infrastrukturalne w tej ich dziczy. „Czego oni jeszcze chcą? Przecież sami i tak nic nie osiągną!” To przekonanie o bezwartościowości Europy Środkowej prowadzi do tego, że politycy europejscy nie mają dla niej żadnego pomysłu poza „róbcie to samo co my” oraz że aspiracje elit tych krajów co do rozwoju ich państw są traktowane bardzo podejrzliwie. Próba budowania niezależnej polityki przez państwa naszego regionu, wcale nie wybiegająca poza to, co robią inne kraje UE, lądują od razu pod etykietą „nacjonalizm” czy „eurosceptycyzm”, choć przecież ani Kaczyńscy, ani Orban eurosceptyczni nie byli, a do radykalizmu takiego Jorga Heidera daleko im.

Dla naszych krajów, tj. dla Polski i Węgier i innych państw Europy Środkowej, rozwiązaniem tej sytuacji byłaby ścisła współpraca polityczna. Blok państw od Bałtyku po Adriatyk miałby zupełnie inną wagę w europejskiej i światowej polityce niż głos poszczególnych krajów. Problem w tym, aby elity tych państw dostrzegły wspólne interesy. Niestety, Zachód ma łatwe zadanie w rozgrywaniu partykularyzmów pomiędzy krajami naszego regionu. Problemy z mniejszościami narodowymi na Słowacji i Węgrzech, czy na Litwie i w Polsce, to tylko najbardziej jaskrawe przykłady zgrzytów pomiędzy państwami, które mogłyby współpracować. Problemem jest także to, by w krajach regionu równocześnie rządziły ekipy niepodległościowe, a nie proeuropejskie. Z całą pewnością polska polityka wobec Węgier wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby zamiast PO u władzy był PiS. Budowa bloku środkowoeuropejskiego nie byłaby pracą łatwą ani szybką, ale z pewnością opłaci się wszystkim uczestnikom, pozwalając im na znacznie skuteczniejszą obronę interesów narodowych. Hasło „za wolność waszą i naszą” nabiera w obecnej sytuacji nowego znaczenia.