Ostatnie słowo niewypowiedziane

Artyści stają się ważniejsi od swojej twórczości – obstawał w eseju o Jacksonie Pollocku niemiecki socjolog, Andreas Reckwitz. Notabene, legendarny ekspresjonista znajdzie swój epizod w powieści Michela Houellebecka, i to bardzo treściwy, bo Jed Martin przeglądając zdjęcia z sekcji zwłok, napomknie o dziełach Pollocka właśnie.

Do koncepcji Reckwitza Francuz dopasowuje się ze swoją najnowszą książką praktycznie na miarę. Jego artysta nie jest – i nie może być – tylko dodatkiem do swojej twórczości, dalekoplanową asystą na plakacie bądź okładce. Chce czegoś więcej, jest łasy na bycie częścią tego dzieła, skłania się, by koegzystować w nim z własną wyobraźnią. Siłą rzeczy staje się przy tym zazdrosny o uwagę odbiorcy, woli więc kierować jego konsumencki apetyt na magię nazwiska, nie zaś tytułu, który prędzej czy później zacznie żyć własnym życiem. Niewykluczone, że na taki model Pollock wzruszyłby tylko ramionami: Swoim płótnom pomagam tylko ujawniać się.

 

Houellebeckq wiedział, co robi, aranżując swoje zniknięcie rok po premierze powieści, w której odcina głowę literackiemu alter-ego. I może zrobił to bardziej dla książki niż dla siebie, po prostu podbijając sprzedaż Mapy i terytorium. Trudniej już ustalić, co w przypadku Houellebeckqa jest jeszcze sztuką, co marketingowym performancem, a co prywatnością francuskiego pisarza (jakkolwiek wystawioną na celebryckie targowisko) – jeśli w ogóle zdołał taką zachować, nie wciągając jej w mętne miraże z wymyślaną przez lata fikcją.

 

W Mapie i terytorium umieszcza samego siebie jako oś wydarzeń, choć – od razu trzeba dodać – już nie oś narracji. Woli nią operować z perspektywy Martina, na nim się wyzewnętrznia, ale to Houellebeckq jest punktem zwrotnym, epicentrum. Choć temperament skandalisty-nihilisty wyraźnie u pisarza zastyga, to nie przestaje zaskakiwać, a już na pewno nie przestaje tęsknić za uwagą czytelnika.

 

– Świat jest byle jaki – oświadczył w końcu Jed. – A człowiek, który dokonał tego morderstwa zwiększył bylejakość świata.

 

Ten ponowoczesny świat jest zły, bo kapitalistyczny. To równia pochyła – dom publiczny dolicza się znacznie mniejszej klienteli niż sąsiednia klinika eutanazji (Wartość handlowa cierpienia i śmierci stała się zdecydowanie wyższa od wartości rozkoszy i seksu). Trudno jednak powiedzieć, czy Houellebeckq łagodnieje i zaczyna tęsknić za starym porządkiem, bądź porządkiem jakimkolwiek, czy raczej znajduje kolejny powód, by nie lubić tego świata. Zresztą mówiąc o zmierzchu ludzkiego gatunku, Francuz w zasadzie się powtarza, podobnie przecież sięgał po mizantropiczne odczucia choćby w Cząstkach elementarnych.

 

Szuka jakiejś akceptacji, bo konfrontując sztukę z zepsutą rzeczywistością, ani myśli stawać po stronie artystycznej bohemy. Dość powiedzieć, że Mapa i terytorium to pamflet na nią, czasem mało wybredny – artyści są zupełnie odrealnieni, dramatycznie śmieszni, żyją okrakiem do swoich bliskich, do przyjaciół, szefów. Houellebeckq chce być gdzieś pośrodku, a zarazem w całkowitej przeciwwadze – i do jednych, i drugich.

 

Martin i Houellebeckq, choć krzyżują swoje życiorysy na zawodowym poletku, nie nawiązują równorzędnej relacji. To Houellebeckq, choć wcale nie popularniejszy, może dawać się prosić, może nie odbierać telefonów, to Martin wciąż zadaje pytania i czegoś w tym irlandzkim domu pisarza szuka.

 

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że sypia z jedną z pięciu najpiękniejszych kobiet Paryża?

 

Martin nie zatrzymywał Olgi, gdy wyjeżdżała do Moskwy, a przecież wydawało się wtedy, że na stałe. Nie wyczekiwał jej powrotu, nie wiedział nawet, że wraca. Przywykł żyć raczej dla siebie, trochę składał stronienie od ludzi na karb oddania się fotografii, a potem malarstwu. Martin – jak każdy artysta u Houellebeckqa – głębiej zapomina się w sztuce transponującej rzeczywistość, niż myśli i żyje samą rzeczywistością. Bardziej interesuje go mapa niż terytorium – choć to może beznadziejna ucieczka, alibi przed własnym sumieniem.

 

Żyje obok, obok żył także własnego ojca. Spotykali się rok po roku – rytualnie – na wigilijnych kolacjach. Każda miała być tą ostatnią, Martin senior mówił to o sztucznym odbycie, to o godnej śmierci w Zurychu. Wspominając tamtą chwilę, nagle zrozumiał z całkowitą pewnością, że jego ojciec nieodwołalnie wytrwa przy swoim wyborze sposobu odejścia z tego świata, że wcześniej czy później dyrektorka zadzwoni, że sprawy tak właśnie się zakończą, bez żadnej konkluzji ani wyjaśnienia, że ostatnie słowo nigdy nie zostanie wypowiedziane, że pozostanie tylko żal i znudzenie.

 

Jednak wizyta w klinice eutanazji, kartka A4 zapisana po niemiecku – szwajcarska materializacja śmierci – to wstrząs dla głównego bohatera. To Donne’owski przewrót – żaden człowiek nie jest samoistną wyspą, bo wraz ze śmiercią zabiera więcej niż duszę, a zarazem zostawia więcej niż ciało. Nikt nie żyje tylko dla siebie, nikt nie bierze, bo nie jest w stanie wziąć, za swoje decyzje całej odpowiedzialności. Choć, chyba, przede wszystkim ciężaru.