Małe Ojczyzny Ogólnopolskie

Wiele napisano zarówno w literaturze pięknej, jak i socjologicznej na temat małych ojczyzn, czyli naszych miejsc pochodzenia. „Miejsce pochodzenia” należy tu rozumieć nie tyle geograficznie, ile mentalnie. Na tę małą ojczyznę składają się wspomnienia swoje i przekazane przez rodzinę, koledzy i znajomi, oraz ich historie. Składnikiem jej jest także krajobraz i nasza własna geografia miejsc ważnych – czy to kościoła, do którego chodziliśmy w dzieciństwie, czy to ulubionych miejsc zabaw, czy cmentarza, na którym leżą nasi przodkowie, czy też z innych punktów istotnych dla naszych wspomnień i przeżyć.

Jeśli ktoś urodził się w miejscowości, z której pochodzi jego rodzina, i spędził tam całe dzieciństwo, to nie może mieć żadnych wątpliwości, skąd pochodzi, kim jest i jakie jest jego miejsce na ziemi.

Ja do tych szczęśliwców się nie zaliczam. Należę do rodziny naznaczonej przez ostatnią wojnę w taki sposób, że spotykają się we mnie geny ludzi z najróżniejszych miejsc i pochodzących z okolic oddalonych o setki kilometrów. Już to utrudnia mi pełną identyfikację z jakimś miejscem. Czy powinienem uważać się bardziej za człowieka kresowego po Babci z sowieckiej Białorusi, czy raczej za „Królewiaka” po dziadku i pradziadku, który ponoć padł na wojnie, bijąc się za Cara Mikołaja II? A może powinienem odczuwać więź z Galicją, z której miał pochodzić mój zaginiony w czasie II wojny dziadek ze strony ojca, po którym dziedziczę nazwisko? Gdybym miał wyznaczać swoje pochodzenie na podstawie pochodzenia większości przodków, wygrałaby chyba „Kongresówka”.

Tu jednak zaczynają się kolejne problemy. Nie mieszkam ani w miejscu pochodzenia taty (okolice Tarnobrzega), ani mamy (Kielecczyzna). Wywędrowali oni oboje w miejsce zupełnie nowe, do Wołomina, miasta, którego jeszcze 100 lat temu w ogóle nie było na mapie. Nie istniało po prostu, w miejscu dzisiejszego miasta był folwark i kilka małych wiosek. W ten sposób nie opuszczając Polski, stali się niejako nowymi osadnikami, w miejscu o historii krótkiej jak historia amerykańskiego miasteczka. Do pewnego stopnia wrośli w Wołomin, otaczając się wiankiem znajomych i przyjaciół, najczęściej także imigrantów z różnych regionów Polski. Ja byłbym już całkiem wrośnięty w tę okolicę, gdyby nie fakt, że do szkoły podstawowej chodziłem do Warszawy. Stąd wynikł mój brak silniejszych więzi Wołominem i tutejszymi rówieśnikami. Na dodatek do szkoły średniej chodziłem znów w Wołominie – relacje, które nawiązałem w Warszawie, zanikły. Po szkole średniej studiowałem w Warszawie, znów z całkiem nowymi ludźmi. Właściwie chyba nie ma środowiska, w którym mógłbym powiedzieć „jestem u siebie”. Warszawa nie jest moim miastem, bo nigdy w niej nie mieszkałem. Wołomin odwiedzam głównie po to, by spać – problemy sąsiadów pracujących w Wołominie są mi przeważnie obce. Moim drugim domem od dzieciństwa są pociągi relacji Warszawa – Wołomin. W pociągu zresztą piszę te słowa.

Myślę, że ten brak zakorzenienia odróżnia mnie od wielu, w tym nawet od mojej żony, której rodzice i dziadkowie urodzili się i mieszkają w promieniu 20 km od miejsca, gdzie się wychowała. Jakże inaczej patrzy ona np. na problem przeprowadzki. Dla mnie to byłaby strata, dla niej – przygoda. Wyjazd na wakacje nad morze dla mnie jest do wyboru obok pojechania na wieś. Dla niej wieś to nie wyjazd, tylko nuda i udręka, bo spędziła na takiej wsi kawal życia. Dla mnie zakorzenienie to coś upragnionego, dla niej – po trosze to ciężar, albo coś, co jest tak oczywiste, że się tego nie dostrzega . A przecież dla bardzo wielu Polaków nie jest to nic oczywistego. Takich „Ogólnopolskich” jak ja jest cała masa i będzie jeszcze więcej – przecież żyjemy w epoce nasilonej migracji do miast.

Powiedzcie więc – gdzie jest właściwie moja mała ojczyzna? Czy jest w ogóle miejsce, w którym mam prawo czuć się u siebie? A przecież mój problem z (lokalną) tożsamością jest jeszcze nikły przy tym, jaki mają potomkowie ludności przesiedlonej z dawnych Kresów. Przecież oni często nie byli nigdy w miejscu, z którego pochodzą ich dziadkowie. 

Wydaje mi się, że my, ludzie bez trwalej i oczywistej identyfikacji z małą ojczyzną, mamy pewien przywilej i ciężar zarazem – swoje miejsce na ziemi musimy dopiero wybrać i zbudować. Pewnie moje dzieci będą już czuć się mieszkańcami zakorzenionymi z dziada pradziada. W końcu będą trzecim pokoleniem rodziny zamieszkującym tę samą okolicę, a nawet dom. Muszę im tylko w tym pomóc.

Ja zaś, na własny użytek mam trzy „swoje” miejsca na ziemi, choć prawdopodobnie w żadnym z nich nikt nie powiedziałby, że jestem „tutejszym”. Moje miejsca są tam, gdzie hoduję winogrona, to moje własne kryterium swojskości. Mam krzaki winogron w trzech miejscach w Polsce – w miejscu pochodzenia mojej matki, tam gdzie dziś żyją dziadkowie mojej żony (wżeniłem się w to miejsce), oraz pod domem mojego ojca, w którym mieszkam. Ciekawe, jak udadzą się w tym roku?