Nie ma już miejsca na neutralność

W myśl rozważań Konfucjusza, kiedy słowa tracą znaczenie, ludzie wolność. Niemoc pustosłowia bardzo ciąży, bo po upadku języka nic już nie daje się wyrazić precyzyjnie – tłumią się uczucia, marzenia, obawy. Słabną więzi – których nie sposób już odbudować, bo jak bez słów – przestaje też funkcjonować wspólnota.

Niszczymy – albo już zniszczyliśmy – nasz język, z trudem jeszcze dogadujemy się między sobą. A i to nie zawsze. Język – ten sam zawsze otaczany w naszych dziejach wielką estymą – przestaje pełnić jakiekolwiek twórcze funkcje. Nie służy już wspólnocie i sam też jej nie tworzy. Bywa ad hoc nośnikiem sporów, ale nawet do nich nie jesteśmy przekonani, więc z umiejętności posługiwania się językiem-narzędziem kompromisu, jeżeli w ogóle coś takiego dochowaliśmy, korzystamy bardzo umiarkowanie.

 Z drugiej strony, chybotliwie go rozciągamy, raczej lepimy, niż budujemy. Nie porządkujemy języka, a co za tym idzie nie porządkujemy rzeczywistości i zastanej w niej wiedzy. Nie jesteśmy w stanie definiować swoich celów i ponadto nie ułatwiamy sobie dotarcia do nich, bo nie ma w języku odpowiedniego punktu zaczepienia dla tego, co już osiągnęliśmy. Nie dostrzegamy zagrożeń, bo w rutynie chaosu wcześniej wszystko wyolbrzymialiśmy nadgorliwie bijąc na alarm. Nasze słownictwo – przez lenistwo, przez koniunkturalizm – uległo inflacji.

 Do tego zjawiska – inflacji słów – bardzo wyraźnie nawiązuje profesor Instytutu Hoovera, Thomas Sowell, w swojej pracy „Oni wiedzą lepiej. Samozadowolenie jako podstawa polityki społecznej”. Jak pisze, nie byłoby nic zdrożnego, gdyby – jak to z inflacją bywa – wszyscy o niej wiedzieli i potrafili z tej wiedzy skorzystać. Jednak przeważa inna prawidłowość – przynajmniej znacząca większość zainteresowanych nie ma pojęcia, że obraca środkami bez pokrycia, bez żadnej mocy nabywczej. A w każdym razie nie takiej, jak sobie wyobraża.

 Amerykański ekonomista sięga po przykład trzech słów: „homofobia”, „przemoc”, „bezradność” – zdaniem Sowella, stały się one rozdętymi narzędziami politycznej poprawności. W efekcie, zamiast rozmawiać o realnych problemach oraz ich przyczynach – nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy te problemy i przyczyny są bolesne – przyjęto nabierać wodę w usta. Mało tego, dla złagodzenia ewentualnych niesnasek wstrzymano stosowanie koniecznych środków, jak choćby podczas epidemii AIDS.

 Inflacja słów, według Sowella, rozmywa też odpowiedzialność. Bowiem na instrumentalne traktowanie języka nakładają się tendencje animistyczne, które przerzucają ciężar problemu z jednostki na znacznie mniej realny i mniej konkretny byt. Ma to uwidaczniać się zwłaszcza w coraz bardziej personifikowanym społeczeństwie – stanowiło ono dotąd jedynie teoretyczną figurę, która bywała pomocna do oceny niektórych zjawisk. Nadużycie, jak twierdzi Sowell, polega na tym, że społeczeństwo nie tyle staje się wypadkową pomniejszych interesów czy ich wspólnym mianownikiem, ale odrębnym bytem, czymś co jest ponad jednostkami, a nie tym, co jednostki te tworzą. Bytem myślącym, wrażliwym, odpowiedzialnym i przede wszystkim ponoszącym odpowiedzialność.

 O społeczeństwie – nie tylko personifikowanym, jakimkolwiek – wolał nawet nie wspominać inny ekonomista, zarazem filozof, Friedrich August von Hayek w pracy „Zgubna pycha rozumu. O błędach socjalizmu”. Z rzeczy samej wiele słów zakorzenionych w naszym języku jest tego rodzaju, że ich nawykowe stosowanie prowadzi nas do konkluzji nie wynikających z rzeczowego rozważenia danego problemu (…) Z tego właśnie powodu przy pisaniu tej książki narzuciłem sobie zakaz używania słów „społeczeństwo” i „społeczny” (…).

 Dla Hayeka wyrazy te nie tyle zostały zużyte, co zwyczajnie nigdy nic nie znaczyły. Co więcej, pozbawiały i pozbawiają realnego znaczenia innych słów, tworząc w zamian jedynie nieużyteczną nowomowę, stąd nań określenie „słowa-pasożyty”. Hayek obliczył, że przymiotnik „społeczny” występuje w zestawieniu z przynajmniej 160 rzeczownikami, pomstując w ten sposób intelektualne lenistwo językowych wytrychów.

 Językowe wytrychy to pójście na skróty, odłożenie problemu na później. Stworzona naprędce korelacja między językiem a wiedzą nie tylko nie wzbogaca – ani języka, ani wiedzy – ale utrudnia płynne i logiczne spojenie tych sfer. Bo oddzielone od siebie zaczynają żyć własnym życiem, a nieprzejrzysty mechanizm tworzenia nowych wyrazów i sformułowań staje się bezużyteczny proporcjonalnie do swojego rozrostu.

 

Manipulowane słowami

 Język to narzędzie docierania do prawdy, zatem jeśli słowa przestają korespondować z obiektywnymi rzeczami, narzędzie to mimowolnie słabnie – pisał amerykański myśliciel, Richard Weaver, w swoim największym dziele „Idee mają konsekwencje”.

 „Docierając do prawdy” język pozwala dostrzegać szanse i zagrożenia. A dostrzegać to znaczy też – a może przede wszystkim – nazywać, czyli wpierw tworzyć opis, a potem tego opisu konsekwentnie się trzymać. Tymczasem – to proces stary i powszechny, jak polityka – zmiany w języku dokonywane są często zupełnie rozmyślnie. Czytamy u Alasdaira MacIntre’a: Filozofia pozostawia wszystko tak jak jest – z wyjątkiem pojęć. A ponieważ znajomość danego pojęcia – czy to poprzez modyfikację pojęć istniejących, czy to poprzez tworzenie nowych, bądź obalenie starych – pociąga za sobą zmianę zachowania.

 Stąd też pokusa takiego modelowania języka, które – odpowiednio – aprobuje i dezaprobuje wyjściowe stanowiska w publicznej debacie. Weaver, posługując się przykładem Samuela Hayakawy, twierdzi, że za różnicą w terminologii kryje się różnica celu, która wartościuje sens nazywanego zjawiska – i tak pieniądze dla bezrobotnych przez jednych są nazywane „zasiłkiem”, przez innych – „zabezpieczeniem socjalnym”. Weaver odwołuje się też do terminologii wojennej, zapewne pod wpływem II wojny światowej (niedługo po jej zakończeniu wydał swój esej); podkreśla, że to wojna właśnie przyczyniła się do rozluźnień i przesady: Akcja podjęta przez naszą stronę była zawsze „waleczna”, podjęta przez wroga – „desperacka”; polityka prowadzona przez nasze dowództwo była „surowa” lub – wedle rozkosznego eufemizmu – „szorstka”; ta sama rzecz wprowadzona przez naszego wroga była „brutalna”.

 Do wojennych realiów odwołuje się też Sowell, zapewne zainspirowany amerykańskimi kampaniami lat 90-tych: Sformułowania w rodzaju „ruch pokojowy”, używane na określenie zwolenników rozbrojenia, z góry przesądzają odpowiedź na zgoła zasadnicze pytanie, czy zapewnieniu pokoju lepiej służy rozbrojenie, czy raczej odstraszająca siła militarna. Sowell, podobnie jak wcześniej Hayek, źródło zmian językowych dostrzegał w działaniach lewicowych intelektualistów, którzy umiejętnie wpletli do języka nowe sformułowania albo nieco zmodyfikowane. Napominając lewicy skuteczne zawłaszczenie języka, ekonomista nie odstępuje się od ogólnej konkluzji, że inflacja słów – nawet jeżeli przynosi przejściowe korzyści tej czy innej stronie – nie jest grą o sumie zerowej, ale czymś znacznie gorszym. Bo nie dystrybuuje korzyści, ale ogranicza ich sumę. A na tym tracą wszyscy.

 Sowell wykazuje prostym przykładem, jak pozornie nieznaczące zmiany w potocznym języku wpływają na ocenę tego, o czym się mówi. W nowomowie nie każda usługa świadczona na rzecz szerszej publiczności jest „usługą publiczną”. Przykładowo ci, którzy dostarczają do supermarketów tony zapewniającej przetrwanie żywności, nie świadczą „usługi publicznej” w sensie nadanym temu słowu przez oświeconych. Wyraźnie konfrontuje „oświeconych” ze Smithowską mową korzyści. Różnica polega jednak na tym, że Smith nie widział w nic złego w sytuacji, w której dbałość jednej osoby o własny interes przysparza pożytku drugiej; z kolei lewica z miejsca dyskwalifikuje zachowania motywowane chęcią zysku, nazywając je – niezależnie z czego ta chęć wynika – po prostu chciwością. W taki sposób, zdaniem Sowella, lewicowi intelektualiści skutecznie podważyli moralne podstawy ekonomii wolnorynkowej.

 Prof. Jerzy Bralczyk twierdzi – nie tylko zresztą o samych Polakach – że mówimy nie tyle po to, by nas słuchano, ale by nas słyszano. I faktycznie, szermujemy językiem tak, jakbyśmy już zawsze mieli go na wyłączność – jakby nikt nie układał go przed nami i nikt też nie miał otrzymać go w spuściźnie po naszych czasach.

 Nie dbamy zresztą o terminologie. Rozmywamy je albo od razu psujemy.

 Polityczną zdewastowaliśmy chyba w pierwszej w kolejności. Może dlatego, stawała się coraz zbędniejszym balastem, skoro jednocześnie – procesy te zachodzą naprzemiennie – zanika w polityce deklarowana ideowość (a to ona wymagała pewnego uporządkowania), jako anachronizm nieprzystający do wyzwań współczesności. Za mało progresywny, nieelastyczny, przydający się jedynie w teorii. Choć poza tym jesteśmy właśnie teoretykami – o społeczeństwie obywatelskim, o tolerancji, państwie prawa wolimy tylko mówić albo, co gorsza, tylko słuchać.

 

Czarne i czarne

 Główni gracze naszej polityki i wspierający ich pismacy, bo przecież nie dziennikarze, widzą już tylko wyłącznie naszych i śmiertelnych wrogów. Nie istnieje już ktoś do nas podobny lecz o innych nieco poglądach. (…) Przeciwnika też już nie ma – są tylko śmiertelni wrogowie. A tych trzeba zniszczyć. Wobec tak ważnego boju nie ma już miejsca na neutralność. Każdy musi się opowiedzieć po którejś ze stron. Felietonista „Gazety Olsztyńskiej”, Adam Kowalczyk, w swoim tekście „Inflacja słów” celnie zdiagnozował coraz większą bolączkę polskiej debaty publicznej.

 Język się brutalizuje, a dyskurs upraszcza, bo stawiane są coraz większe kontrasty, piętrzą się podziały, a wybór negatywny wypiera wybór pozytywny. Przy tych większych kontrastach o bycie w życiu politycznym decyduje wyrazistość (wyrazistość tylko werbalna, bo przecież ideowa jest w odwrocie), a jedyną receptą na jej osiągnięcie, w konsekwencji na zaistnienie i przetrwanie, są wyrazistsze – czyli ostrzejsze – słowa.

 Wyrazistością naoliwia się chaos – chaotyczny jest świat, którego nie sposób streścić w kilku zdaniach. Krótki, klarowny przekaz (jak choćby – kolejny sygnał, że coś już jest za nami – 140 znaków na Twitterze) względnie porządkuje rzeczywistość, powierzchownie wprawdzie, ale na więcej konsument politycznego teatru nie ma zwyczajnie czasu. Wśród bieli i czerni politycy nie dopuszczają szarości, bo przecież szarość to nijakość, nuda, bycie jedynie nieznaczącą częścią masy. Nie chcą być częścią masy, nie chcą też, by należał do niej wyborca. By pozostał obojętnym i nie podejmował wyboru między bielą i czernią, by wstrzymywał się od stawiania twardych i jednoznacznych opinii nawet w tych sprawach, o których – gdyby uczciwie przyznałby sam przed sobą – nie ma pojęcia. Politycy zadziwiająco skutecznie uczą nas, że o wszystkim trzeba mieć swoją opinię, choć nie na wszystkim trzeba się od razu znać.

 Powiększanie i pielęgnowanie kontrastów uczula na różnice zdań. Różnica zdań to dla nas jeszcze rzecz nowa, mimo, że – przyjęło się tak mówić – napędza demokrację. Mimo, a może i dlatego – dlatego, bo nasza demokracja nie jest (jeszcze) tym, czym zdawało się nam w ’89 roku, że będzie. Jesteśmy uczuleni – na różnice zdań, na siebie. Specyfika polskiej indywidualności, pisał o tym Rafał Ziemkiewicz, polega na tym, że chcemy mieć własne zdanie, ale takie najlepiej, by wszyscy się z nami zgadzali. Chcemy być inni i zarazem lepsi, a przynajmniej doceniani. Odpychamy się poczuciem nieomylności, nie ciąży nam sumienie, że zapomnieliśmy się szanować. I słuchać, bo niezmiennie wydaje się nam wystarczyć, co już usłyszeliśmy.

 Kilka dni temu opublikowałem tekst o bardzo ciekawym zjawisku wewnętrznego życia i zamykania się elektoratu jednej partii – Prawa i Sprawiedliwości. (…) Starałem się przedstawić cechy najtwardszej części elektoratu PiS. Tekst wywołał ogromne emocje. (…) Na rozmaitych forach internetowych przeczytałem na swój temat stek obelg. Igor Janke z „Rzeczpospolitej” przywykł już do krytyki, świadom, że tak się przyjęło – i aprobują to czytelnicy to w kioskach – jego redakcja sprzyja PiS-owi, a „Gazeta Wyborcza” Platformie Obywatelskiej. Mimo, że na łamach obydwu największych dzienników gremialnie wznoszono i wznosi się empatię dla otwartości i pluralnych mediów.

 Bo może i tego pluralizmu chcemy – chcemy, by każdy miał swoje poletko, w którym przeczyta (obejrzy, usłyszy) pokrzepiające żale – tak, wprawdzie ma rację, ale oczywiście nikt nie chce go słuchać. Takiego pluralizmu chce klubowicz „Gazety Polskiej”, jedynie na taką debatę godzi się też inteligent z dużego miasta zaczytany w „Polityce”. Entuzjasta jednego periodyku natrafi na przeciwne zdanie dopiero, gdy odcedzi je w zgrabne cudzysłowy flagowy publicysta redakcji, pastwiący się nad autorem, z którym nigdy nie stoczy polemiki na stronicach tego samego pisma. Chcemy – tak – chcemy pluralizmu, ale nie dyskusji.

 

Bez powrotu

 Nie sposób podjąć poważnej debaty z osobą, którą uważa się – albo po prostu się nazwało – kolaborantem. Nie można budować demokracji, jeżeli na zaś wyklucza się z niej kogoś, jako faszystę. Bo jakie znaczenie ma dyletanctwo, niewiedza, opieszałość, gdy już jest się zdyskwalifikowanym z całej gry, gdy od merytorycznego starcia już nic nie zależy. Wiarygodna (i poważna) przestaje być polityka w ogóle, skoro słowa, spluwane ot tak, polityków karykaturują już nawet nie w marionetki piaru (co oznaczałoby, że nad wypowiedziami polityków ktoś jeszcze uprzednio się zastanawia), ale w zwykłe manekiny.

 „Mamy do czynienia”, „jesteśmy świadkami”. Jarosław Kaczyński prawie każdą wypowiedź otwiera epokową narracją i za każdym kolejnym razem mówiąc o przełomie – a tym przełomem są po prostu zmiany, które zachodzą szybko, jak szybki staje się świat – wydaje się, że coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Bo rzeczywistość – ta przeciętna, uśredniona –  składa się ze szczegółów, z życia z dnia na dzień, od pierwszego do pierwszego. I to szczegóły, jako że jest ich w końcu najwięcej, decydują o tym, czy życie jest znośne. Ale politycy lubią wielkie rzeczy, więc i wielkie słowa także. Jak Donald Tusk – notabene świetny mówca – w marszu po władzę strywializował nauki Jana Pawła II proponując test miłości, do którego sam nie miał zamiaru przystępować.

 Zresztą na wielkość i wielkie słowa jesteśmy bardzo łakomi. Lubimy rewolucje, przełomy, a nadto w życiu – w polityce, historii, filmach – oczekujemy punktów zwrotnych. Zajmuje nas sport, on najlepiej wyraża nasz patriotyzm – jest trochę odrealniony, jest poza nami i naszym życiem, a jednak porusza, ocierając się o romantyzm i epickość, za którymi stale tęsknimy. Systematyczność i powtarzalność nużą nas, bo nie potrafimy zbudować na nich wielkich rzeczy – jesteśmy niecierpliwi, bez przerwy roszczeniowi wobec przewrotności losu.

Gigantyzm wypełnia pustkę po naszej zwyczajności i po tym, co zwyczajność powinna nam dostarczać. Uzależniliśmy się od sięgania po symbole, od patosu, który pozwala nam być razem i cieszyć się sobą, bo w powtarzalnej codzienności – rozpoczynanej co chwila od nowa – już nie umiemy. Wzniosłość nas jeszcze pobudza – najwyraźniej jeszcze nie było jej aż tyle, by nam spowszedniała.