Nie zmarnuj 1%

„1%-ówki” uzyskały ostatnio ogromną popularność na warszawskich billboardach. Widać je też za każdym kliknięciem w Internecie oraz między newsami w metrze. I nie ma się czemu dziwić, bo już 30 kwietnia mija termin składania deklaracji podatkowych w Urzędach Skarbowych, a to właśnie za ich pośrednictwem można przeznaczyć ów 1% swojego podatku na rzecz Organizacji Pożytku Publicznego

Kwestia samego podatku dochodowego i jego totalnej bezsensowność pozostaje tutaj nietknięta, bo póki co jest, jak jest. Warto jednak zauważyć, że przy przymusie podatkowym sytuacja, w której istnieje przyzwolenie na przeznaczanie jego części na rzecz OPP, jest dużo lepsza niż sytuacja, w której cały podatek trafiałby do rządu. I to jest jak najbardziej pozytywne. Może towarzyszyć temu niestety problem zwiększonych kosztów nieefektywnych, dlatego że Urząd Skarbowy musi zatrudnić urzędników, którzy będą zajmowali się transferowaniem owych pieniędzy do OPP. Rozwiązanie jest jednak dość proste, a polega na obniżeniu podatku dochodowego o 1% i nakazaniu podatnikom przelanie różnicy do US lub dowolnej OPP. Nie chcę tu wyjść na kogoś, kto chciałby w świetle prawa komukolwiek cokolwiek nakazać, jednak z punktu widzenia naszych rządzących takie rozwiązanie pomogłoby po prostu obniżyć pulę marnowanych przez państwo pieniędzy.

Dlaczego jednak w ogóle poruszam temat „1%-ówek”? Otóż większość spamu, który trafia do nas w związku z OPP, to treść charytatywna. Slogany tworzone przez Caritas, WOŚP, PAH i wiele innych chwytają co dzień za serce. Przeciętny człowiek jest współczujący i jako tako empatyczny, co wynikać może z tego, że darwinizm społeczny uprzywilejował zbiorowości, których członkowie pomagali sobie nawzajem. Człowiek chce więc pomóc, jak tylko może, tym bardziej że niewiele go ta pomoc w obecnej sytuacji kosztuje. Nie potrafiąc sobie jednak wyobrazić całości obrazu, zwykle marnuje 1%.

Czy dzieci chore na raka miałyby szansę być wyleczone z nowotworu, gdyby nie opracowanie radio- i chemioterapii? Czy sparaliżowani mogliby w miarę samodzielnie wyjechać na spacer do parku, gdyby nie wynalezienie wózka inwalidzkiego i windy? Czy śmiertelność wśród noworodków i ludzi nie byłaby wyższa, gdyby nie wynalezienie dostarczania bieżącej wody i środków higieny? Oczywiście nie.

Skąd więc wzięły się te wszystkie dobrodziejstwa, które tak ułatwiają nam życie, a przy okazji dają chorym dużo więcej niż wszystkie organizacje charytatywne razem wzięte. Wszystko dzięki ludziom, którzy swój własny kapitał i czas poświęcali na poszukiwanie zysku w postaci innowacji. Wynalezienie koła, silnika parowego i samochodu miało prosty cel – osiągnięcie większego zysku (np. ze sprzedaży nowego produktu, ze zwiększenia możliwości produkcyjnych w fabryce) lub obniżenia kosztów, co ostatecznie sprowadza się do większego zysku ekonomicznego.

Dziś jednak bardziej niż kiedykolwiek swobodnemu inwestowaniu stoi na przeszkodzie państwo. Przede wszystkim polski wynalazca-inwestor ma dziś za mało czasu i kapitału. Trudniej mu więc cokolwiek poświęcać. Zaczyna się od tego, że państwo zabiera mu olbrzymią część wypracowanych dóbr w postaci podatków. On, aby zwiększyć standard życia do poziomu, który normalnie wypracowywałby w 3 dni w tygodniu, musi pracować teraz dłużej. Poprawy zbyt wielkiej nie uzyskuje, bo od większej ilości wykonanej pracy ściągane są większe podatki. W ten sposób państwo kradnie wynalazcy-inwestorowi (tzn. każdemu z nas) zarówno czas, jak i kapitał.

Poza tym myślenie nad innowacjami mniej się dziś opłaca. Gdyby na przykład na polskim rynku medycznym panowała całkowita konkurencja, to wynalazca miałby szansę zorganizować licytację dla bardzo wielu podmiotów na rynku, dzięki której mógłby sprzedać swój produkt po maksymalnej cenie. Dziś mamy jednak do czynienia z quasi-monopolem państwa, a wynalazca w negocjacjach z tylko jednym lub co najwyżej kilkoma podmiotami nie może oczekiwać takiego zysku jak w poprzednim przypadku, więc nie wynajduje nic.

Można z tego rozumowania wyciągnąć dość prosty wniosek: w długim okresie państwo zabija i skazuje na niepełnosprawność wielkie rzesze swoich obywateli. Oczywiście problem dotyczy również innych niż medyczny rynków. Na przykład innowacyjne techniki nauczania spotykają się z dużo mniejszym popytem na rynku, bo część kapitału, który gospodarstwa domowe przeznaczyłyby na edukację, została już zabrana w postaci podatku finansującego quasi-monopol państwa na nauczanie.

Każdy, komu zależy na zdrowiu chorych dzieci z plakatów organizacji charytatywnych, powinien przede wszystkim żądać, aby podmioty na rynku mogły nieskrępowanie inwestować swój czas i kapitał w innowacje, które mogłyby potem zostać wykorzystane na nieograniczanych przez państwo rynkach. Powinien żądać wolności. Dopóki jednak będzie sam, niczego nie zdziała, dlatego należy się organizować i wspierać już zorganizowanych. Na przykład promując „1%-ówkę” pro-wolnościową. Pomagając takim organizacjom rozwijać skrzydła, ma się szansę na uświadomienie większej liczby ludzi co do fatalnej roli państwa w całym charytatywnym układzie. Takie działania mogłyby znacznie przyspieszyć powstanie na przykład: leku na AIDS, mniej drastycznej metody leczenia nowotworów, sposobu na przywrócenie sprawności sparaliżowanym. Z punktu widzenia chorych dzieci taka „1%-ówka” jest dużo bardziej pożyteczna, a na wolności skorzystają całe społeczeństwa.

PS. Spam OPP opisany w pierwszym akapicie udowadnia ponadto, że na przykład po likwidacji ZUS mało kto obszedłby się bez wolnorynkowego pakietu emerytalnego, bo całe społeczeństwo zostałoby po prostu zalane ofertami z plakatów i od doradców, którzy chodziliby od drzwi do drzwi. Podobnie było z resztą po wprowadzeniu OFE.