Dom zły

Zwolennicy o. Rydzyka łkają za sprawiedliwym państwem i wolnościami dla katolików, zarazem przeciętny ateista czuje się zaszczuwany przez wyznaniowe państwo. Związkowcy stękają, że nikt ich nie słucha, pracodawcy pomstują na restrykcyjny kodeks pracy. Konserwatyści pieklą się na homoseksualną propagandę, a ruchy LGBT na wylęgarnię homofobii w polskim poletku. Każdy pretenduje do roli opozycji. Czy to normalne?

Lewica uważa, że Polska to chory organizm, bo wprowadziła kapitalizm, wedle prawicy zaś ta sama Polska straciła już swoją szansę, bo właśnie na kapitalizm się nie zdecydowała. Zatem jedni uskarżają się na neoliberalny kociokwik, drudzy – na rozdmuchany etatyzm. Jedni chcieliby więcej socjalu, drudzy dopominają się jego cięcia, co – zdaniem tych pierwszych i tylko pierwszych – obecnie postępuje. Bo lewica uważa, że wszystko stało się już prawicowe, prawica zaś odwrotnie – że państwo, media uległy socjalliberalnej estymie. Prawica widzi w „Krytyce Politycznej” rząd dusz, ci zaś odżegnują się od roli takiego autorytetu. Powinno to być zaskakujące. A nie jest.

Niech to będzie przyczynek – bycie w opozycji wciąż cieszy się w Polsce przywilejem moralnego pierwszeństwa. To takie kontrolowane szaleństwo, wygoda w – ogólnie rzecz biorąc – niewygodzie. Skoro są poddani, powinien być i władca, tymczasem mamy mentalne bezkrólewie. PO sprawia wrażenie z lekka przygłuszonej, jakby nie towarzyszył jej blichtr rządzenia – tu i ówdzie chętniej zajmuje się opozycją, choć w biurokratycznym organizmie tej opozycji jest przecież mniej, a nie więcej. Prorządowi dziennikarze też tkwią w defensywie, jakby nie byli do końca przekonani, dlaczego są prorządowi. 

Jest tak – przywykliśmy do bycia w opozycji. To zabory, to pierwsza wojna, zaraz druga i peerel. W ’39 roku Londyn i Paryż nie chcą umierać za Gdańsk, więc nie mamy koalicjantów, nie jesteśmy z aliantami, jesteśmy przeciw Niemcom i Sowietom. Lubimy być w opozycji, bo jakoś nam przychodzi radzić sobie z presją, bo umiemy kombinować, omijać prawo, ośmieszać nie-naszą rzeczywistości, wytykać jej absurdy. Ciężej nam budować już swoją własną.

Bycie pod presją pozwala wiele usprawiedliwiać. Rafał Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein tylko wzruszali ramionami na tzw. obrońców krzyża, bo przecież wszystko to tylko reakcje. Tomasz Lis podobnie tłumaczy niefortunną okładkę z Antonim Macierewiczem – to tylko odpowiedź, w końcu jest Nastrój całego narodu uzależniony od fobii i odjazdów jednego człowieka. Tyle że gdy jedni odpowiadają na fantazmaty, drudzy rewanżują się za arogancję i butę. Kontratak na Lisa następuje z portalu braci Karnowskich, którego autorzy prześcigają się w rewelacjach o renesansie przemysłu pogardy. Autor tego terminu, Piotr Zaremba, zwykł zresztą uderzać w złowieszcze tony, chociażby tak pogardzane seriale (M jak miłość ogląda ponad 7 milionów Polaków) to częsty gość jego kulturalnej rubryki w „Uważam Rze” (tygodnik autorów NIEPOKORNYCH).

Wreszcie – chyba najważniejsze – uwiera nam rola zwycięzcy. Chętniej przystajemy na piękne porażki, wyczekując pochwały naszej krzepy na te wszystkie przeciwności, z jaką my – uciskana mniejszość – musimy siłować się każdego dnia. Zdaje się, polska to jest specjalność: dziwny mariaż poczucia wyższości z poczuciem niższości. Niby jesteśmy lepsi, ale jednak przegrywamy. Mamy rację, ale dzieje nam się krzywda (bo mamy rację). A może jednak jesteśmy indywidualistami i bardziej zważamy na to, co moje, niż nasze

Źle się dzieje w kraju, w którym każdy narzeka na prawo, podczas gdy jedna kadencja parlamentu uchwala prawie tysiąc ustaw. Nie jest dobrze, jeśli połowa obywateli nie widzi odbicia swoich przekonań w poczynaniach klasy politycznej, choć prawie każdego roku odbywają się kolejne wybory.

 Trujemy się jadem, i to w – podobno – chrześcijańskim kraju. Chyba rację miał Spencer – człowiek może być chrześcijaninem najwyżej w jednej siódmej, w pozostałej części zmagają go pogańskie przyzwyczajenia. Bo może i w niedzielę pójdzie do Kościoła, przebrnie bezmyślnie przez jego rytuał, ale pozostałe sześć dni w tygodniu zajmie go ziemski padół obliczony na Weberowską etykę przekonań. To wokół nich będzie budował codzienny mistycyzm – swoje sacrum i swoje profanum. Nie wierzymy już w naprawę tego świata, ale ciągle on nas fascynuje.