Dyskryminacja kobiet na rynku pracy a uwarunkowania biologiczno-środowiskowe

Dyskryminacja kobiet na rynku pracy od dawna jest już przedmiotem badań naukowców oraz obiektem zainteresowania zarówno medialnego, jak i politycznego w większości krajów Europy, w tym i w Polsce. Od czasu do czasu temat jest odkurzany przez media, głównie za sprawą działalności środowisk feministycznych, ale i przy okazji kolejnych badań statystycznych na ten temat, co rodzi falę interpretacji wychodzących najczęściej i reprezentujących jedną ze stron sporu o dyskryminację. Warto by się jednak przyjrzeć, jakie są realne przesłanki braku równouprawnienia płci na rynku pracy w Polsce, jeśli takowe istnieją.

Chodzi tu głównie o różnice wynikające z uwarunkowań biologicznych i środowiskowych między kobietami i mężczyznami i ich wpływ na wybór ścieżki zawodowej przez przedstawicieli danej płci. Aby móc to jednoznacznie stwierdzić, należy się posłużyć danymi statystycznymi dotyczącymi preferencji zawodowych kobiet, a także badaniami nad różnicami między umysłowością kobiet a mężczyzn, zwłaszcza jeśli chodzi o preferencje typu pracy.

Wielokrotnie przeprowadzane badania wykazały istotne różnice w myśleniu kobiet i mężczyzn. Jak można było przepuszczać, okazało się, że podstawą tego rozróżnienia jest gospodarka hormonalna, a zwłaszcza męskie hormony, czyli tak zwane androgeny. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii pokazały, że kobiety narażone w życiu płodowym na działanie większej dawki androgenów, związanych z wrodzonym przerostem nadnerczy, przejawiały zainteresowania bardziej zbliżone do męskich niż osoby niechorujące na to schorzenie. Potwierdzono także fakt, że mężczyźni są bardziej nastawieni na obiekty oraz rozwiązywanie związanych z nimi problemów, kobiety natomiast lepiej radzą sobie w kontaktach z ludźmi i relacjami interpersonalnymi, co zawdzięczają zdolności trafniejszego odczytywania emocji z wyrazu twarzy. Również wspólne badania Uniwersytetów Cambridge i Utrechtu pokazały, że kobiety o sztucznie podwyższonym poziomie testosteronu tracą cechy właściwe dla kobiecego myślenia, a zaczynają nabierać cech męskich również w zakresie umysłowości.

Odwzorowanie wyników powyższych badań znajdujemy w pewnej mierze w preferencjach zawodowych kobiet i ich liczebności w zależności od kategoryzacji według nich na zawód męski i żeński. Większość kobiet jako zawody typowo kobiece lub takie, w których chciałyby same pracować bądź chciałyby, żeby pracowały ich dzieci, wskazały: zawód psychologa, socjologa, pedagoga, nauczyciela, lekarza pediatry, księgowego, sprzedawcy, sekretarki, pielęgniarki, czy pracę w sektorze turystyki, zasobów ludzkich czy szeroko pojętych finansów. Wspólnym mianownikiem wszystkich wyżej wymienionych zawodów zdają się być dwie cechy uznane za typowo kobiece z biologicznego punktu widzenia, czyli empatia i sprawność w komunikacji międzyludzkiej oraz precyzja i dbałość o szczegóły. Jednocześnie kobiety wskazują na zawody typowo męskie, takie jak: inżynier, polityk, reżyser, prezes, naukowiec, wykładowca, czy ogólnie rzecz ujmując, służby mundurowe. Faktycznie też możemy zaobserwować taki podział na podstawie liczby kobiet w danych zawodach. Zdecydowanie najbardziej sfeminizowanymi spośród nich są: edukacja, pomoc społeczna i opieka zdrowotna, w których blisko 80 proc. pracowników to kobiety, a także zawody określane mianem „różowych kołnierzyków”: kelnerki, pokojówki, nianie, bibliotekarki, kosmetyczki, fryzjerki czy sekretarki, a więc pracownicy administracyjno-biurowi, usług osobistych oraz sprzedawcy, gdzie stopień sfeminizowania sięga 60 proc. Dla porównania, kobiety w zawodach uznanych przez nie za typowo męskie stanowią zdecydowaną mniejszość, jest to tylko kilka procent wśród wojskowych czy chirurgów, kilkanaście wśród policjantów, służby więziennej czy osób zasiadających we władzach spółek giełdowych czy radach nadzorczych firm, 37 proc. zaś wśród menadżerów, wyższych urzędników państwowych czy właścicieli firm.

Jakie jednak jeszcze czynniki wpływają na rozróżnienie na zawody typowo kobiece i typowo męskie, oprócz wymienionych powyżej. Z pewnością można zauważyć, że wśród Polek panuje przekonanie, iż praca jest czymś dodatkowym do ich roli społecznej, a to na mężczyźnie spoczywa obowiązek utrzymania rodziny. Blisko połowa z nich, a spośród mieszkanek wsi prawie 60 proc., deklaruje gotowość odejścia z pracy, gdyby ich partner zarabiał na tyle dużo, aby mogli utrzymać dotychczasowy status materialny, prawie 80 proc. natomiast nie zgodziłoby się na to, żeby to ich partner zrezygnował z pracy w odwrotnej sytuacji. Wynikać to może także z faktu, iż kobiety tradycyjnie posiadają niejako podwójne zatrudnienie, poświęcając prawie że dwa razy tyle czasu co mężczyźni na prace domowe, dla porównania 20 godzin tygodniowo kobiet do 12 mężczyzn. Jednocześnie mężczyźni spędzają w pracy średnio o pięć godzin tygodniowo więcej w stosunku do kobiet, średnio około 42 godzin. Jednak po zsumowaniu czasu poświęconego na pracę zawodową i domową wychodzi, iż kobiety poświęcają więcej czasu na pracę niż mężczyźni o cztery godziny, stosunek 57 godz./tyg. do 53. Uregulowania prawne obowiązujące w Polsce również zdają się w pewnym stopniu wpływać na kształt rynku pracy. Kobiety, które zostały w sposób obligatoryjny wyposażone w pewne specyficzne dla nich ochrony i które w sposób częstszy wykorzystują regulacje chroniące wszystkich pracowników w relacjach z pracodawcami, stają się mniej konkurencyjne na rynku pracy. Mowa tu oczywiście o wcześniejszym wieku emerytalnym, częstszym wykorzystywaniu zwolnień lekarskich czy dłuższym urlopie wychowawczym, który może trwać prawie rok, podczas którego nie można zwolnić pracownicy, czy obostrzeniu co do wielkości ciężarów, które kobieta może nosić w pracy, a które eliminują je z niektórych zawodów, jak na przykład ratownik medyczny. Choć oczywiście nie można zapominać o specyficznej budowie fizycznej każdej z płci i koniecznej wyjątkowej ochronie kobiet ze względu na rolę macierzyńską, chodzi tu jednak o liberalizację rynku pracy. Faktem nie bez znaczenia dla pozycji kobiet na rynku pracy jest także ich większa niechęć do migracji. Na tle powyższych obserwacji tradycyjnego pojmowania modelu rodziny możemy także wysnuć wniosek o związku między trudną sytuacją mieszkaniową i problemem braku ośrodków przedszkolnych oraz żłobków a upośledzeniem pozycji kobiet na rynku pracy, gdyż to na kobiecie w tym wypadku spada obowiązek opiekowania się dziećmi, a w sytuacji braku możliwości oddania ich pod opiekę na czas pracy to kobieta najczęściej podejmie decyzje o rezygnacji z zatrudnienia, na co oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, iż w przeważającej większości i tak jej wynagrodzenie jest lub byłoby niższe niż partnera. Kobiety w Polsce średnio zarabiają o 1000 zł mniej niż mężczyźni, ich pensja jest przeważnie o 1/3 mniejsza, co w porównaniu ze średnią niższych zarobków kobiet w UE, wynoszącą 17 proc., plasuje nas na ostatnim miejscu z ogromną różnicą do czołujących Włoch, gdzie ten współczynnik wynosi zaledwie pięć proc. Należy jednak uwzględnić fakt, że kobiety najczęściej zajmują stanowiska gorzej płatne, zwłaszcza w sektorach mocno sfeminizowanych, o których była już mowa powyżej. Nie bez znaczenia jednak jest fakt, że również na równorzędnych stanowiskach panie są niedowartościowane, zarabiając przeciętnie mniej niż panowie, czego przykładem niech będzie stanowisko kierownicze z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak, z którego wynika, że kobieta na tym samym stanowisku i o takim samym wykształceniu (wyższym magisterskim) zarobi tylko 4180 zł brutto w porównaniu do mężczyzny, który zarobi 6500, co z trudem dałoby się w skali globalnej wytłumaczyć niższymi kompetencjami. Nie zawsze jednak kobiety są skazane na niskie zarobki, przykładem niech będą dwa silnie sfeminizowane zawody, jak księgowe czy zawody prawnicze, w tym sędziowie, w których odsetek płci pięknej dominuje w stosunku 60 do 40 proc., a co można w pewnym stopniu tłumaczyć odmaskulinizowaniem zawodu prawnika w świadomości Polek, o czym była mowa wcześniej.

Nie ulega wątpliwości, że istnieją obiektywne różnice w uwarunkowaniu biologicznym między kobietami a mężczyznami, a także to, że w istotnym stopniu środowiskowe różnice z nich wynikają. Tak jak to ma miejsce w przypadku różnic w nastawieniu na zainteresowania wśród przedstawicieli obu płci czy wręcz roli obu stron w procesie rozrodczym, co wymusza rozróżnienie w strukturze pracowników i z pewnością w jakimś stopniu podziale na specyficzne dla danej płci role społeczne. Jednakże pewien odsetek kobiet wśród pracowników zawodów typowo męskich, a także wyniki przytoczonych badań pozwalają założyć, że istnieją kobiety równie dobrze predysponowane do nich co mężczyźni, a w świetle powyższych danych można zauważyć, że nie zawsze ich płace są adekwatne do ich kompetencji, co staje się objawem dyskryminacji. Pytanie co do tego, czy to dobrze, że kobiety zajmują typowo męskie stanowiska, oraz czy powinniśmy dążyć w tym kierunku, zdaję się bez odpowiedzi, gdyż z jednej strony oznacza to stopniowy zanik tradycyjnego modelu rodziny i istotne odejście od ugruntowanego podziału prac, a skutki są trudne do oszacowaniu, a z drugiej – być może skazywanie własnego kraju na stagnację i nieprzystosowanie do nowoczesnego światowego rynku, gdzie różnice wynikające z płci na danym stanowisku będą atutem, a nie wadą. Jedno jest pewne, kryterium wynagradzania powinna być nie płeć, a kompetencje i efektywność pracy, a jeśli jeszcze w dodatku o zatrudnieniu będzie decydował niezakłócony wolny rynek pracowników, możemy być spokojni, że dyskryminacja nam nie grozi.