Dorastanie do demokracji

Polscy wyznawcy demokracji mają w zwyczaju mówić o dorastaniu do demokracji. Przyrównuje się tu kraje zachodnie, gdzie jest pięknie i wspaniale, ponieważ tam system ten panuje od dziesiątek czy setek lat, natomiast u nas jedynie ok. 20 lat. Na Zachodzie demokracja miała okazję się ukształtować, a u nas wszystkiemu winni są ludzie, którzy po prostu nie dorastają do pięt wspaniałemu parlamentaryzmowi.

W tym momencie wychodzi na jaw pewien polityczny romantyzm demokratów. Okazuje się, że nie chodzi o to, żeby państwo funkcjonowało właściwie, żeby ludzie mogli żyć w przyzwoitych warunkach. Chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby istniała (czy może lepiej: wegetowała) demokracja, bo wtedy powstanie raj na ziemi, nawet gdy nikt inny nie będzie w stanie go dostrzec. W budowaniu tego raju nie przeszkadzają ewidentne wady systemu, bo według jego zwolenników demokracja wad nie ma. Te wady mają ludzie, którzy oddają głosy w wyborach.

 Tak więc występowanie opinii w stylu „demokracja jest dobra, tylko ludzie źle wybierają” nie powinno dziwić, choć osobę, która po raz pierwszy rozpoczyna taką dyskusję, muszą niewątpliwie wprawiać w osłupienie. Jeśli podstawa demokracji nie działa, to jak można mówić, że system zły nie jest?

 Bazując na gruncie polskim, jako najlepiej nam znanym, mówimy o systemie, który w całości opiera się na kłamstwie. Kandydat kłamie podczas kampanii wyborczej, wyborca wybiera z pełną świadomością tego faktu, w wyniku czego rządy sprawuje osoba, która w praktyce nie ma żadnego zaufania. Demokracja sama w sobie prowadzi do destrukcji autorytetu państwa. Wprowadza zbyt daleko idącą swobodę, zarówno w propagandzie, wmawiając ludowi jego doniosłą rolę w kształtowaniu przyszłości swego kraju, jak i w praktyce, umożliwiając w imię pluralizmu organizowanie strajków czy demonstracji godzących w dobre obyczaje, porządek czy też powagę państwa.

 Historia uczy, że dawni monarchowie niekoniecznie byli ideałami urody swoich (czy jakichkolwiek innych) czasów, często jednak potrafili dobrze rządzić swoim państwem. Obecnie jednak o wiele bardziej istotne jest to, czy aby polityk nie ma czasem krzywego zęba, bo to grozi kompromitacją na skalę wszechświata. Nie jest istotne, co pan X ma do powiedzenia, tylko jak się prezentuje przed kamerami. Tym bardziej że większość i tak nie ma pojęcia, o czym pan X właśnie mówi w debacie przedwyborczej.

 W momencie, gdy dawne systemy plemienne przeradzały się w monarchię, ludzie byli przynajmniej o tyle mądrzejsi, że do władzy dopuszczali tych silniejszych, wiedząc, że będą oni w stanie ich chronić. Kiedy wiele pokoleń później istniał ukształtowany system, który zapewniał porządek i stabilność, ludzie doszli do wniosku, że jednak oni wiedzą lepiej, jak rządzić państwem, i postanowili wrócić do poziomu państw plemiennych. Nie uwzględnili jednak faktu, że te małe państewka liczą sobie obecnie setki tysięcy kilometrów kwadratowych, a te małe społeczności składają się z milionów ludzi.

 Gdyby obecnie istniejące państwa podzielić na mniejsze, rozmiarów gminy czy powiatu – wtedy demokracja nie byłaby złym wyjściem (oczywiście, uwzględniając utopijne wizje o światowym pokoju). Jednak obecnie niezbędna jest silna władza centralna, która nie jest zależna od głupoty tłumu, nie musi się podlizywać żadnemu wyborcy. Elementy demokratyczne można, a być może nawet należy, wprowadzać na szczeblu samorządów, gdzie ludzie faktycznie mogą mieć jakieś rozeznanie o sprawach, w których zabierają głos. Bo nie ma co się oszukiwać – prawie nikt z nas nie zna sytuacji państwa dobrze na tyle, by zdecydować, w jaki sposób nim pokierować. Kiedy suweren wybiera sobie doradców czy urzędników, powinien być w stanie dokonać świadomego wyboru. Szczerze wątpię, by naród takie wyboru dokonywał.