Erupcja patriotyzmu krótkoterminowego

Zabiałoczerwoniły się ulice i samochody. W hipermarketach mnóstwo biało-czerwonych gadżetów. Firmy, które nigdy nie promowały się w żaden sposób związany z polskością, urządzają konkursy, w których można wygrać czapeczki z orłem, szaliki w kolorach flagi, najróżniejsze gadżety kibicowsko-narodowe. W Lidlu widziałem fartuch do grilla w barwach narodowych. Ten fartuch powinien być chyba symbolem Polski tuskowskiej, grillującej i bawiącej się (na kredyt).

Ten wysyp narodowych symboli w przestrzeni publicznej z jednej strony cieszy. Flaga narodowa powinna być symbolem jak najbardziej powszechnym. Powinniśmy jak najczęściej podkreślać naszą przynależność narodową i państwową, w kontrze dla szerzonej w mediach maniery kosmopolitycznej. Z drugiej jednak strony nasza kochana władza patrzy na ten wizerunkowy, kibicowski i okazjonalny patriotyzm przychylnie. Flaga narodowa stała się powszechnym elementem ulicy (domyślam się, że ku zgrozie środowisk lewackich – i dobrze im tak). Jednocześnie jej symbolika jest zdecydowanie inna niż w pochodach pod Pałacem Prezydenckim czy w najróżniejszych przemarszach protestacyjnych. A jeśli przypomnimy sobie sceny z warszawskich ulic z 11 listopada ubiegłego roku, to tym bardziej musimy zdumieć się zmianą, jaka zaszła. Te barwy to wyraz poparcia dla władzy, wyraz uczestnictwa w igrzyskach piłkarskich, jakie nam urządziła. To sposób na bezpieczne wyładowanie emocji narodowych, w sposób kontrolowany, przewidywalny, nie przeciw władzy, ale raczej za – a przynajmniej tak pokażą to przekaźniki.

Walka z kibicami, chęć poskromienia ich jest elementem szerszej strategii wykorzystania sportu jako bezpiecznego sposobu wyładowania emocji wspólnotowych. Emocje te mają odnosić się do sportu, a nie do walki o podmiotowość polityczną. Oczywiście jedno z drugim nie raz idzie w parze, co wiadomo choćby z historii Bizancjum. Najbardziej znany przykład to powstanie „Nika”, opisane malowniczo przez Roberta Gravesa w powieści Belizariusz (gorąco polecam!). Już wtedy zjednoczone kluby stadionowe były wielką siłą, a wtedy zatrzęsły podstawami cesarskiej władzy.

W tym całym niby-cywilizowaniu piłki nożnej chodzi o to, by przestała integrować polskich oburzonych czy niezadowolonych, wywieszających na stadionach antyrządowe hasła, i żeby stadiony zaczęły być miejscem, gdzie klasa średnia wyładowuje swoje patriotyczne emocje, by po powrocie do „normalnego” świata znów kierować się pojęciami europejskimi i kosmopolitycznymi. W rachubach tych problemem jest to, że polska klasa średnia jest w powijakach. W dodatku budowa stadionów i dróg na Mistrzostwa Europy, zamiast być kołem napędowym polskich firm, spowodowała bankructwa, zatory płatnicze i protesty ordynarnie oszukanych podwykonawców. Klasa średnia – zamiast zarobić, umocnić się, wzrosnąć – została uszczuplona, budowano po prostu jej kosztem. Kto więc będzie tym wymarzonym przez oficjalne media, spokojnym, europejskim, tolerancyjnym kibicem, który pomaluje sobie na mecz twarz na biało-czerwono, ale następnego dnia farbę zmyje i barwy te będą dla niego tym samym, co strój górala na zabawie karnawałowej? Chyba państwowi urzędnicy? To oni są właściwą klasą polityczną w państwie Platformy Obywatelskiej, im włos z głowy spaść nie może. Ten żelazny elektorat PO, właściwe polskie mieszczaństwo, niestety nie dorobione własną pracą, tylko umocowaniem się w układzie powszechnego wyzysku. Tylko czy oni naprawdę chcą iść na stadiony? Czy chcą kibicować drużynie narodu, którym najpewniej pogardzają?

Przy tym wszystkim wyznaję, że mi powszechność barw narodowych na ulicach się podoba. Wywieszenie flagi narodowej przez lata po obaleniu komunizmu stało się czymś zupełnie normalnym. Średnia statystyczna przesuwa się w kierunku normalnienia i powszechnienia odruchów patriotycznych. I bardzo dobrze, tak powinno być. Biało-czerwona flaga i orzeł zdobywają kolejne przyczółki w przestrzeni publicznej. Trzeba też przyjąć do wiadomości, że niektórzy o Polsce myślą na co dzień, a niektórzy od święta. Jednak wyprodukowanych i kupionych „od święta” gadżetów nie da się już schować. Kupione czapki czy plecaki z flagą i orłem będą używane, będą współtworzyć krajobraz polskich miast i wsi. Nie da się ich po mistrzostwach zebrać i schować do kolejnej imprezy. A więc per saldo – dobra nasza!