Ostatni wywiad z Mozartem

Od kilkunastu lat niecierpliwie czekałam na ten moment, kiedy uda nam się porozmawiać. Do tej pory znany i ceniony na całym świecie autor niebanalnych oper unikał wywiadów jak ognia. Amadeusz Mozart ceni sobie prywatność, dlatego jak podają pewne źródła, pisząc do swoich znajomych, milczy w wielu sprawach prywatnych i nie pisze dużo o sobie.

Mozart po licznych prośbach zgodził się uchylić rąbka tajemnicy ze swego prywatnego życia i podzielić się z nami tym, do czego nie udało się dotrzeć niejednemu oddanemu fanowi. Kiedy artysta zgodzi się udzielić wywiadu, często zastrzega sobie prawo do zmiany swojej wypowiedzi, aby ogólny odbiór wywiadu był zawsze pozytywny i przypadkiem nie zadziałał szkodliwie na reputację artysty. Pan Mozart poprosił mnie jednak, abym nie przestawiała nawet przecinka.

Monika Kuś: Nazwisko Mozart kojarzy się ludziom głównie z „cudownym dzieckiem”, którym Pan bez wątpienia był. Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo ?

Wolfgang Amadeusz Mozart: Moje wczesne dzieciństwo było przeciętne. W zasadzie do trzeciego roku życia byłem normalnym, zwykłym dzieckiem. Zużywałem przeciętnej jakości pampersy, piłem bobofruty, ssałem smoczek i dużo płakałem. Nie pamiętam, jakim cudem w wieku czterech lat dorwałem się do klawesynu, ale pamiętam, że wtedy wszystkim opadły szczęki. Mój ojciec był wręcz zachwycony, a muszę przyznać, że Leopolda Mozarta bardzo trudno było zaskoczyć, a co dopiero zadowolić! Zachwycony ojciec czym prędzej postanowił udzielać mi lekcji gry, abym mógł szlifować swój talent muzyczny.

Na pewno jesteś mu bardzo wdzięczny, że postanowił pokierować dalej Twoją karierą.

Czy ja wiem? W zasadzie trudno mi jest to ocenić. Gdybym wiedział wcześniej, jak wielkie znaczenie dla moich dalszych losów będzie miał tamten pamiętny wieczór, na pewno zastanowiłbym się porządnie kilka razy, zanim podbiegłbym do instrumentu. Z jednej strony to wspaniale być rozchwytywaną gwiazdą, z drugiej strony jednak jest mi ciężko. W wieku pięciu lat, zamiast bawić się w piaskownicy z przyjaciółmi, dzielnie pisałem swój pierwszy utwór „Andante C-dur KV 1a”. Do tego zamiast szlifować celność strzelania z procy, odbywałem tournee po miastach Austrii i Niemiec, byłem także w Paryżu, Londynie i Hadze. Odwiedziłem najznakomitsze arystokratyczne dwory. Występowałem niezliczoną ilość razy dla przywódców największych krajów i obcowałem z największymi tego świata.

Jestem przekonana, że jest jednak coś, co wspominasz ciepło z tamtych lat.

Zawsze na moich ustach pojawia się uśmiech, kiedy przypominam sobie, jaką wraz z moją siostrą byliśmy atrakcją, gdy graliśmy na cztery ręce, z oczami zasłoniętymi czarną chustką. Była to dla mnie bez wątpienia świetna zabawa! Ostatnio również moja bliska znajoma – Maria Antonia przypomniała mi, jak szalałem za nią z miłości i jak to pierwszy raz dostałem od niej – ukochanej dziewczyny kosza. Miałem wtedy siedem lat i było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Pozbierałem się już na szczęście z tej nieszczęśliwej miłości i jakoś sobie radzę w życiu.

A czy już znalazłeś swoją wybrankę serca?

Ma na imię Konstancja, ma przepiękne czarne włosy i zachwyciła mnie swoim śpiewem…

W takim razie Konstancja musiała przeżyć nie lada szok, kiedy świat obeszła głośna plotka o Pana wypadku?

Tak myślałem, że poruszy Pani ten temat… Opowiem może całą historię… Pewnego popołudnia, kiedy wybierałem się na próbę orkiestry przed premierą, tak jak zwykle, punktualnie o 18 podjechał po mnie zamówiony wcześniej dyliżans. Bryczka jechała przez ciemne, nieoświetlone pole, kiedy nagle nieuważny woźnica cisnął za mocno batem lewego konia, po czym ten niespodziewanie pociągnął na lewą stronę całą bryczkę, która wpadła w pancerne krzaki, a to niestety spowodowało całkowitą destrukcję mojej bryczki! Woźnica wraz z końmi zmarł na miejscu.

To niewiarygodne! To ogromny cud, że jest Pan tu dziś z nami! Proszę mi powiedzieć, jak udało się Panu przeżyć tak ciężki wypadek?

Miałem ogromne szczęście. Po prostu nie wsiadłem. Mimo że jestem mężczyzną, mam kobiecą intuicję. Tamtego popołudnia coś w mojej głowie powiedziało mi: „nie wsiadaj tam, Wolfgangu”. Zresztą na początku, kiedy wsiadłem do pojazdu, aby poinformować woźnicę o mojej nieobecności, coś było pod jego siedzeniem! Myślę, że to mógł być lont. Moje nie lada wrażliwe ucho wychwyciło cichy syk, a wrażliwy nos wyczuł dziwny zapach prochu. Zaufałem sobie. Zresztą ufam sobie na co dzień i wiem, że sami jesteśmy kowalami swojego losu. Szkoda jednak woźnicy. Lubiłem go. Był twardą sztuką.

Czy to mógł być zamach na Pańskie życie?

Pojawiały się różne teorie, powoływane były też komisje. Z racji tego, że nie działo się to na terytorium mojej ojczyzny, śledztwo przejęło obce państwo. Od razu wykluczono zamach. Skoro tak mówią, to musi być prawda. Choć trudno mi uwierzyć po prostu na słowo. Przecież oni nie mieli żadnych dowodów, a zamach wykluczyli prawie od razu! Myślę, że to może mieć związek z pewną Hrabiną… Zresztą mówiła mi, że niedługo dostarczy mi pół kilo przesyłki. Nie wiedziałem, że będzie to bomba!

Chciałabym zapytać, co najbardziej denerwuje Pana w codziennym życiu?

Teraz dojrzałem. Jestem spokojnym i opanowanym człowiekiem. Stałem się mniej porywczy. W zasadzie to od momentu, kiedy zmieniłem swoje imiona. Zostałem ochrzczony zaraz po moich narodzinach w Salzburskiej katedrze jako Johannes Chrysostomus Wolfgangus Theophilus Mozart. Większość moich znajomych twierdzi, że fajnie jest mieć tyle imion, bo można wybrać sobie to, które najbardziej się podoba, i jego używać. Oficjalnie już nazywam się Wolfgang Amadeusz Mozart.

Skąd czerpie Pan inspiracje do swoich dzieł?

Zazwyczaj siadam przed pustą kartką i zaczynam rysować pięciolinię. Wtedy różne melodie zaczynają chodzić mi po głowie. Tylko niektóre ją opuszczają. Staram się, aby moja muzyka była prosta, lekka i zabawna. Muzyka służy tylko i wyłącznie do uprzyjemniania nam czasu. Powinna odciągać nas od codzienności.

Jak Pan sądzi, którą płeć częściej Pan przyciąga?

Nie mam zielonego pojęcia! Jednak ja zdecydowanie bardziej wolę, kiedy to kobiety rzucają mi się na szyję. Chociaż słodkie jest, jak mężczyźni wyznają mi miłość. Konstancji nie zawsze przypada to do gustu, ale już się przyzwyczaiła. Musiała.

Ostatnie pytanie. Jak ocenia Pan swoją osobę?

 Hm… Trudne pytanie. Do tej pory bardzo ciężko było mi wytrzymać samemu ze sobą! Przede wszystkim denerwowałem sam siebie! Głównie tą swoją wieczną zabawą, winem, kobietami i śpiewem! Teraz bardziej się opanowałem, bo przecież można się bawić bez alkoholu! Podobno… Tak mówią. Zresztą… Nie ma więcej pytań?

 

Rozmawiała: Monika Kuś