W obronie Pana Leona: apologia tradycji romantycznej w polskiej polityce, cz.1.

W Dodatku Specjalnym „Siła romantyzmu” do ostatniego numeru „Uważam Rze” z 23 kwietnia br. oprócz fragmentu najnowszej książki Jarosława Marka Rymkiewicza „Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze” czytelnik znajdzie również ciekawą dyskusję pomiędzy Maciejem Pawlickim, a Piotrem Skwiecińskim: „Czy tradycja romantyczna dodaje Polsce sił?”. W artykule „Ofiary Pana Leona” Piotr Skwieciński postanawia „odważnie” zaatakować nazbyt żywe tendencje romantyczne w polskiej polityce i historii. Swoje stanowisi podsumowuje tak :„Romantyzm w sensie kulturowym dał nam wiele dobrego. Romantyzm w sensie politycznym prawie nas nie zlikwidował. Naprawdę trudno mi zrozumieć, jak wyrwawszy spod łopaty XIX wiecznych imperiów i XX wiecznych totalitaryzmów, potomkowie cudem ocalonych mogą nucić pod nosem melodię szczurołapa, która niemal nie zaprowadziła nas do grobu.”. Ponieważ odniosłem wrażenie, że w umieszczonym wcześniej artykule ‘My z synowcem na czele” Maciej Pawlicki, cytujący z dostrzegalnym zafascynowaniem Andrzeja Horubałę, bardziej wpisuje się pośrednio w przytoczoną powyżej tezę, niż z nią polemizuje, postanowiłem wystąpić w obronie biednego Pana Leona i całej tradycji romantycznej, którą we wspomnianym artykule symbolizuje.

Tryumf  pozytywizmu:

Wbrew wstępnemu twierdzeniu krytykowanie polskiego romantyzmu, nawet tylko tego politycznego nie jest zajęciem ani diablo trudnym, ani niebezpiecznym. Krytyka romantyzmu wpisana jest w szerszą narrację nie tylko lewicowych, lecz również wielu prawicowych nurtów, odwołujących się do pojęcia polityki realnej np. obozu narodowego czy konserwatystów krakowskich „Stańczyków” oraz ich intelektualnych spadkobierców. Co więcej, odnoszę wrażenie, że romantyzm polityczny nie tylko  poddawany jest ze wszystkich stron nieustannej krytyce, lecz został już  przez najbardziej wpływowe środowiska „ex cathedra” potępiony, a przez niektórych nawet przebity osikowym kołkiem niczym polityczny upiór.  Szczególnie widoczne stało się to po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych
 w których  sukces odniósł projekt „modernistyczny” stojący w sprzeczności z tradycyjnym  patriotyzmem i wizją polskości, a symbolizowany przez wejście do sejmu formacji  Janusza Palikota.  Po przegranych wyborach różne środowiska prawicowe organizowały spotkania na których dyskutowano przyczyny porażki i możliwe metody przyszłego działania.  Na wszystkich dyskusjach
 w Warszawie na których byłem obecny odwoływano się  mniej lub bardziej otwarcie do historii XIX wieku,  ratunek upatrując w działaniach analogicznych do programu polskich pozytywistów
po powstaniu styczniowym, wskazując go czasem nawet bezpośrednio jako wzór do naśladowania. Postulowano zatem  w ogólności na konieczność ciężkiej pracy organizacyjnej przy budowie odpowiednich struktur i instytucji, pracy „u podstaw” przy promocji własnych poglądów wśród jak najszerszych kręgów społecznych, zdobywaniu sojuszników, przełamywaniu monopolu mediów etc, etc, ect…  Powoływano się równie często na wydarzenia polityczne na Węgrzech, które doprowadziły do oszałamiającego zwycięstwa Victora Orbana, a zwłaszcza na umiejętne wykorzystanie rodzących się ruchów społecznych.  

Analiza sytuacji powyborczej dokonywana była zatem przy użyciu kryteriów czysto materialistycznych
i utylitarnych. Swoją opinię o błędach tego podejścia rozwinę później, teraz pragnę przede wszystkim zwrócić uwagę, że myślenie  i podejście większości komentatorów i Publicystów jest na wskroś pozytywistyczne, tak samo jak ich recepty.  Dominują podobne nastroje jak po powstaniu styczniowym. Oczywiście konkretne rozwiązania są odmienne ze względu ogromy przedział czasu
i ogólny postęp cywilizacyjny, ale motywacje i sposób myślenia jest ten sam. Nie może być mowy
o pracy u podstaw na wzór Stasi Bozowskiej, ale z tych samych względów ideowych podkreśla się konieczność modernizacji kraju i ogólnego unowocześnienia.  Pomimo odmiennej formy, analogie są wyraźne i oczywiste, że wystarczy przeczytać kilka aktualnych prasowych felietonów,  żeby się o tym przekonać. Co najważniejsze ta perspektywa historyczna oddziałuje na całość życia intelektualnego
 i wywiera wpływ również na bardziej „romantycznych” autorów, tak że dla przykładu prawie niemożliwe jest obecnie napisanie czegokolwiek o powstaniu styczniowym,  nie podkreślając przy tym jego bezsensu, ogromnych strat oraz popowstańczych represji.  Jest to o tyle ważne, gdyż zapomniano, iż w polskiej historii pozytywizm poniósł taką samą klęskę, jak powstania, które krytykował. W poczuciu rozczarowania pozytywistycznymi ideami i programami działania ukształtowała się około roku 1891 Młoda Polska nawiązująca do dziedzictwa romantyzmu. O tym
że ówczesne idee pracy organicznej czy pracy u podstaw były równie trudne do zrealizowania
w brutalnej zaborczej rzeczywistości jak romantyczne plany powstańcze przekonują się nawet uczniowie czytając powieści Stefana Żeromskiego, o jego najbardziej znanym opowiadaniu  „Siłaczka” nie wspominając. Zdaje się, że niestety obecnie pamięta się tylko o  „Rozdziobią nas kruki, wrony…”
i dlatego powtórnie zwycięża w Polsce pozytywizm. Trzeba o tym przypomnieć, żeby nie czekało nas kolejne  bolesne rozczarowanie.

Walcząc  z Chochołem

Jak zatem to charakterystyczne podejście przejawia się konkretnie w omawianym artykule? Jest jak najbardziej stereotypowe: przedstawia romantyzm i cała tradycję powstańczą jako pozbawione jakiegokolwiek sensu  szaleństwo, które było źródłem klęsk i cierpienia, a nie przyniosło żadnych wymiernych politycznych korzyści. Symbolem ma być Pan Leon – postać wykreowana w „Lalce” Bolesława Prusa, który w interpretacji Piotra Skwiecińskiego będąc rzekomo niezrównoważonych histerykiem wzywał młodych konspiratorów do samobójczego skoku na bruk, będącego metaforą całego powstania styczniowego.   Chociaż obraz ten trafia na podatny grunt i zyskuje coraz więcej zwolenników jest nieprawdziwy i świadczy nie o złej woli lecz o całkowitym niezrozumieniu polskiej historii XIX wieku.  Mamy tutaj do czynienia ze znanym środkiem erystycznym:  walce z chochołem, czyli samodzielnym stworzeniem sobie przeciwnika, którego bez problemów będzie można pokonać, karykaturalnym przerysowaniu jego poglądów, które później będzie się zwalczać.  Największym błędem podejścia pozytywistycznego jest właśnie krótkowzroczność,  poszukiwanie materialistycznych „konkretów”, istna dyktatura pragmatyzmu i  przymus  trzeźwej „racjonalności” przez które traci się ogląd spraw najważniejszych, choć trudnych i wymykających czysto ludzkiemu myśleniu. Do owej krótkowzroczności przyznaje się sam autor pisząc a propos powstania warszawskiego, że pośrednich i długofalowych skutków trudno dowieść, „natomiast skutki krótko i średnio terminowe są oczywiste”
i negatywne.  Złowrogie skutki takiego podejścia widział już Adam Mickiewicz, który swoje stanowisko najlepiej wyraził w redagowanym przez siebie „Pielgrzymie Polskim”:  [„O programie gazety w języku francuskim”], a  wyjaśniał i argumentował również w najlepiej znanym artykule: „O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”:

-„Zawsze byłem przekonania, że rozsądek bardzo potrzebny  w życiu prywatnym i na codzienne potrzeby wystarczający, niedołężny jest i zgubny, kiedy wyrokuje o środkach tyczących się sprawy narodów. Bo rozsądek liczy pożytki na miesiące i lata, a życie narodów obejmuje wieki.”

Będąc przekonanym o słuszności Poety postaram się w dalszym ciągu przytoczyć kilka dodatkowych argumentów, dostępnych dopiero z perspektywy czasu. Najpierw jednak musze  ostatecznie wyjaśnić dlaczego uważam przedstawiony obraz polskiego romantyzmu za nieprawdziwy, a co za tym idzie dostarczający fałszywych wniosków. Powoduje go przede wszystkim właśnie wspomniana przed chwilą krótkowzroczność, zaburzona perspektywa,  przemieniająca się chwilami w irytującą tendencyjność.  Widać ją już w interpretacji fragmentu „Lalki” przedstawiającym postać Pana Leona.  Głównym zarzutem wydaje się jego całkowite oderwanie od świata, irracjonalność, gloryfikacja wiary
 i uczyć, a bagatelizowanie czynów.   Nie zauważa wszakże, że Wokulskiemu, który usilnie starał się wówczas o przyjęcie na Uniwersytet Leon mówił: „Pracuj i wierz, bo silna wiara może zatrzymać słońce w biegu. – A może mnie wysłać do uniwersytetu? –Zapytał Stach. – Jestem Pewien – odparł Leon z zaiskrzonymi oczyma – że gdybyś miał taką wiarę jak pierwsi apostołowie jeszcze dziś znalazłbyś się na uniwersytecie.”. Nie chodzi mi nawet o to, że słowa Leona stanowią wyraźną aluzję do wydarzeń biblijnych,  zatrzymania słońca przez Jozuego oraz do słów Pana Jezusa z Ewangelii
św. Mateusza:

 „Bo zaprawdę powiadam Wam; Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: „Przesuń się stąd tam!” a przesunie się. I nic nie będzie dla was niemożliwego.”
Mt 17,20

Postawa Leona nie jest tak irracjonalna jak próbuje się ją przedstawiać, bowiem na początku mówi Wokulskiemu o potrzebie ciężkiej pracy, nawiązując oczywiście do powszechnie znanej benedyktyńskiej maksymy „Ora et Labora”. A jak wiemy z dalszych losów Stanisława Wokulskiego rzeczywiście dzięki determinacji udaje mu się dostać do Szkoły Głównej w Warszawie.  Na tym przykładzie ujawnia się właśnie jakiego mechanizmu używają przeciwnicy romantyzmu, żeby
go dyskredytować. Wybierają oni bowiem z każdego politycznego programu romantycznego zawartego przede wszystkim w utworach naszych wieszczy narodowych np. Kordianie, Dziadach
cz. III itd., te fragmenty, idee, czy  propozycje, które mogą wydawać się  kontrowersyjne, wariackie
 i szaleńcze, wyrywając je z kontekstu i dowolnie łącząc ze sobą. Co najważniejsze pomijany jest przy tym najistotniejszy aspekt: romantyczni poeci wprawdzie postulowali i przedstawiali na początku
w swoich utworach ambitne i wielkie programy, lecz czy to w dalszych fragmentach czy późniejszych utworach pokazywali również rzeczywiste próby wprowadzenia ich w czyn, najczęściej nieudane
i prowadzące do rozgoryczenia jak np. Juliusz Słowacki w „Kordianie”. O tym już się nie wspomina.  
Dla przykładu: Piotr Skwieciński napisał, że „ w polskiej rzeczywistości kulturowej mit ofiary wiąże się
z cierpiętnictwem. A na cierpiętnictwie nie sposób odnieść sukcesu państwowego […]. Jest to jedno
 z najbardziej rażących uproszczeń.

Moje twierdzenie o wybiórczym traktowaniu idei romantycznych najlepiej zilustruje fragment „Anhellego” Juliusza Słowackiego pokazujący, że romantycy znacznie różnili się miedzy sobą
w poglądach, a przy tym nigdy nie utracili trzeźwości myślenia czy oceny sytuacji:  

 

A oto wygnańcy owi w szopie śniegowéj, w niebytności Szamana kłócić się zaczęli pomiędzy sobą,
 i podzielili się na trzy gromady; a każda z nich myślała o zbawieniu ojczyzny!/Więc pierwsza na czele miała grafa Skir, który utrzymywał stronę tych, co się przebiorą w kontusze i nazywać się będą szlachtą, jakby z Lechem na nowo przybyli do kraju pustego./A druga miała na czele żołnierza chudego, imieniem Skartabellę, który chciał ziemię podzielić i ogłosić wolność chłopów, i równość szlachty z Żydami i z Cyganami./A trzecia na czele swoim miała księdza Bonifata, który chciał kraj zbawić modlitwą i na ocalenie kraju podawał sposób jedyny, iść i ginąć nie broniąc się,
 jak męczennicy./Te więc trzy gromady zaczęły być między sobą niezgodne w duchu, i kłócić się poczęły o zasady./Lecz nim przyszło do walki, a umysły już były rozgrzane, zgodzono się za poradą któregoś z tych, co był z trzeciej gromady, aby rzecz tę przez sąd Boga rozstrzygnąć./I rzekł do nich ów doradca: Oto postawmy trzy krzyże na naśladownictwo męki Pana naszego, i na tych trzech drzewach przybijmy po jednemu z najmocniejszych w każdej gromadzie rycerzy; a kto najdłużéj żyć będzie, przy tym zwycięstwie./A że umysły tych ludzi były jakoby w stanie pijanym, znaleźli się trzej rycerze, którzy za swoje przekonanie śmierć ponieść chcieli i być ukrzyżowanymi, jako `Chrystus Pan przed wiekami./Postawiono więc trzy krzyże z najwyższego, jakie było w tym kraju, drzewa, i wystąpili trzej męczennicy po jednemu z każdej gromady; wszakże nie wybrani losem, lecz z własnej woli. Nie byli to gromad wodzowie, lecz jedni z najmniejszych./Kiedy więc cieśle postawili krzyże na wysokiem wzgórzu śniegowém, odezwał się głos z nieba jakoby wicher, pytając: Co czynicie? lecz go ci ludzie nie przelękli się./I tłumy stały w milczeniu pod krzyżami czekając, co się stanie, i tak je noc zastała
 na śniegu, a była wielka ciemność i okropne milczenie./Aż o północy zorza borealna rozciągnęła się na całej niebios połowicy, i ogniste wystrzeliły z niej miecze; a wszystko stało się czerwone i te krzyże z męczennikami./Wtenczas strach jakiś ogarnął tłumy i rzekły: Źle czyniémy! Godziż się, aby za nasze wiary ci ludzie ginęli niewinni?/I przeraziły się zgraje mówiąc do siebie: Oto umierają i nie skarżą się
./ Rzekli więc do tych, co byli ukrzyżowani: Chcecie, a zdejmiemy Was? lecz ci im nic nie odpowiedzieli, będąc już umarłymi./A poznawszy to rozbiegły się zgraje pełne przerażenia, a żaden
 z tych, co uciekali, nie odwrócił głowy, aby spojrzeć na martwe i umęczone. Zorza je czerwieniła, zostali sami.

 

Juliusz Słowacki opisując trudną rzeczywistość i kłótnie emigracji polistopadowej dostrzega niebezpieczne wynaturzenia jakie nieść mogły za sobą pseudo-mistyczne myślenie w kategoriach ofiary. Za to w innym miejscu anioł Eloe mówi  o Anhellim w pozytywnym kontekście jako o wybranym na „ofiarę serca”, a z całości poematu można wnioskować, że właśnie ono odkupić ma naród wygnańców. Jednak okazuje się, że rzeczywista przyczyna gloryfikacji cierpienia w polskiej literaturze i rola jaką miała odgrywać jest nadspodziewanie pragmatyczna i niekonieczne związana tylko
z różnymi koncepcjami mesjanistycznymi. Tłumaczy ją dobrze Zofia Trojanowiczowa: „Kult klęski
 i nieszczęść narodowych, podporządkowanych mesjanistycznej obietnicy miał przy tym swój głęboki sens doraźny, o czym pisała Maria Janion, wytwarzał nowe symbole i mity narodowe, nobilitował więzienie, szubienicę Sybir, przywiązywał do tych symboli. Ale równocześnie wyodrębniał Polaków
z rodziny narodów europejskich jak w Starym Testamencie, który cały całą ludzkość dzielił na lud Boży Izrael oraz resztę inne narody.” Było to niezmiernie ważne w czasie zaborów, gdy istniała realna możliwość zatracenia własnej tożsamości narodowej, o co martwił się przebywający na emigracji Julian Ursyn Niemcewicz, który w swoim dzienniku pisanym w Anglii pozostawił poruszający obraz Europy, w której „już polskiego plemienia nie będzie”.

 

 Ponadto gloryfikacja cierpienia przekonywała  Polaków do sensu ponoszonych ofiar osobistych
w imię niepodległości Polski, a przekraczających nasze współczesne wyobrażenia. I tu pojawia się kolejna jakże ważna kwestia, która świadczy o wyższości romantyzmu politycznego
nad pozytywizmem.  Po części uwydatnia ją także ów fragment lalki dotyczący Pana Leona. Otóż wszelka pierwotna motywacja, jaka kierowała polskimi działaczami niepodległościowymi  i narodowymi
 w czasie, gdy nasz naród znosił straszne prześladowania musiała być romantyczna.  

 

cz.2. w kolejnym wydaniu Gońca Wolności