Ci wspaniali naziści w swych latających spodkach?

Nie od dzisiaj wiadomo, że hitlerowskie Niemcy – z całą materialną oprawą swojego totalitarnego ustroju – na dobre wrosły w kulturę masową. Mundur niemiecki, chociaż doceniany za krój i kolorystykę, stał się w powojennej kinematografii symbolem tych złych, przegrywających, bez odcieni szarości malowanych na antybohaterów.

Popkulturowym przełomem były „Gwiezdne wojny” George’a Lucasa, który wystylizował mroczne Imperium na złowrogie SS. Wiosną mogliśmy zobaczyć w naszych kinach kolejną zabawę konwencją – tym razem za sprawą fińskiego reżysera Timo Vuorensoli i jego niskobudżetowego „Iron Sky”. Kiedy w 2008 r. ekipa udostępniła w sieci pierwszy zwiastun, wielu internautów pukało się w czoło. Wyglądało na to, że Finowie postanowili przenieść na duży ekran jeden z oklepanych dwudziestowiecznych mitów – z cyklu katastrofy w Roswell czy trójkąta bermudzkiego – o następstwach opracowania przez nazistowskich naukowców projektu latającego spodka. Niedorzeczność tej historii pozwalała przypuszczać, że powstająca produkcja, wobec miałkości fabularnej, będzie w stanie obronić się jedynie spektakularnym pokazem efektów specjalnych. W tej konwencji ów roboczy zwiastun mieścił się zresztą całkiem udanie.

 Jak w każdej tego typu opowieści, w historii związków III Rzeszy z technologią nazywaną czasem UFO – tkwi oczywiście ziarno prawdy. Tyle że wiąże się z eksperymentami prowadzonymi gdzieś na peryferiach przemysłu lotniczego (których efektem były na przykład odrzutowce o konstrukcji latającego skrzydła, budowane dla Luftwaffe przez braci Horten). Producenci filmu odwołali się jednak do wersji bajkowej, rodem z teorii spiskowych i komiksów. W jej myśl w 1945 r. nową technologię ewakuowano okrętami podwodnymi do polarnej bazy Nowa Szwabia na Antarktydzie, z której niemieckie spodki odleciały na Księżyc.

 Minęły cztery lata i pod koniec kwietnia 2012 r. do polskich kin trafił gotowy film. Jego akcja nie toczy się jednak u schyłku II wojny światowej, ale w niedalekiej przyszłości. Jest 2018 r., amerykańska pani prezydent walczy o wybór na drugą kadencję. W tym celu postanawia wysłać na księżyc lądownik z dwuosobową załogą. Doświadczony astronauta ląduje na srebrnym globie, po czym przewożony w roli pasażera aktor wychodzi z lądownika na pierwszy spacer. Jego zadaniem jest poprowadzenie kampanii wyborczej z powierzchni ziemskiego satelity.

 Problemy zaczynają się niemal natychmiast – potężny wybuch niszczy lądownik, astronauta ginie, a pokiereszowany aktor… dostaje się do niewoli. Niemieckiej. Bo odpowiedzialna za eksplozję jest sekcja esesmanów obsługująca rusznicę przeciwpancerną, która na dalekim księżycowym patrolu trafiła na niespodziewanych gości z Ziemi. Nadążasz, drogi Czytelniku?

 Zostawmy jednak fabułę. Wielką zaletą „Iron Sky” – i wyjątkiem na tle zwiastunów rodem z Hollywood, które zwykle zdradzają wszystkie najciekawsze momenty całej produkcji – jest to, że materiały promocyjne tej fińskiej komedii nie ujawniają pomysłów, którymi na dużym ekranie postanowili podzielić się twórcy. Zwiastuny u Vuorensoli wprowadzają w błąd, sugerując, że w kinie czeka nas sztampowy film na poważnie, wypełniony widowiskowymi efektami specjalnymi – wypisz, wymaluj europejska wersja „Transformers 3”. Kupując bilet na „Iron Sky”, otrzymujemy rozrywkę zupełnie innego rodzaju. Są co najmniej trzy powody, dla których fińskiej propozycji warto zarezerwować dwie godziny wolnego czasu.

 Po pierwsze: oglądamy film, którego standard wizualny nie odstaje od najdroższych światowych produkcji fantastyczno-naukowych – a przy tym różni się od nich mniej więcej dwudziestokrotnie niższym budżetem. Efekty specjalne są w obu wypadkach tak samo spektakularne, choć u Vuorensoli otrzymujemy ich nieco mniej niż w Hollywood. Jak na produkcję, która kosztowała mniej niż „1920. Bitwa Warszawska” (7,5 miliona euro), sceny w przestrzeni kosmicznej, tricki kaskaderskie czy dopracowanie szczegółów scenografii i efektów robią wrażenie. To, że projekt powstawał przez kilka lat siłami niewielkiego studia filmowego, które uzyskało wsparcie dwóch i pół tysiąca darczyńców oraz wolontariuszy, nie odcisnęło piętna na gotowym filmie.

 Po drugie: mimo kontrowersyjnego nawiązania do historii z tej zabawy konwencją twórcy wychodzą obronną ręką. Księżycowi naziści to już nie hitlerowcy w starym stylu, chociaż ich cele polityczne bardziej uległy kosmetycznej adaptacji niż wymianie na nowe. Podobne pozostały metody – w czym jednak, jak się przekonujemy, posthitlerowski reżim ze srebrnego globu nie odstaje od dojrzałych, XXI-wiecznych demokracji. Co więcej, zakonserwowana totalitarna ideologia, którą na siedem dziesięcioleci usunięto z kręgu cywilizacji zachodniej, okazuje się długo poszukiwanym remedium na potrzeby polityczne amerykańskich przywódców. Jeśli ten wątek utkwi widzom w pamięci, po wyjściu z seansu może być źródłem ciekawych refleksji.

 Po trzecie: wśród kilku zaskakujących pomysłów, niebanalnych żartów i oryginalnych zwrotów akcji, największą niespodzianką może być zakończenie. Dzięki ostatnim scenom film zyskuje nowe znaczenie, które dowodzi, że Timo Vuorensola i jego współpracownicy podeszli do scenariusza „Iron Sky” w sposób ambitny. Film jest bowiem czarną komedią fantastyczno-naukową (łączącą elementy science fiction z historią alternatywną), której fabuła i żarty mają sprowokować widzów do samodzielnego myślenia. Przynajmniej niektóre wymiary filmu – zwłaszcza polityczny i ekonomiczny – mogą zachęcić do głębszej refleksji.

 Na podkreślenie zasługuje także kilka innych elementów. „Iron Sky” to film bez gwiazd w rolach pierwszoplanowych, jednak na ekranie możemy zobaczyć odtwórców tej klasy co Udo Kier (jeden z ulubionych aktorów Larsa von Triera) czy Götz Otto (znany fanom kina wojennego chociażby z niemieckiego „Upadku”). Wielkim plusem jest nastrojowa muzyka, udanie dopasowana do klimatu produkcji, którą skomponował słoweński industrialowy zespół Laibach.

 Amatorski, niskobudżetowy film, który rodził się w bólach przez pół dekady i nie udałby się bez wsparcia tysięcy internautów (jest w tym sensie jednym z pierwszych projektów X muzy zorganizowanych w nurcie crowdsourcingu), nie zasłużył wyłącznie na pochwały. Niektóre potknięcia wynikały ze specyfiki przedsięwzięcia – np. postawienie na mało znanych aktorów, którzy niespecjalnie sprostali postawionym przed nim zadaniom, inne – z braku doświadczenia ekipy filmowej. Na czele twórców, dla których „Iron Sky” był poligonem doświadczalnym własnych umiejętności, stoi reżyser i scenarzysta. Timo Vuorensola nie poradził sobie z misją stworzenia fabuły trzymającej w napięciu przez cały seans i zawsze  starannie rozpisanych dialogów. Produkcja jest chwilami nudna, brakuje spójności poszczególnych sekwencji i dopracowania niektórych kwestii.

 Wszystkie te niedoskonałości można jednak wybaczyć, jeśli wziąć pod uwagę to, jak niekonwencjonalnym przedsięwzięciem był fiński projekt. Dzięki „Iron Sky” Timo Vuorensola zasługuje na to, by postawić mu piwo, przy którym – niczym Osioł ze „Shreka” – szczerze powiemy: „Ty wiesz, że masz talent? Taki efekt przy tak skromnym budżecie!”.