Przejażdżki po lewicy z przewodnikiem Krytyki Politycznej – państwo i jego zadania

W centrum zainteresowań naszej lewicy znajduje się przekształcenie społeczeństwa ku ideałowi lewicowemu: bez grup wyalienowanych (cokolwiek by to znaczyło...), bez ludzi z dowolnego powodu zepchniętych na margines (o ile oczywiście nie są wrogami ideałów lewicowych). Rola, jaka przypada państwu w tym dziele, jest ogromna. Można powiedzieć, że lewica zamierza użyć państwa jak wielkiej maszyny do przemiany społeczeństwa ku właściwemu modelowi życia. Czy coś nam to nie przypomina?

Rozważania na temat państwa zaczynają się od skądinąd słusznej myśli, że “państwo nie jest złem koniecznym, państwo jest emanacją wspólnoty obywateli” (Przewodnik KP po lewicy, s. 19). Wspólnota ta ma prawo zmieniać warunki, w jakich żyje. Stąd “kwestie istotne dla życia każdego obywatela, jak np. skala ingerencji państwa w działalność mechanizmów rynkowych czy kształt instytucji małżeństwa nie mają charakteru technicznego, ale polityczny”. Dochodzimy tu do błędu lewicy, o którym pisałem w poprzednim odcinku: jest to złudzenie, że kwestie techniczne ustępują politycznym, gdyż zmienność pewnych instytucji w czasie wydaje się umożliwiać negocjowalność ich kształtu. Cóż więc prostszego, niż zaprojektować instytucje tak, aby działały sprawiedliwie, nawet wbrew przekonaniom o sprawiedliwości większości “obywateli”? Autorzy przewodnika wprawdzie deklarują, że kwestie te “wymagają publicznej dyskusji o uwarunkowaniach i konsekwencjach społecznych podjęcia (bądź nie) pewnych działań” (s. 19) – dyskusji abstrahującej od pojęć “zdrowego rozsądku” i “obiektywnej wiedzy naukowej” – ale jak zobaczymy dalej, są to tylko czcze deklaracje, a prowadzony przez lewicę dialog (czy raczej monolog) prowadzić może tylko w jedną stronę – emancypacji i represji, które tę emancypację umożliwią. Autorzy od razu deklarują, że “oczywistym wymogiem swobodnej dyskusji publicznej są instytucjonalno-prawne gwarancje wolności wypowiedzi. Jedyne ich ograniczenie dotyczyć powinno treści sprzecznych z fundamentalnymi zasadami samej demokracji liberalnej, tj. treści nawołujących do przemocy i nienawiści wobec osób i grup etnicznych, religijnych, światopoglądowych, a także mniejszości seksualnych. Innymi słowy, z demokratycznej debaty wykluczyć można jedynie głosy wzywające do otwartej dyskryminacji innych ze względu na ich arbitralne (czyli niepochodzące z ich wyboru) cechy” (s. 19-20). Pierwszym zadaniem państwa jest więc eliminowanie z obiegu publicznego wypowiedzi zdaniem lewicy dyskryminujących. Ale to nie koniec zadań państwa na tym polu. Państwo wszak ma generować prawdziwą wolność, a ta to “nie tylko brak zewnętrznego przymusu, ale także faktyczna możliwość samorealizacji jednostek” (s. 21). W odniesieniu do artystów ma to oznaczać uwolnienie ich od presji potrzeb materialnych, aby ich twórczość nie musiała być nastawiona na odbiorcę (s. 193). Co więcej, nasi lewicowi oponenci przyznają, że na wolnym rynku sztuki wygrywa konserwatyzm (tak jak go rozumie lewica oczywiście), bo największym odbiorcą sztuki jest konserwatywna klasa średnia. Autorzy stwierdzają też, że lewica to wcale nie zwolennicy sztuki dla sztuki, bo taka konserwuje status quo (s. 192). Państwo powinno dbać o to, by sztuka zaangażowana znalazła swoje miejsce w debacie publicznej poprzez jej finansowanie, np. wystawianie w publicznych galeriach (s. 191, s. 193). “Polityka lewicowa powinna konsekwentnie wspierać emancypacyjne i krytyczne w ramach poszczególnych kultur” (s. 199). Należy się domyślać, że tak działałoby państwo pod kierunkiem lewicy.

“Państwo powinno aktywnie zwalczać zastane formy dyskryminacji rozmaitych grup. Funkcję taką pełnią np. parytety zatrudnienia osób obu płci, które likwidować mają konsekwencje dyskryminacji kulturowej, występującej z powodów historycznych pomimo formalnego równouprawnienia” (s. 21). Jak widzimy, autorzy przewodnika nie przyjmują do wiadomości istnienia takich, a nie innych uwarunkowań fizycznych ludzi, różnic między płciami czy różnic czysto osobniczych, powodujących kulturowe różnice między ludźmi i ich różne miejsca w hierarchii politycznej czy zawodowej. Z jednej strony są za gwarancją wolnej wypowiedzi, ale jednocześnie chcą, by “państwo ograniczało w reklamie treści nie mieszczących się w światopoglądzie lewicowym, takich jak szowinizm i ksenofobia” (s.190). Mamy tu więc klasyczna wolność “ale”, wolność – tak, ale – ale wsparcie dla artystów lewicowych od państwa i knebel dla tych, którym przylepiono łatkę szowinizmu i ksenofobii. Faktycznie, zadanie to niemałe, godne reaktywacji instytucji państwowej z ulicy Mysiej. Otwarcie deklarują, że “aktywne uczestnictwo w życiu publicznym kraju wymaga rozwiniętej (poprzez szkolnictwo publiczne) edukacji obywatelskiej, która stałaby się kanałem powszechnego dostępu do wiedzy, ale także przekaźnikiem wartości fundamentalnych dla państwa liberalna-demokratycznego, takich jak refleksyjny krytycyzm wobec zastanego świata, otwartość na inność, tolerancja, społeczna solidarność względem osób i grup marginalizowanych i wykluczanych, a także rozdział instytucji państwowych i wyznaniowych” (s. 20). Słowem – edukacja publiczna powinna stać się kanałem lewicowej indoktrynacji. Jeśli dodamy do tego deklarację, iż “to, co jest fundamentem ustroju demokratycznego, nie podlega głosowaniu, warunki istnienia demokracji nie podlegają negocjacjom ani głosowaniu” (s. 41). No proszę – wszystko jest zmienne, wszystko płynie, a “fundamenty ustroju demokratycznego” już nie! Jednocześnie państwo nie powinno dopuszczać, by na jego prawodawstwo miała wpływ jakakolwiek religia (s. 197). W Polsce, w której 90% społeczeństwa deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego, a 40% uczestniczy regularnie w niedzielnych nabożeństwach, oznacza to wyrugowanie z wpływu na państwo głosu ponad połowy obywateli. Jak widzimy, lewicowa demokracja jest demokracją tylko z formalnego, deklaratywnego punktu widzenia.

“Równość nie może mieć charakteru wyłącznie formalnego” (s. 22), czytamy dalej. “Z wolności oraz swobód demokratycznych obywatel jest w stanie skorzystać, jedynie gdy ma zapewnione minimum materialne”. Tutaj dochodzimy do kolejnego zadania państwa – zapewnienia gwarancji poziomu materialnego. Państwo powinno wspomagać aktywnie wybory życiowe, o czym już była mowa. Jednym z elementów tego wspomagania jest bezpłatna edukacja traktowana jako prawo, a nie jako przywilej (s. 42). Widać w tym miejscu, jak nadmierne znaczenie przywiązuje lewica do edukacji wyższej, traktowanej jako podstawowe narzędzie awansu. Tłumy bezrobotnych absolwentów modnych kierunków humanistycznych przekonały się na własnej skórze, jak mylne jest to twierdzenie. Nota bene, największe zagrożenie dla awansu autorzy Przewodnika upatrują w tym, że studiowanie byłoby uzależnione od rachunku ekonomicznego (s. 42). Słowem, to, co może w wyższych studiach być źródłem społecznego zysku i rzeczywistego awansu (czyli ekonomicznej niezależności), jest dla lewicy bez znaczenia. Ale też po co komu osobista niezależność ekonomiczna, skoro zapewnia ją państwo?

Lewica oczekuje aktywności od państwa dziedzinie gospodarczej: zapewnienie dochodu gwarantowanego, płacy minimalnej i innych form redystrybucji. Oczywiście państwo ma także tworzyć i utrzymywać infrastrukturę, z której korzystać mają obywatele. “Sprawiedliwość społeczna wymaga zatem częściowego ograniczenia wolności grup zamożniejszych (np. poprzez progresywne opodatkowanie dochodów) na rzecz redystrybucji, która sprzyja realizacji wolności grup uboższych“ (s. 22). Autorzy wyjaśniają, że “redystrybucja dochodów jest logiczną konsekwencją zasady równości jednostek co do zakresu ich wolności pozytywnej, a więc zakresy wyborów dróg życiowych”. Zauważmy, że wszystkie zapewniane przez państwo korzyści są zdaniem lewicy przynależne na zasadzie “czy się stoi, czy się leży...”, nie napisano, by w jakikolwiek sposób były uzależnione od zasług i zaangażowania jednostki. Są to prawa – nie przywileje. W tej sprawie mamy ciekawy przyczynek do lewicowego rozumienia wolności. Autorzy sami zadają sobie pytanie: “czy zapewnienie ludziom minimum materialnego (np. poprzez zasiłki) nie jest działaniem przeciwko ich wolności (do wyboru własnej drogi życiowej)?”. Odpowiedź brzmi: “Jeśli ktoś nie chce przyjmować zasiłku, to nie musi tego robić”. Szkoda tylko, że wcześniej musiał na te zasiłki płacić wysokie, progresywne podatki. Ale lewica wspaniałomyślnie przyznaje nam prawo, byśmy tych zasiłków nie przyjmowali!

Słabość tych wywodów ukazuje się, kiedy uświadomimy sobie, jak mało lewicowi autorzy poświęcili refleksji nad problemem, jak właściwie to państwo powinno działać. Nie mamy tu rozważań na temat struktur władzy, rozważań o najlepszym ustroju politycznym w warunkach polskich (mowa tylko o “demokracji”, ewentualnie “modelu skandynawskim”). Nie spędza im snu z powiek kwestia korupcji, nieformalnych powiązań między urzędnikami a biznesem, jakość urzędów i świadczonych przez nie usług. Nie znajdziemy też żadnych refleksji na temat pozaprawnych działań służb specjalnych ani (szczególnie) na temat nieformalnych powiązań odziedziczonych niejako przez dawnych funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji w demokratycznej Polsce. Słowa “wojsko”, “policja”, “służby mundurowe” prawie się nie pojawiają (co najwyżej w kontekście polityki zagranicznej USA). Można by powiedzieć, że umyka ich refleksji cała zła strona ludzkiej natury, przejawiająca się w instytucjach państwowych. Tak jakby regulamin pracy urzędu i lewicowa ideologia uzdrowiły nagle ludzką naturę, funkcjonariuszy urzędów zaś zmieniły w anioły. Tak jakby urzędnicy kontrolujący wszystkie dziedziny życia, jakie chce lewica poddać wzmożonej kontroli, nie czuli pokusy, by wykorzystać stanowisko dla własnej korzyści – czy przez zatrudnienie krewnych i znajomych na niepotrzebnych (lub potrzebnych) stanowiskach lub do zapewnienia sobie i swojej rodzinie przewagi nad współobywatelami. “Partykularne grupy”, takie jak rodzina czy grupa koleżeńska, których znaczenie chcieliby obniżyć na rzecz nowych wspólnot, istnieją i będą istniały, czy im się to podoba, czy nie. Nadzwyczaj mocny status formacji urzędniczej/funkcjonariuszy państwowych, jaki wyłania się z tych rozważań (obejmujących swoimi działaniami sprawy redystrybucji dochodów, edukacji, kultury, cenzury, wspierania “wykluczonych”, dbanie o ochronę środowiska i zrównoważony rozwój – czyli de facto kontrolowanie wszelkich większych inwestycji itd.), sprzyja przecież wykorzystaniu maszyny urzędniczej właśnie na korzyść tych “partykularnych grup”. A przecież jednocześnie deklarują, że “lewica jest podejrzliwa wobec wszelkich form władzy człowieka nad człowiekiem” (s. 56).

W tym wszystkim jest jednak logika, choć chyba sami zwolennicy lewicy nie obejmują jej swoją refleksją, raczej jej ulegają. Jeśli wszelkie spontaniczne ludzkie działania uznamy za zagrożenie dla wolności i wyborów życiowych innych, konieczny jest – celem ocalenia/wprowadzenia wolności i równości – system totalnej kontroli wszelkich ludzkich zachowań. I tak to lądujemy w krainie orwellowskiego “niewola to wolność” – do której doprowadziła nas siła lewicowej ignorancji.