Coraz mniej Wyklęci

Żołnierze Wyklęci - termin pierwszy raz użyty jako tytuł wystawy na Uniwersytecie Warszawskim w 1993 roku. Określenie to zostało rozpowszechnione przez książkę Jerzego Ślaskiego- żołnierza oddziału Mariana Bernaciaka „Orlika”. Termin jest szeroki i obejmuje żołnierzy wielu organizacji (AK, WiN, NSZ i innych) prowadzących walkę przeciwko sowietyzacji Polski. Dziś nadal pamięć o żołnierzach II konspiracji nie może przebić się do świadomości zbiorowej Polaków. Można w ciemno zakładać, że jakakolwiek sonda uliczna potwierdziłaby tę tezę. Jednak pojawiają się pierwsze oznaki, że ten stan rzeczy może się wkrótce zmienić. To szczególnie ważne w kontekście bezustannych dążeń skrajnej lewicy do wybielenia „Polski Ludowej” i jej beneficjentów.

Legenda Wyklętych stanowi poważną przeszkodę na drodze do relatywizacji historii PRL. Często  wysuwany jest argument, że może władza ludowa nie była doskonała, ale powstawały szkoły, szpitale, a ludzie wracali do normalnego życia. Ta wizja nie wytrzymuje starcia z życiorysami żołnierzy II konspiracji.    Do dziś próbuje się ich przedstawić jako romantycznych straceńców, wzniecających wojnę w czasie gdy ludność cywilna chciała tylko spokoju. W rzeczywistości partyzantka przeważnie nie miała wyboru. Żołnierze wybierali życie zgodnie z„prawem wilka”, bo alternatywą było zdanie się na łaskę czerwonego oprawcy. Terror NKWD i rodzimej bezpieki spychał żołnierzy do lasu niezależnie, czy byli ideowymi antykomunistami, patriotami, czy ludźmi broniącymi życia i dobytku. Po akcji „Burza” żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty internowano do obozu w Skrobowie. Uciekinierzy z tego i z innych obozów zasilali „leśne” oddziały. Oczywiście wśród Wyklętych nie brakowało ludzi takich jak major „Łupaszko”, chcących po prostu walczyć z nowym okupantem. Ale jakakolwiek myśl o ujawnieniu wiązała się z ryzykiem. Stawką było życie swoje i podwładnych. Należy wspomnieć, że partyzanci przeważnie cieszyli się poparciem i zaufaniem ludności cywilnej, która też padła ofiarą radzieckiej przemocy.   26 lipca 1944 PKWN de facto oddała polską ludność pod jurysdykcję naczelnego wodza wojsk radzieckich.

Oczywiście Żołnierzy Wyklętych było wielu, kierowały nimi rozmaite motywacje, należeli do rozmaitych organizacji. Różna była ich ścieżka bojowa. Lewacka propaganda walczy ze wszystkim co mieści się w tym zjawisku, ze szczególnym wstrętem odnosząc się do NSZ. Manipuluje faktami i mnoży mity. Pamięć o antykomunistycznym podziemiu nie może w polskiej historiografii funkcjonować równolegle z mitem o „nie takim złym” PRLu. Stąd legenda Wyklętych jest dla jego entuzjastów nie do zniesienia.

Daje to o sobie znać najczęściej przy okazji rocznic. Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych 1 marca Wyborcza nazywała „zawłaszczeniem przez prawicę symboli patriotycznych”. To zdumiewający zarzut ze strony gazety, która deprecjonuje wszystkie rocznice narodowe z zasady. Rocznicę Powstania Warszawskiego, bo zbyt martyrologiczna. Rocznicę Hołdu Ruskiego, bo „niezgodna z chrześcijańskimi wartościami” (sic!). Seweryn Blumsztajn stwierdza, że „wielu z nich nie chciało już strzelać, a do lasu zapędziły ich z powrotem represje UB”. „Wielu z nich” ma  , być może, sugerować, że jednak resztę stanowili jacyś fanatyczni podżegacze i to właśnie ich chcą czcić „nieodzowny profesor Żaryn”, „żałobnicy smoleńscy” i „patriotyczni kibole”. Lista „czcicieli” wg Blumsztajna jest oczywiście dłuższa, ale mógł napisać po prostu „faszyści”.

Publicystyka lewacka, poza tym, że produkuje zgrabne sofizmaty w stylu wspomnianego „zawłaszczania symboli”, używa też wyolbrzymień, manipulacji i miejskich legend. Najczęściej powtarza się tezy o wysokiej demoralizacji wśród partyzantów, niechęci ludności cywilnej i rzekomym antysemityzmie żołnierzy. Cechy te przypisuje się wszystkim Wyklętym na podstawie pojedynczych incydentów, często wyrwanych z kontekstu. „Ogniowi” udowadnia się mordowanie Żydów. Pomija się fakt, że jeśli strzelano do osób żydowskiego pochodzenia, to do tych, którym udowodniono współpracę z komunistami. Narodowym Siłom Zbrojnym wmawia się kolaborację z Niemcami posługując się wyrwanymi z kontekstu wydarzeniami (historia Brygady Świętokrzyskiej NSZ). Bardzo często też próbuje się przedstawić walkę z władzami komunistycznymi w kategoriach wojny domowej (w co nie wierzyli nawet ówcześni komunistyczni decydenci). Polemizowanie z tego typu stwierdzeniami to walka z wiatrakami. By rzucić oszczerstwo wystarczy kilka słów ukrytych w krótkim artykule. Jego obalenie pochłania znacznie więcej pracy. Można powiedzieć, że stosunek lewackich mediów do podziemia antykomunistycznego koresponduje ze współczesnym zohydzaniem pojęcia antykomunizmu. Poprzez doczepienia mu epitetu „zoologiczny”, „Antykomunista” stał się określeniem pejoratywnym, równoznacznym z „faszystą”.
Mimo wszystko jest szansa, aby do zbiorowej świadomości Polaków powróciła pamięć o Żołnierzach Wyklętych. Mało prawdopodobne, aby stało się to w szkołach, czy poprzez największe środki przekazu. A jednak nawet bez wsparcia medialnego temat antykomunistycznej partyzantki powoli przebija się do kultury masowej.
Ostatnio temat Wyklętych zagościł w popularnej muzyce rozrywkowej. Niszowe zespoły grające patriotycznego rocka nigdy tego tematu nie unikały. Ale dopiero dzięki ostatniej płycie Pawła Kukiza, czy De press możemy mówić o szerokim gronie odbiorców. Kukiz swojej solowej płycie „Siła i Honor” nadał wyraziście patriotyczny charakter. Jeden z utworów poświęcony jest pomordowanym w Katyniu, inny to rockowy cover „Obławy” Kaczmarskiego. Płyta została niemal zgodnie przemilczana przez popularne rozgłośnie radiowe. Nie ma lepszej reklamy dla wydawnictw  z góry uznawanych za niepoprawne politycznie. Z kolei De Press całą płytę poświęciło niepodległościowemu podziemiu. Płyta „Myśmy Rebelianci” zawiera rockowe aranżacje partyzanckich piosenek, a także śpiewane wersje „Wilków” Herberta, oraz „Czerwonej zarazy” Józefa Szczepańskiego. Kukiza i De Press trudno zaszufladkować jako muzyków „neonazistowskich”. Mniej znane zespoły patriotyczne dostały od mediów taką łatkę i od lat muszą udowadniać, że nie są wielbłądami.

Film „Historia Roja: w Ziemi Lepiej Słychać” powstaje głównie za pieniądze darczyńców. TVP odmówiła finansowania postprodukcji filmu. Wcześniej przeznaczyła na realizację kilka milionów złotych. Nowe władze nie podzielały wizji Piotra Farfała i zakręciły kurek z pieniędzmi. Miliony wyrzucono w błoto, a „Rój” prawie został kolejnym „półkownikiem”.  Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że pokazy wersji roboczej wzbudzają mieszane uczucia. Negatywne opinie wygłaszają nawet ludzie angażujący się w ratowanie filmu i organizację pokazów. To sygnalizuje z jak wielką niecierpliwością ludzie oczekują takich filmów. Piąta seria popularnego „Czasu Honoru” również poświęcona jest Wyklętym. Autor uchyla się od recenzji tej produkcji. Pierwsze serie tego serialu nie napawały entuzjazmem pod względem zgodności historycznej. Jednak serial jest popularny i dotyczy Wyklętych. Warto to odnotować i spoglądać twórcom na ręce.

Ze swojej strony wiele dla upamiętnienia Niezłomnych robią kibice. Oni zawsze czynnie angażują się w obchody rocznic narodowych. Kibice Legii Warszawa cały rok dbają o miejsca upamiętniające Powstanie Warszawskie. Lech Poznań nie zapomina o Powstańcach Wielkopolskich. Śląsk Wrocław ostatnio wiele wspaniałych opraw poświęcił Żołnierzom Wyklętym. Jedną z nich zademonstrowali na meczu, na którym pojawiło się kilka tysięcy dzieci w wieku szkolnym. "Słuchajcie dzieci, czy uczą was w szkole kim byli żołnierze wyklęci ?"- to hasło nie przypadło do gustu redaktorowi lokalnego wydania Wyborczej. Jego zdaniem był to przejaw politycznej indoktrynacji. „Niby to patriotyczne niby nieszkodliwe, a jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że miało podtekst i pewien cel polityczny. Że fanatycy Śląska - celowo nie nazywam ich kibolami, bo generalnie zachowywali się raczej bez zarzutu, postanowili dzieci trochę zindoktrynować”. Niby to nieszkodliwe, niby wszystko w porządku, ale lepiej, żeby nie mieszali młodym w głowach. Od tego jest Wyborcza. Należy dodać, że oprawy opłacane są w całości z dobrowolnych datków wszystkich kibiców i kosztują jednorazowo od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.


Również do najmłodszych Polaków skierowana jest seria komiksów IPNu. Każdy kolejny numer opowiada o innym „Wyklętym”. Konwencja komiksu wzbogacona jest o kilka stron historycznego komentarza. Zeszyty wydane są znakomicie i niejednemu dojrzałemu czytelnikowi zadrży serce, że w jego dzieciństwie były tylko „Klossy” i „Żbiki”.
Kolejna inicjatywa szczególnie warta jest odnotowania. A zwłaszcza w kontekście plagi „fajowych” koszulek z wizerunkiem Che Guevary. Po ten symbol od lat sięgają największe koncerny odzieżowe. Tymczasem pewna wrocławska firma specjalizuje się w produkcji designerskich koszulek o tematyce patriotycznej. Nowa październikowa seria poświęcona jest antykomunistycznemu podziemiu. Wyrazista ikonografia zapada w pamięć: wściekły, wilczy pysk, czerwone kły i napis: „Wyklęci”. Producent zastrzega, że koszulki robione są tylko z polskich materiałów. Doskonała alternatywa dla T-shirtów z wizerunkiem kudłatego, komunistycznego zbrodniarza.

Małymi krokami zmierzamy ku przywróceniu pamięci o Wyklętych. Tendencja odwraca się nawet na poziomie administracji lokalnej. Dzieje się to dzięki presji ludzi walczących o pamięć i zwykłych obywateli. We Wrocławiu nazwano rondo imieniem Żołnierzy Wyklętych. W Ostrołęce powstaje muzeum im poświęcone.  O podziemiu antykomunistycznym słyszy się coraz częściej, choć niestety nadal nie w mediach głównego nurtu. Obchody wspomnianego Dnia Żołnierzy Wyklętych również odbywają się bez udziału najwyższych władz, które nie żałują pieniędzy na budowę i renowację pomników „utrwalaczy” władzy ludowej. Tym większe jest tu pole do popisu dla obywatelskich inicjatyw i kreatywności.

Foto za: www.czyzewski.waw.pl