Bój o politykę historyczną czas zacząć

Wbrew obiegowym opiniom polityka historyczna nie jest wynalazkiem minionego wieku. W Polsce nie stworzył jej rząd PiS-u, choć często powoływał się na owe hasło. Tymczasem polityka historyczna, czyli świadome kształtowanie opinii społeczeństwa na temat przeszłości, a przez to uznanie specjalnego miejsca doświadczeń historycznych w procesie rozwiązywania aktualnych problemów, narodziła się wraz z państwem. Oczywiście początkowo przyjmowała bardzo proste formy, jak np. epigramy Symonidesa oddające hołd poległym pod Termopilami. Założony cel został osiągnięty – pamięć o sławnej bitwie przetrwała do dzisiejszych czasów, kilka lat temu został nawet nakręcony film pt. „300”, opowiadający o bohaterstwie wojowników pod dowództwem Leonidasa.

Czymże, jeśli nie doskonałym wcieleniem (prymitywnej, przyznajmy) polityki historycznej, są Kroniki Galla Anonima? Dowiadujemy się z niej, iż Królestwo Polskie to kraina mlekiem i miodem płynąca, natomiast niewygodne fakty z jej dziejów są przemilczane lub zbywane sławnym Gallowskim „długo by o tym mówić”. Więc się nie mówi. Jednakże do połowy XIX wieku mamy do czynienia raczej z urabianiem opinii publicznej niż z polityką historyczną z prawdziwego zdarzenia, wspieraną przez kulturalne i edukacyjne ośrodki. Dopiero dziewiętnaste stulecie objawiło potęgę i potrzebę tworzenia reklamy dla swojego kraju. Głośny stał się przykład kampanii Prus pod znakiem Kopernika, której celem było rozpowszechnienie w Europie informacji o niemieckiej narodowości uczonego. Polacy, pozbawieni własnego państwa, a więc i formalnej reprezentacji w dyskusji o przynależności narodowej astronoma, wydawali się pozostawieni na przegranej pozycji. Wydarzyło się jednak coś niebywałego, mając na uwadze na ogół roszczeniową postawę Polaków wobec Zachodniej Europy. Ludwik Wołowski, od lat mieszkający we Francji i uważający się raczej za obywatela Europy niż członka naszego narodu, własnym sumptem wydał broszury dotyczące Kopernika, zorganizował także liczne odczyty w Paryżu, na których sprzeciwiał się głoszonym przez stronę niemiecką opiniom, udowadniając polskie pochodzenie astronoma. Kto wygrał dziejowy bój o Kopernika? W Paryżu, w którym uczony ma swoją ulicę, na tabliczce widnieje napis: „Rue Copernic, Religiex Polonais, Astronome et Mathématicien”.

Dziś toczymy historyczne spory z Rosjanami o Katyń, z Włochami o Monte Cassino, z Niemcami o II wojnę światową i mur berliński, który wcale nie zapoczątkował upadku bloku sowieckiego. „Czy warto inwestować pieniądze i czas w takie boje o historię, i dlaczego tak?”, winno brzmieć pytanie. Rzecz tak naprawdę nie idzie o przeszłość, lecz o przyszłość. Państwo buduje swoją pozycję nie tylko zręcznym prowadzaniem polityki (choć to przede wszystkim), ale również kreowaniem własnego prestiżu na polu kulturowym. Czy naprawdę potrzebujemy Normana Daviesa, by w Europie usłyszeli o bohaterstwie Polski w czasie okupacji? Dlaczego nie nakręcić porządnego, interesującego (!) filmu na kanwie powieści szlacheckich Komudy? Dlaczego nie stworzyć barwnego projektu, realizowanego przez polskie placówki dyplomatyczne, na temat bitwy warszawskiej, spuścizny Banacha lub twórczości Nikifora? Do końca roku trwać będzie polska prezydencja w UE, co stanowi wspaniałą okazję do promowania kraju. Problem w tym, że obecny rząd nie wydaje się zbyt zainteresowany powyższym tematem. Pewne ożywienie w obrębie prowadzenia polityki historycznej można było zauważyć za czasów obydwu braci Kaczyńskich, kiedy to świętej pamięci prezydent (jeszcze jako włodarz stolicy) doprowadził do powstania Muzeum Powstania Warszawskiego, jednej z najnowocześniejszych placówek tego typu w Polsce. W sposób widoczny wspierał także ideę zbudowania Muzeum Historii Żydów Polskich, obecnie w trakcie realizacji. Obydwie inicjatywy mają szansę stać się kulturalnym gwoździem programu dla zagranicznych podróżnych i ciekawym sposobem na zapoznanie cudzoziemców z historią naszego kraju.

Oczywiście nie chodzi o to, by napisać obfitujący w „bogoojczyźniane” śpiewki program wychowania patriotycznego dla szkół, lecz by w sposób przystępny, nowoczesny (i na ile to możliwe, lekki – takie nadeszły czasy...) zapoznawać młodzież z historią kraju, a co ważniejsze – uczyć ją wyciągania wniosków z minionych zdarzeń. Tymczasem rząd Donalda Tuska ograniczył obowiązkową ilość godzin nauki historii w szkołach średnich dla tych, którzy nie zdają z niej matury. Co więcej, zaproponował nowy przedmiot, będący połączeniem historii oraz wiedzy o społeczeństwie. Nietrudno domyślić się, iż nauczanie historii ucierpi na tym mariażu jeszcze bardziej. Czyżby rząd obawiał się, że Polacy zaczną analizować dalszą i znacznie bliższą przeszłość?