Cztery lata gnicia

Mocne zwycięstwo PO w tych wyborach oznacza, że partia władzy nie musi się obawiać żadnej konkurencji, przynajmniej na razie. PiS jest zapędzone do narożnika. Ma w sejmie liczną i podobno fachową (przekonamy się) reprezentację, tyle że wyborcy raczej nie będą mieli szansy się o tym dowiedzieć. Media masowego rażenia są mocno trzymane w garści przez rząd i pokrewne ugrupowania. PiS nie ma więc żadnego sposobu na zmuszenie PO do jakiegoś reformatorskiego działania. I chyba takich działań nie będzie. Ramka: Sojusz PO z RPP nie opłaca się żadnej ze stron, chyba że w sprawach zasadniczych typu „obrona żłoba i PRL” – tj. uchwalenie budżetu. PO nie chce wzmacniać konkurencji przez dostęp do stanowisk i mediów, Palikot nie chce z kolei brać odpowiedzialności za rządzenie w czasie, gdy możliwe jest finansowe tąpnięcie.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że PO po wyborach ruszy z reformatorskim zapałem do naprawiania państwa, to premier wylał mu kubeł zimnej wody na głowę, stwierdzając, że o żadnej restrukturyzacji rządu nie ma póki co mowy. Jedyna istotna zmiana to była eliminacja Schetyny, ewentualnego kandydata na Brutusa w sojuszu z Pałacem Prezydenckim. Kubeł zimnej wody na głowy swoich wyborców wylał też Janusz Palikot. W ramach budowania przyjaznego państwa rozpoczął konflikt o krzyż w sejmie. Zaiste, temat pierwszorzędny w czasach kryzysu. Z drugiej strony, z punktu widzenia lewicy, jest to moment „teraz albo nigdy”. Jeśli w tym momencie nie uda jej się wypromować swojej ideologii i swojej wizji społeczeństwa (bo nie państwa, takiej wizji lewica, czy palikotowa, czy poSLD-owska, nie posiada), w czasie kryzysu, to potem może być tylko trudniej. Inna sprawa, że zastosowanie jakichkolwiek lewicowych pomysłów sytuację budżetową może tylko pogorszyć. Szczęście w nieszczęściu z tym Palikotem, że obchodząc PO od lewej, zmusił ją do zajęcia pozycji bardziej centrowej. Tym samym pomysły lewicowe (in vitro, zabijanie dzieci i starców, wyrzucanie Kościoła z przestrzeni publicznej) są dla PO spalone – Palikota i tak nie przelicytują. Wychodzi na to, że Palikoty są dla PO tym, czym LPR była dla PiS. Co z tego wyniknie – nie wiadomo. Moim zdaniem sojusz PO z RPP nie opłaca się żadnej ze stron, chyba że w sprawach zasadniczych typu „obrona żłoba i PRL” – tj. uchwalenie budżetu. PO nie chce wzmacniać konkurencji przez dostęp do stanowisk i mediów, Palikot nie chce z kolei brać odpowiedzialności za rządzenie w czasie, gdy możliwe jest finansowe tąpnięcie.

Wróćmy jednak do sedna sprawy: dlaczego nie będzie reform, ani nawet zmian w rządzie? PO jako partia władzy jest wyrazem sił społecznych, które są wyłonione przez spontaniczne ruchy społeczne w warunkach prawnych i finansowych, jakie zapanowały w Polsce po 1989 roku. Siły te to najróżniejsze grupy interesów, czy to gospodarczych, czy to korporacyjnych, czy to wreszcie interesów państw obcych. Konfiguracja tych sił utrzymuje PO przy władzy, zaś PO jest gwarantem utrzymania status quo prawnego. Nikomu nie da i nikomu nie zabierze z tych, którzy naprawdę się liczą. Zmiany mogą zajść co najwyżej poprzez mechanizacje obecnego prawa, np. usprawnienie procedury sądowej przez jej informatyzację, lub innych procedur biurokratycznych. Dzięki temu ci, którzy mają zarobić, zarobią szybciej, być może poprawi się tempo windykacji należności. Stąd pewnie pomysł Ministerstwa Cyfryzacji – z jednej strony tu będzie można podziałać, nie nadeptując nikomu na odcisk, z drugiej – jest to wspaniałe pole do zatrudniania krewnych i znajomych oraz do ustawiania przetargów pod zaprzyjaźnione firmy.

Tak więc rzeczywiste zmiany funkcjonowania państwa są PO, a także tym, którzy za nią stoją, potrzebne jak piąte koło u wozu. Państwo w obecnej postaci bardzo dobrze służy tym, którzy nim władają i którzy nim zarządzają. Młodych, którzy aspirują do czegoś więcej i ewentualnie mogliby wprowadzić ferment, obsłuży Palikot, domagając się w ich imieniu legalizacji marysi, zaś ich nienawiść wynikającą z frustracji i niezaspokojonych ambicji skanalizuje w kierunku Kościoła Katolickiego. Jest to struktura, której centrum decyzyjne znajduje się poza zasięgiem władzy i stąd nie można się z nią sensownie dogadać (czyli zwasalizować). Kościół może więc spokojnie odgrywać rolę kozła ofiarnego.

Taki jest zapewne plan władzy na nadchodzące cztery lata. Są to lata, których środowiska o przekonaniach prospołecznych i patriotycznych nie powinny przespać. Siła massmediów jest siłą pozorną, może załamać się w najmniej spodziewanym momencie. Ściana ułudy tkana przez władzę i pozostające z nią w sojuszu media może zawalić się zupełnie niespodziewanie, z błahego powodu, w momencie przez nikogo nieprzewidzianym. Kryzys gospodarczy, który najprawdopodobniej jest nieunikniony, przy jednocześnie wzrastającym zadłużeniu Polski, może stać się katalizatorem zmian, których dziś nie sposób przewidzieć. Na taką sytuację powinniśmy być przygotowani.