Ekologia polityczna: rodzina

Od struktury władzy, która jest najwyższym szczeblem w procesie nawiązywania połączeń w sieci troficznej, przechodzę do struktury dla sieci podstawowej. Tą podstawową strukturą społeczną jest rodzina.

Rodzina jest to instytucja, której istnienie w najbardziej oczywisty sposób wynika z biologicznej natury człowieka. Biologia powoduje, że kobiety i mężczyźni dążą ku sobie, łączą się w pary i mają potomstwo. Oczywiście od pociągu erotycznego do powstania rodziny jeszcze daleko. Jednak warunki, w jakich żyjemy, powodują, że najczęstszym sposobem współżycia miedzy kobietą i mężczyzną jest małżeństwo (de iure lub de facto). 

Jest to powodowane całym zestawem czynników ekologicznych, wynikających z natury ekosystemu. Po pierwsze, utrzymanie rodziny kosztuje, więc z punktu widzenia mężczyzny posiadanie wielu kobiet jest kłopotliwe. Po drugie, ponieważ ilość kobiet i mężczyzn w populacji jest zbliżona, to zarówno wielożeństwo, jak i wielomęstwo powodowałoby wyłączenie z reprodukcji pewnej grupy osób. Oznaczałoby to, że energia tych osób, która mogłaby zostać skierowana na utrzymanie dzieci, zostanie roztrwoniona. Z kolei osoby pozostające w związku z wieloma partnerami musiałyby wydawać znacznie więcej energii na utrzymanie tych relacji. Po trzecie, utrzymanie dzieci kosztuje, stąd w wielożeństwie kobiety nie mają tylu dzieci, ile miałyby, gdyby każda z nich pozostawała w związku z jednym partnerem. Sytuacja ta, z punktu widzenia bilansu energetycznego systemu, nie jest optymalna. W toku ewolucji stosunków społecznych utrwaliła się rodzina nuklearna jako związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Inne kombinacje zwyczajnie się nie opłacają. Stąd systemy z wielożeństwem lub wielomęstwem mogły istnieć tylko w szczególnych warunkach lub ograniczać się do elit władzy, dla których dodatkowy wydatek energii nie był problemem. Z podobnej przyczyny także skłonności homoseksualne były zawsze zwalczane i spychane na margines. Z punktu widzenia społecznego ekosystemu związek homoseksualny jest bezproduktywny, jest wydatkiem energii nieprzynoszącym korzyści, stąd powstały silne uwarunkowania społeczne eliminujące tego rodzaju praktyki. Podobnie jak w przypadku innych nietypowych zachowań, homoseksualizm był praktykowany przez tych, którzy mogli sobie pozwolić na dodatkową stratę energii (arystokracja, elity władzy).

Związek mężczyzny i kobiety jest dla obojga stron relacji gigantyczną inwestycją. Mężczyzna inwestuje swój czas, pieniądze, rezygnuje z wielu rzeczy celem zdobycia żony, a to przecież dopiero początek wysiłku, bo przyjście na świat dzieci powoduje kolejne wydatki. Kobieta ponad to wszystko inwestuje jeszcze swoje ciało, zgadzając się na kontakty seksualne, a potem rodząc dzieci. Warto zauważyć, że kobiece ciało i siła przyciągania, jaką ma dla mężczyzn, jest dla kobiety swego rodzaju kapitałem, który – jak to kapitał – może zainwestować mądrze, w budowany latami i mozolnie podtrzymywany związek z podchodzącym do tego poważnie mężczyzną, może również ulokować go źle, budując związek z kimś niewłaściwym, bądź wcale związku nie budując. Może też rozmienić ten kapitał zupełnie na drobne, prostytuując się. Tradycyjne wychowanie nakierowane było na przygotowanie młodej kobiety na ten pierwszy wybór, który został doświadczalnie potwierdzony, jako w perspektywie czasowej najlepszy, a z punktu widzenia bilansu energetycznego sieci – najbardziej produktywny. Takie pojęcia jak skromność czy czystość, wpajane dziewczętom, bądź tabu religijne dotykające sfery seksualnej, powodują dystans między płciami, dzięki któremu zbliżenie seksualne jest związane z dużym wydatkiem energii i wymaga niemałej inwestycji czasowej. Ogranicza to ilość przypadkowych, pochopnych kontaktów seksualnych, które mogłyby skutkować nawiązaniem relacji dalekiej od optymalnej. Taki układ służy także kobiecie, jako inwestującej w związek więcej, silniej obciążonej jego rezultatami (ciąża, poród, połóg, opieka nad dzieckiem), a przy tym z reguły słabszej w związku. Rzadko się spotyka, by kobieta przyjęła pozytywnie zaloty mężczyzny głupszego od niej i jeszcze słabszego fizycznie (jest to kolejny mechanizm ekosystemu, premiujący najlepszych uczestników sieci troficznej i zwiększający szanse przetrwania ich genów). Dystans wymuszony przez obyczaj bądź wykształcony przez ewolucję biologiczną wymusza na mężczyźnie większą inwestycję, eliminując tych, którzy nie są zainteresowani poważnym związkiem.

Ogrom środków i długa perspektywa czasowa nawiązywanej relacji powoduje, że bardzo ważne jest przy nawiązywaniu kontaktów damsko-męskich zaufanie. Relacja, która potem staje się małżeństwem, buduje się stopniowo, wchodząc w coraz dalsze obszary intymności drugiego człowieka. Moment przejścia od życia osobno do życia razem był od bardzo dawna uznawany za jeden z najistotniejszych w życiu. Stąd też wesele jest jednym z najważniejszych rytuałów i stąd też silna społeczna kontrola nad instytucją małżeństwa. W czasach przedpaństwowych wypełnianie kontraktu małżeńskiego i jego zawiązanie kontrolowały rodziny obu stron lub wspólnota, w jakiej żyli. Drastyczny przykład takiej kontroli znajdujemy np. w żywocie św. Wojciecha, w którym żona oskarżona o zdradę została zabita przez rodzinę męża. Dzisiejsze zabójstwa honorowe wśród muzułmanów są niczym innym, niż wyrazem takiej właśnie kontroli. Z czasem kontrolę nad małżeństwami przejął Kościół, ustanawiając sakrament małżeństwa. Wszedł tu zresztą w miejsce dawnych wierzeń – moment zaślubin był uważany za ogromnie ważny, podporządkowany rytuałowi i różnym magicznym zabiegom. Od czasu kodeksu Napoleona małżeństwo stało się kontraktem, którego wykonanie kontroluje administracja państwowa. Jeszcze stosunkowo niedawno małżeństwo było nawiązywane przez rodziców lub opiekunów młodych. Konsekwencje małżeństwa były na tyle znaczące, że decyzji w tej sprawie nie można było pozostawiać młodym i mniej doświadczonym.

Kiedy w małżeństwie pojawiają się dzieci, powstaje relacja nowego typu. Dzieci są wychowywane i utrzymywane przez rodziców, a także uczone posłuszeństwa i odpowiedzialności. Rodzina to swoiste laboratorium relacji, jest wspólnotą, która uczy stosunku do innych, z której modele relacji są przenoszone przez dzieci do świata zewnętrznego. Najważniejsza chyba rzecz to nauka zaufania. Relacje nawiązane pomiędzy rodzicami i dziećmi i pomiędzy rodzeństwem są przeważnie utrzymywane przez całe życie i opierają się na zaufaniu. Z tego też powodu nadużycie zaufania ze strony rodziny bywa tak bolesne. W dawnych czasach kontakty rodzinne były podstawowymi relacjami społecznymi. Pokrewieństwo ułatwiało nawiązywanie wszelkich kontaktów, czy handlowych, czy innego rodzaju. Rozbudowana terminologia określająca pokrewieństwo jest reliktem tych czasów. Człowiek był po pierwsze członkiem rodu, zobligowanym do lojalności wobec niego. W społeczeństwach barbarzyńskich to ród ponosił odpowiedzialność za czyny członka i był zobowiązany do jego ochrony. Osoba spoza rodu była w oczywisty sposób w upośledzonej pozycji. Pozostawanie cywilizacji w takim stanie uniemożliwiłoby wszelki rozwój. Wielkim dziełem chrześcijaństwa było rozbicie społeczeństwa rodowego i oparcie społecznego zaufania nie tylko na pokrewieństwie, ale również na wspólnej wierze.

Bynajmniej nie oznacza to, że rodzina straciła na znaczeniu. Rola rodziny nie zmieniła się znacząco: wciąż przygotowuje dzieci do życia w szerszej wspólnocie i daje podstawy bycia częścią większej zbiorowości opartej na więzach pokrewieństwa, choć nie są to więzy decydujące o miejscu człowieka w społeczeństwie. Rodzina, jako wspólnota mała i oparta na wewnętrznym zaufaniu (a nie na prawie stanowionym), jest jednocześnie instytucją względnie elastyczną wobec świata zewnętrznego, potrafiącą się dostosować do najróżniejszych warunków, i to bez zewnętrznej interwencji.

Trudno w tym miejscu nie umieścić małego wtrętu sozologicznego (sozologia – nauka o ochronie przyrody). Uprzedzając nieco wywody, stwierdzam, że naturalne środowisko człowieka wymaga ochrony. Ochrona rodziny, rozumiana jako różne państwowe lub społeczne koncesje dla tego rodzaju wspólnoty, powinna istnieć. Trwałość rodziny jest ogromnie ważna z punktu widzenia bilansu energetycznego ekosystemu. Rodzina mniej trwała to mniejsze zaufanie pomiędzy kobietami i mężczyznami, a tym samym mniejsza chęć wejścia w relacje, mniejsza chęć posiadania potomstwa. To także mniejsze zaufanie na linii dzieci – rodzice i to także ma ujemny wpływ na nawiązywanie połączeń w sieci przez dzieci. To zaś ma najróżniejsze konsekwencje gospodarcze (mniej uczestników sieci, mniejsze przepływy, mniejsze zyski z wymiany) i polityczne (większe koszty utrzymania władzy w stosunku do bogactwa ekosystemu). Mówiąc językiem ekologii: ekosystem ubożeje, jest w stanie wyżywić mniejszą populację.

Panuje przekonanie, że Azja i Afryka wygrywa demograficznie z Europą z powodu religii. Prawda jest nieco inna: to raczej z uwagi na bardzo silną instytucję małżeństwa i wielką rolę rodziny rodzi się tam znacznie więcej dzieci. Można by powiedzieć, że społeczeństwa azjatyckie i afrykańskie to swoiste lasy równikowe ludzkości, wyrównujące zaburzenia ekosystemu spowodowane np. w Europie przez nadmierne i nietrafiane interwencje w ludzkie środowisko naturalne.

Rodzina jest to instytucja, której istnienie w najbardziej oczywisty sposób wynika z biologicznej natury człowieka. Biologia powoduje, że kobiety i mężczyźni dążą ku sobie, łączą się w pary i mają potomstwo. Oczywiście od pociągu erotycznego do powstania rodziny jeszcze daleko. Jednak warunki, w jakich żyjemy, powodują, że najczęstszym sposobem współżycia miedzy kobietą i mężczyzną jest małżeństwo (de iure lub de facto).

 

Jest to powodowane całym zestawem czynników ekologicznych, wynikających z natury ekosystemu. Po pierwsze, utrzymanie rodziny kosztuje, więc z punktu widzenia mężczyzny posiadanie wielu kobiet jest kłopotliwe. Po drugie, ponieważ ilość kobiet i mężczyzn w populacji jest zbliżona, to zarówno wielożeństwo, jak i wielomęstwo powodowałoby wyłączenie z reprodukcji pewnej grupy osób. Oznaczałoby to, że energia tych osób, która mogłaby zostać skierowana na utrzymanie dzieci, zostanie roztrwoniona. Z kolei osoby pozostające w związku z wieloma partnerami musiałyby wydawać znacznie więcej energii na utrzymanie tych relacji. Po trzecie, utrzymanie dzieci kosztuje, stąd w wielożeństwie kobiety nie mają tylu dzieci, ile miałyby, gdyby każda z nich pozostawała w związku z jednym partnerem. Sytuacja ta, z punktu widzenia bilansu energetycznego systemu, nie jest optymalna. W toku ewolucji stosunków społecznych utrwaliła się rodzina nuklearna jako związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Inne kombinacje zwyczajnie się nie opłacają. Stąd systemy z wielożeństwem lub wielomęstwem mogły istnieć tylko w szczególnych warunkach lub ograniczać się do elit władzy, dla których dodatkowy wydatek energii nie był problemem. Z podobnej przyczyny także skłonności homoseksualne były zawsze zwalczane i spychane na margines. Z punktu widzenia społecznego ekosystemu związek homoseksualny jest bezproduktywny, jest wydatkiem energii nieprzynoszącym korzyści, stąd powstały silne uwarunkowania społeczne eliminujące tego rodzaju praktyki. Podobnie jak w przypadku innych nietypowych zachowań, homoseksualizm był praktykowany przez tych, którzy mogli sobie pozwolić na dodatkową stratę energii (arystokracja, elity władzy).

 

Związek mężczyzny i kobiety jest dla obojga stron relacji gigantyczną inwestycją. Mężczyzna inwestuje swój czas, pieniądze, rezygnuje z wielu rzeczy celem zdobycia żony, a to przecież dopiero początek wysiłku, bo przyjście na świat dzieci powoduje kolejne wydatki. Kobieta ponad to wszystko inwestuje jeszcze swoje ciało, zgadzając się na kontakty seksualne, a potem rodząc dzieci. Warto zauważyć, że kobiece ciało i siła przyciągania, jaką ma dla mężczyzn, jest dla kobiety swego rodzaju kapitałem, który – jak to kapitał – może zainwestować mądrze, w budowany latami i mozolnie podtrzymywany związek z podchodzącym do tego poważnie mężczyzną, może również ulokować go źle, budując związek z kimś niewłaściwym, bądź wcale związku nie budując. Może też rozmienić ten kapitał zupełnie na drobne, prostytuując się. Tradycyjne wychowanie nakierowane było na przygotowanie młodej kobiety na ten pierwszy wybór, który został doświadczalnie potwierdzony, jako w perspektywie czasowej najlepszy, a z punktu widzenia bilansu energetycznego sieci – najbardziej produktywny. Takie pojęcia jak skromność czy czystość, wpajane dziewczętom, bądź tabu religijne dotykające sfery seksualnej, powodują dystans między płciami, dzięki któremu zbliżenie seksualne jest związane z dużym wydatkiem energii i wymaga niemałej inwestycji czasowej. Ogranicza to ilość przypadkowych, pochopnych kontaktów seksualnych, które mogłyby skutkować nawiązaniem relacji dalekiej od optymalnej. Taki układ służy także kobiecie, jako inwestującej w związek więcej, silniej obciążonej jego rezultatami (ciąża, poród, połóg, opieka nad dzieckiem), a przy tym z reguły słabszej w związku. Rzadko się spotyka, by kobieta przyjęła pozytywnie zaloty mężczyzny głupszego od niej i jeszcze słabszego fizycznie (jest to kolejny mechanizm ekosystemu, premiujący najlepszych uczestników sieci troficznej i zwiększający szanse przetrwania ich genów). Dystans wymuszony przez obyczaj bądź wykształcony przez ewolucję biologiczną wymusza na mężczyźnie większą inwestycję, eliminując tych, którzy nie są zainteresowani poważnym związkiem.

 

Ogrom środków i długa perspektywa czasowa nawiązywanej relacji powoduje, że bardzo ważne jest przy nawiązywaniu kontaktów damsko-męskich zaufanie. Relacja, która potem staje się małżeństwem, buduje się stopniowo, wchodząc w coraz dalsze obszary intymności drugiego człowieka. Moment przejścia od życia osobno do życia razem był od bardzo dawna uznawany za jeden z najistotniejszych w życiu. Stąd też wesele jest jednym z najważniejszych rytuałów i stąd też silna społeczna kontrola nad instytucją małżeństwa. W czasach przedpaństwowych wypełnianie kontraktu małżeńskiego i jego zawiązanie kontrolowały rodziny obu stron lub wspólnota, w jakiej żyli. Drastyczny przykład takiej kontroli znajdujemy np. w żywocie św. Wojciecha, w którym żona oskarżona o zdradę została zabita przez rodzinę męża. Dzisiejsze zabójstwa honorowe wśród muzułmanów są niczym innym, niż wyrazem takiej właśnie kontroli. Z czasem kontrolę nad małżeństwami przejął Kościół, ustanawiając sakrament małżeństwa. Wszedł tu zresztą w miejsce dawnych wierzeń – moment zaślubin był uważany za ogromnie ważny, podporządkowany rytuałowi i różnym magicznym zabiegom. Od czasu kodeksu Napoleona małżeństwo stało się kontraktem, którego wykonanie kontroluje administracja państwowa. Jeszcze stosunkowo niedawno małżeństwo było nawiązywane przez rodziców lub opiekunów młodych. Konsekwencje małżeństwa były na tyle znaczące, że decyzji w tej sprawie nie można było pozostawiać młodym i mniej doświadczonym.

 

Kiedy w małżeństwie pojawiają się dzieci, powstaje relacja nowego typu. Dzieci są wychowywane i utrzymywane przez rodziców, a także uczone posłuszeństwa i odpowiedzialności. Rodzina to swoiste laboratorium relacji, jest wspólnotą, która uczy stosunku do innych, z której modele relacji są przenoszone przez dzieci do świata zewnętrznego. Najważniejsza chyba rzecz to nauka zaufania. Relacje nawiązane pomiędzy rodzicami i dziećmi i pomiędzy rodzeństwem są przeważnie utrzymywane przez całe życie i opierają się na zaufaniu. Z tego też powodu nadużycie zaufania ze strony rodziny bywa tak bolesne. W dawnych czasach kontakty rodzinne były podstawowymi relacjami społecznymi. Pokrewieństwo ułatwiało nawiązywanie wszelkich kontaktów, czy handlowych, czy innego rodzaju. Rozbudowana terminologia określająca pokrewieństwo jest reliktem tych czasów. Człowiek był po pierwsze członkiem rodu, zobligowanym do lojalności wobec niego. W społeczeństwach barbarzyńskich to ród ponosił odpowiedzialność za czyny członka i był zobowiązany do jego ochrony. Osoba spoza rodu była w oczywisty sposób w upośledzonej pozycji. Pozostawanie cywilizacji w takim stanie uniemożliwiłoby wszelki rozwój. Wielkim dziełem chrześcijaństwa było rozbicie społeczeństwa rodowego i oparcie społecznego zaufania nie tylko na pokrewieństwie, ale również na wspólnej wierze.

 

Bynajmniej nie oznacza to, że rodzina straciła na znaczeniu. Rola rodziny nie zmieniła się znacząco: wciąż przygotowuje dzieci do życia w szerszej wspólnocie i daje podstawy bycia częścią większej zbiorowości opartej na więzach pokrewieństwa, choć nie są to więzy decydujące o miejscu człowieka w społeczeństwie. Rodzina, jako wspólnota mała i oparta na wewnętrznym zaufaniu (a nie na prawie stanowionym), jest jednocześnie instytucją względnie elastyczną wobec świata zewnętrznego, potrafiącą się dostosować do najróżniejszych warunków, i to bez zewnętrznej interwencji.

 

Trudno w tym miejscu nie umieścić małego wtrętu sozologicznego (sozologia – nauka o ochronie przyrody). Uprzedzając nieco wywody, stwierdzam, że naturalne środowisko człowieka wymaga ochrony. Ochrona rodziny, rozumiana jako różne państwowe lub społeczne koncesje dla tego rodzaju wspólnoty, powinna istnieć. Trwałość rodziny jest ogromnie ważna z punktu widzenia bilansu energetycznego ekosystemu. Rodzina mniej trwała to mniejsze zaufanie pomiędzy kobietami i mężczyznami, a tym samym mniejsza chęć wejścia w relacje, mniejsza chęć posiadania potomstwa. To także mniejsze zaufanie na linii dzieci – rodzice i to także ma ujemny wpływ na nawiązywanie połączeń w sieci przez dzieci. To zaś ma najróżniejsze konsekwencje gospodarcze (mniej uczestników sieci, mniejsze przepływy, mniejsze zyski z wymiany) i polityczne (większe koszty utrzymania władzy w stosunku do bogactwa ekosystemu). Mówiąc językiem ekologii: ekosystem ubożeje, jest w stanie wyżywić mniejszą populację.

 

Panuje przekonanie, że Azja i Afryka wygrywa demograficznie z Europą z powodu religii. Prawda jest nieco inna: to raczej z uwagi na bardzo silną instytucję małżeństwa i wielką rolę rodziny rodzi się tam znacznie więcej dzieci. Można by powiedzieć, że społeczeństwa azjatyckie i afrykańskie to swoiste lasy równikowe ludzkości, wyrównujące zaburzenia ekosystemu spowodowane np. w Europie przez nadmierne i nietrafiane interwencje w ludzkie środowisko naturalne.