Gdzie się podział Sienkiewicz?

Wyszedłem mocno sfrustrowany z projekcji najnowszego „dzieła” („dziełka”, „dziełeczka”?) Hoffmana, i to bynajmniej nie z powodów podnoszonych zarówno w prasie bardziej z prawej strony (Uważam Rze), jak i z lewej (Wyborcza). Nie przeszkadzała mi czytankowość „Bitwy”, prawdopodobnie z powodu braku czytankowości, jak i poprawność polityczna, której równie mało było. Tym, co sfrustrowało mnie, był całkowity brak fabuły, porażająca ubogość zarysowanych postaci drugoplanowych oraz Natasza Urbańska.

Ale po kolei. Pomijając aspekt żenującej muzyki (już naprawdę Rubik z „Ogniem i mieczem” był lepszy), „Bitwie” brakuje fabuły. W pełni rozumiem, że miał to być debiut kina w hollywoodzkim stylu i że scenariusz nie musi być nazbyt rozbudowany, ale jakoś w „Szeregowcu Ryanie” dało się skorcić historię prostą, a zarazem porządną. Widzowi polskiemu natomiast zaserwowano coś zgoła innego.

Główny bohater raz jedzie w jedną stronę frontu, raz w drugą, i tak ciągle. Zostaje posądzony o domniemany komunizm i aresztowany. Potem go łapią bolszewicy, ale ucieka (trochę to pachnie Skrzetuskim), a potem dzielnie walczy, zostaje ranny i tyle. Mało? Mało. Ale cóż na to widz poradzi, może zamiast czegoś więcej posłuchać Urbańskiej. Filmowi brakuje Sienkiewicza, i to brakuje koszmarnie. Powinien wstać z grobu, napisać powieść o Janku ułanie z wojny 1920, a potem niech Hoffman to kręci.

W „Ogniem i mieczem”, jak również w „Szeregowcu Ryanie” wyraźnie zarysowano postacie drugoplanowe. W najnowszym tworze Hoffmana oszczędzono widzowi takich bzdur i ilekroć ktoś miał potencjał, scenariusz uspokajał jego niezdrowe ambicje. I tak ani Linda grający Bolesława Wieniawę (w napisach końcowych amputowano biednemu Długoszowskiemu nazwisko [zwrócił mi uwagę na to Przemek Mrówka]) nie miał okazji się popisać. Osobną kwestią jest to, że nie nadawał się do tej roli. Pozbawiono również widza możliwość zabawy z gier słownych dwóch szyfrantów Samuela i Anatola, chyba najlepszych postaci filmu [tu kolejna ciekawostka od Przemka – ponoć mieli być oni gejami wedle zamysłu Hoffmana. Nawet Gazeta Wyborcza określiła to jako przesadę]. Lista straconych okazji jest długa, zarówno Sotnik Krysznik, jak i Czekista Bykowski pozostawiają niedosyt.

Nie podpisuję się pod zarzutem o poprawność polityczną dziełka Hoffmana. Zrobienie Czekisty Polakiem to akurat nie wielkie ajwaj (szczególnie, że tak jednoznacznie to z filmu nie wynika), a zarzut o pacyfistyczne ukazanie bitew jest po prostu śmieszny. Chyba że ktoś chciał filmu o tym, jak to fajnie jest na wojnie, to się mógł zdziwić.

Czytanką również nie jest. Film pokazuje jednak polską armię nie li tylko jako bohatery, pod tym względem jeszcze jakoś udało się coś pokazać Hoffmanowi.

Co innego wszystkoizm. Zamiast skupić się na samej bitwie warszawskiej, zrobiono widzowi przegląd migawek od Kijowa po 16 sierpnia. Do tego, ponieważ byłoby to niestrawne na widza, Hoffman poczuł się w obowiązku wytłumaczenia, o co chodzi, co powoduje, że jest to jeszcze bardziej niestrawne. Film zrobił się nudny i niespójny. Całość wyglądała, jakby były to wycinki najbardziej efektywnych scen z serialu, który nigdy nie powstał, przez co przypominał inne dzieło polskiej kinematografii – „Wiedźmina”.

Gwoździem do trumny jest Natasza Urbańska. Widzowi zapewniono ordynarnie długie wstawki tego, co wedle założenia miało być jej śpiewem. Nomen omen sama koncepcja „ułan i aktorka kabaretowa” to humbug. Niemożliwe, furda, ale przecież teraz to jest na topie, dzięki „Tańcowi z gwiazdami” czy innej bzdurze. Gra na poziome drewnianego kołka, zaś jeżeli chodzi o śpiew, to już wolałem, jak się darła przy cekaemie.

O pomstę woła również brak tak naprawdę dużej bitwy. Sama batalia o Warszawę powinna być punktem kulminacyjnym całego filmu, a wyszła zupełnie bez fajerwerków. Sytuacja wybitnie irytująca.

Nie rozumiem również zupełnie latających krzyży. Dwukrotnie w zwolnionym tempie widz mógł oglądać, jak latają, jak na razie nikt mi nie wytłumaczył, co miały oznaczać te sceny.

In suma. Jeżeli ktoś ma możliwość wyboru, niech lepiej obejrzy sobie serial z TVP „1920 Miłość i wojna”, chociaż z dużo mniejszym budżetem – zdecydowanie lepszy. Jedynym naprawdę wielkim plusem jest scena w pamiętającym cara pociągu pancernym. Przypadkiem wyszła pięknie steampunkowa sceneria.