Między „Potopem” a „Starą baśnią”

Wojna polsko-bolszewicka stanowi jeden z najważniejszych tematów składających się na polską świadomość historyczną. Przez lata PRL pozostawała tematem wyklętym – politycznym tabu, skrzętnie zamiatanym pod gruby dywan oficjalnej narracji naszych dziejów. W przeciwieństwie do II wojny światowej i konfliktów z zachodnim sąsiadem długo nie doczekała się ekranizacji. Czy epicka produkcja Jerzego Hoffmana zaspokaja głód kinomanów, spragnionych wojennego fresku o zmaganiach z Rosją Sowiecką?

O społecznym oczekiwaniu na polską superprodukcję osadzoną w realiach „cudu nad Wisłą” wiele mówi gromadzenie funduszy na ten cel. Jerzy Hoffman nie musiał szukać sponsorów – to oni zgłosili się do twórcy, oferując mu pierwsze miliony. Dzięki temu zdjęcia sprawnie zrealizowano od czerwca do sierpnia 2010 r., a premiera filmu „Bitwa warszawska 1920” odbyła się zgodnie z zapowiedziami – u schyłku września 2011 r. Na tle zarzuconego remake’u „Krzyżaków” i odłożonej na półkę „Tajemnicy Westerplatte” tego rodzaju precyzja przedprodukcyjnych zapowiedzi była w naszej wojennej kinematografii miłą nowością.

Nim po długim ciągu reklam i wstępie Hoffmana rozpoczął się seans, mogliśmy oczekiwać co najmniej dwóch produkcji. Pierwszą był kolejny „Potop” – klimatyczna opowieść o wielkiej wojnie, wybornie łącząca ujęcia bezkresnych pól bitewnych z kameralnymi scenami, w których narodowe dzieje ożywają dzięki ekspresji i różnorodności emocji każdego z bohaterów. Druga to „Stara baśń” – przejaskrawiona legenda o dawno już zapomnianym epizodzie sprzed wieków, w której jeden z pomniejszych polskich mitów próbowano reanimować, wplatając w bliskie plany Szekspirowskie dylematy głównych postaci.

W najnowszym filmie Jerzego Hoffmana otrzymujemy jedno i drugie. Wojna polsko-bolszewicka jest tutaj potopem – nieokiełznaną, demoniczną siłą, która miota głównymi bohaterami jak zabawkami. Epickie i naturalistyczne sceny batalistyczne tworzą nastrój, w którym za P. Bosquetem można zakrzyknąć: „To wspaniałe, ale to nie jest wojna – to szaleństwo!”. Rzeczywiście, znakomite zdjęcia i dynamiczny montaż pomogły oddać okrutne realia pola walki: spustoszenie wywołane huraganowym ostrzałem artylerii, trupy gęsto ścielące się pod ogniem broni maszynowej czy wreszcie barbarzyńskie starcia na bagnety. Stereoskopowy obraz zwiększa wstrząsający efekt tych scen. Wrażenie realności dopełnia nade wszystko pieczołowita rekonstrukcja pola walki: scenografia, rekwizyty i kostiumy.

Zmieniająca się sytuacja na froncie przekłada się na koleje losów wszystkich bohaterów. Lewicujący żołnierz-poeta zostaje skazany na karę śmierci, której niespodziewanie unika, kiedy w dniu egzekucji jego oddział zostaje zagarnięty przez falę bolszewickich żołnierzy, prących niepowstrzymanie na zachód. Jego żona, przygnębiona nieobecnością wybranka i sytuacją w kraju, postanawia założyć mundur i zaciągnąć się do służby medycznej. Weterani ledwo co zakończonej Wielkiej Wojny wracają do służby, pomagając następnie odczytywać sowieckie szyfry. Mjr Wieniawa-Długoszowski opuszcza pełną kabaretów i nocnych klubów stolicę, by pojechać na prowincję i sprowadzić do Warszawy ludowego przywódcę Wincentego Witosa, który – dosłownie oderwany od wideł – ma zostać nowym premierem. Nawet marszałek Piłsudski zmuszony jest przyznać, że wobec widma totalnej klęski jedynym ratunkiem jest koncentracja resztek kawalerii i rozpaczliwy kontratak znad Wieprza.

Na tym poziomie twórcy osiągają cel – „Bitwa warszawska 1920” to sprawne kino wojenne, staranne wizualnie i dopieszczone w scenach batalistycznych. W jednym z Maestro Hoffmanem zgodzić się jednak nie sposób. Oczywiście „film to nie jest podręcznik historii”, ale realia polskiej kinematografii są dla naszej historii nieubłagane. Ekranizacja opowieści o wojnie polsko-bolszewickiej z takim budżetem i zespołem twórców przytrafia się raz. Nie mogło więc być miejsca na poprawki czy zapowiedzi sequela.

Podstawowy zarzut wobec pierwszej polskiej trójwymiarowej superprodukcji dotyczy pomysłu na scenariusz. Autorem filmowej historii jest sam Jerzy Hoffman, któremu asystował Jarosław Sokół (znany m.in. z telewizyjnego „Czasu honoru”, komentowanego przez miłośników historii ze sceptycyzmem – przede wszystkim za błędy faktograficzne). Ich udziałem stał się identyczny błąd z tym, który w 2006 r. popełnił Bogusław Wołoszański na planie „Tajemnicy twierdzy szyfrów”. Próba połączenia bardzo starannej warstwy rekonstrukcyjnej i wizualnej z wartką i zaskakującą akcją w obu przypadkach zakończyła się bowiem sromotną klęską sensacyjnej fabuły. O ile zaniedbaniem Wołoszańskiego było nadmierne spowolnienie narracji i przedłużanie ujęć, o tyle „Bitwa…” cierpi na zatrważający brak spójności poszczególnych scen.

W filmie niewiele z siebie wynika, bohaterowie w nieoczekiwany sposób przeskakują między lokacjami, a zwroty akcji nie są powiązane w logiczne sekwencje, w których napięcie byłoby stopniowane. Próba utrzymania maksymalnego skupienia widzów na każdym ujęciu kończy się znużeniem – tym większym, że tytułowa bitwa nie jest poprzedzona żadnym sygnałem, iż oto nadchodzi punkt kulminacyjny filmu. Niczym się też w dramaturgii nie wybija. Tej fabularnej katastrofy nie ratuje znakomita, psychodeliczna scena natarcia polskiej piechoty pod Ossowem, w której atakujących w lekkiej mgle bezlitośnie dziesiątkują ukryte w lesie sowieckie cekaemy, niemal niesłyszalne z odległości kilkuset metrów.

Drugi kluczowy zarzut dotyczy konstrukcji postaci i gry aktorskiej. Twórcy filmu postawili sobie ambitny cel – w klasycznych rolach epopei historycznej (szlachetny rycerz, piękna księżniczka, demoniczny czarny charakter, zgraja łotrzyków, mądry władca, nadworny trefniś, szlachetny wędrowiec) chcieli ulokować postaci typowe dla wojny polsko-bolszewickiej (dzielny ułan, urodziwa warszawianka, odrażający politruk, obdarci czekiści, rozważny naczelnik państwa, zwiedzający warszawskie kluby nocne oficer do zadań specjalnych, błąkający się po ziemi niczyjej kozacki dowódca), a przy tym spróbować choć trochę przełamać stereotypy o tamtych czasach.

W efekcie Borys Szyc gra lewicującego ułana-poetę, a Natasza Urbańska wciela się w aktorkę, która odkrywa w sobie feministyczny zryw ku służbie publicznej. Adam Ferency jest politrukiem – Polakiem, zesłanym w 1905 r. w głąb carskiej Rosji, zaś jego łotrzykowie to umorusani chłopi, taszczący karabiny na przysłowiowym sznurku. Daniel Olbrychski jako Piłsudski podśpiewuje w sztabie rosyjskie piosenki, a Bogusław Linda cytuje Wieniawę z jego słynnym „czysta wódka ani munduru, ani honoru polskiego oficera nie plami”. Szlachetnego wędrowca odtwarza Aleksandr Domogarow, którego sotnik Kryszkin jest zgorzkniałym Kozakiem, chcącym walczyć po polskiej stronie nie z sympatii do Piłsudskiego czy demokracji, ale z chęci zemsty na mordercach swojej rodziny.

Wobec tak ciekawie postawionego zadania wiele można by było ekipie Jerzego Hoffmana wybaczyć. Wiele, ale nie wszystko. Cóż bowiem z tego, że filmowa Ola Raniewska tak jak bohaterowie Conrada wchodzi coraz głębiej w otchłań wojennej ciemności, doświadczając w końcu bezmiaru frontowej rzeźni, skoro w ostatniej scenie, snując się po bitwie przez zaścieloną trupami transzeję, nie potrafi – niczym Kurtz – wyrazić niemego „Zgroza!”?

Cóż z tego, że cierpiący na hemoroidy czekista Bykowski ma zadatki na przewodnika, prowadzącego – jak u Dantego – lewicującego dotąd Jana Krynickiego przez piekło sowieckiej strefy przyfrontowej, jeśli w dość przypadkowych okolicznościach ginie w połowie filmu? I cóż z tego, że jego „frontowa żona” zostaje wykreowana na postać ze sporym potencjałem (była żona carskiego oficera, wciąż mająca przed oczami okrutne dni rewolucji październikowej, mimo wszystko żarliwie religijna), skoro umiera w niemal tym samym momencie?

Cóż wreszcie z tego, że przez cały film Borys Szyc – podążając ścieżką na miarę Odyseusza – kolekcjonuje najróżniejsze doświadczenia po obu stronach frontu (pozbawiony cienia rzetelności polski sąd polowy, grupa czekistów gwałcąca „proletariuszkę”, rozmowy z polskimi i sowieckimi oficerami, naoczne obserwacje obu armii i praktyk sprawowania władzy), jeśli sotnia Aleksandra Domogarowa bezpiecznie eskortuje go do Modlina, skąd w polskich szeregach – bez cienia przemiany wewnętrznej ani jakiegokolwiek innej formy pogłębienia postaci – wraca od razu na pierwszą linię frontu, by gonić bolszewików?

W efekcie otrzymujemy od Hoffmana beczkę przedniego miodu, do której jednak dziegieć wlewano solidną chochlą. Wielkim plusem filmu jest staranna wizualna rekonstrukcja świata sprzed dziewięćdziesięciu lat. Specjaliści dopatrzą się wprawdzie samochodów pancernych z okresu międzywojennego, anten telewizyjnych na budynkach, głośników w świątyniach czy nadmiaru benzolu używanego do symulowania artyleryjskich eksplozji, jednak wrażenie cofnięcia się w czasie jest uderzające.

Na korzyść twórców „Bitwy...” trzeba też zapisać skomplikowanie niemal wszystkich głównych postaci i próbę wplecenia w ich konstrukcje elementu przekornego, niepasującego do potocznego wyobrażenia o Polakach czy Rosjanach z tamtych czasów. Bardzo dobrze wypada część obsady – Piłsudski Olbrychskiego mówi z miękkim akcentem, stylizowanym na wileńskie zaciąganie Marszałka, a kozacki sotnik Domogarowa rzeczywiście wygląda na błąkającego się wojownika, który na obcej ziemi próbuje zaznać w bitwie wyczekiwanego ukojenia.

Nic to jednak, jeśli papierowe postaci, brak spójnej fabuły, chaotyczna narracja i słaba gra większości głównych aktorów odciskają na „Bitwie…” piętno, nad którym nie sposób przejść do porządku dziennego. Tutaj po raz kolejny widać błędy „Starej baśni”, sprowadzające się – mówiąc najoględniej – do traktowania widza jak osoby mało inteligentnej, nieumiejącej odczytać mniej topornych form wyrazu i prostszych symboli niż te, którymi epatują twórcy.

Wielka szkoda, że gwarancja sukcesu kasowego, wynikająca z połączenia tematyki, obsady, ekipy, budżetu i technologii 3D stłumiła dążenie do nakręcenia solidnego, trzymającego w napięciu wojennego fresku. W efekcie otrzymujemy kunsztowny pokaz slajdów sprzed dziewięćdziesięciu lat, którego jednak nie sposób określić mianem filmu adekwatnego do oczekiwań nowoczesnego widza.

Ja czekam na wersję reżyserską „Bitwy...”. Być może dodatkowa godzina materiału filmowego pozwoli przekształcić brutalny trójwymiarowy komiks o wojennej zawierusze w intrygującą i spójną opowieść – na kanwie dziejów osiemnastej najważniejszej bitwy w dziejach świata.