Siedem

To nie Tusk wygrał wybory, to nie Palikot będzie budował lewicę. Napieralski zrobił, co mógł, a feministki poniosły klęskę. Ale po kolei. Oto siedem mitów minionych wyborów.

1. Platformie udała się rzecz niebywała

PiS uzyskał gorszy wynik po czterech latach bycia w opozycji, niż po dwóch rządzenia. Pytanie, jaka w tym zasługa Platformy – i dorobku rządu Tuska – a na ile wysokie zwycięstwo partii rządzącej jest porażką PiS-u.

Premier miał ułatwione zadanie. Kaczyński i Napieralski oddali ten mecz walkowerem i uciekali od debaty face to face, słusznie oceniając swoje szanse jako iluzoryczne. Od 2007 roku Tusk to medialne zwierzę.

2. Napieralski przegrał debatą z Rostowskim

To wydarzyło się wcześniej. Sojusz wystawił na swoim przedzie człowieka, który usatysfakcjonował się porażką w I turze wyborów prezydenckich. Napieralski chciał być wicepremierem przy Platformie, a przecież jeszcze kilka lat temu ochrzcił się jako polski Zapatero – lewicowy reformator, feniks socjaldemokracji. Napieralski po prostu nie mógł nie przegrać. Nie ma charyzmy, intelektu, jest emocjonalnie jałowy.

3. Palikot to przyszłość lewicy

Znakomity wynik Ruchu. A mógł być jeszcze lepszy, gdyby nie antypisowska pragmatyka części młodego elektoratu, który wsparł Platformę. Ten zlepek zacznie jednak kruszyć się dosyć prędko. Palikot dopiero poznaje swoich ludzi, ich pomysły, poglądy, potencjały, ale także ambicje. Na razie na piedestał wystawia nazwiska (Nowicka, Rozenek) – i na to już krzywo spoglądają posłowie, którzy przez bite miesiące aranżowali życie partii skazywanej na klęskę.

Ruch nie ma spójności ideowej i z każdym miesiącem będzie o nią coraz ciężej. Sam Palikot nie jest wiarygodny, jako lewicowiec – to nie lewicowości zresztą zawdzięcza swój sukces. Odchodząc z Platformy, jeszcze na pierwszej fali poparcia (czy raczej zainteresowania), był centrystą, człowiekiem od happeningów, twórcą komisji kojarzonej z wolnorynkowym liberalizmem.

4. Parytety sprawdziły się

Niemal połowa z ubiegających się o mandat to kobiety – to więcej niż wymagała ustawa kwotowa. W mijającej kadencji posłanek było 62, teraz ma być 112. Czyli ledwie 24 proc. całego Sejmu. Feministki zdążyły już zastrzec, że kobiety dostawały gorsze pozycje na listach. Że potrzebny jest zapis o „suwakach”. Co potem? Równe fundusze na kampanię?

Wniosek jest zbyt prosty, by został zrozumiały: wyborcy nie kierują się płcią.

5. JOW-y zawiodły

Większość „niezależnych” kandydatów to jeszcze niedawni parlamentarzyści czy samorządowcy jak najbardziej uwikłani w partyjne sitwy. W rzeczywistości to dopiero ich sukces równałby się klęsce JOW-ów – oznaczałby, jak łatwo można zmanipulować wyborcą.

Rzecz nie w tym, by parlamentarzyści nie należeli do dużych partii. Chodzi raczej o ich swobodę w klubowej nomenklaturze, komfort pracy niezakłócony wyborczym stryczkiem – jak nam podskoczysz, nie dostaniesz miejsca na liście. W JOW-ach na takie pogróżki jest zwyczajnie za późno.

6. Ta kampania zrewolucjonizowała polski PR

Twitter nie pomógł Łukaszowi Naczasowi, dobre story nie wystarczyło Zuzannie Kurtyce. Jacek Żalek dostał się z przedostatniego miejsca [sic]] na podlaskiej liście PO, bo wywieszał ogromne siatki i rozdawał żelki. Palikotowi nie zaszkodziła sądowa porażka w trybie wyborczym na trzy dni przed wyborami. Narracja, inaczej niż chciał Igor Mistewicz, odegrała po prostu mniejsze znaczenie. Polska polityka jest zbyt nudna, by można było – o niej, czy w niej – cokolwiek fascynującego opowiedzieć.

7. Frekwencja była niska

Nie istnieją niskie, średnie ani wysokie frekwencje. Jakkolwiek mierzalne jest tylko zainteresowanie polityką i ono faktycznie na cokolwiek przekłada się i o czymkolwiek mówi. Głosowanie bywa obowiązkiem. Ale tylko, gdy coś ma się przy urnie do powiedzenia.

Liczą się procenty, nie głosy, mandaty, nie frekwencja. Ona nie zwiększy odpowiedzialności rządzących, nie wzmocni jej moralnej czy społecznej – jakiejkolwiek – legitymizacji.