Skyfall – jednak upadek

Kolejny film z nieśmiertelnej serii z Agentem 007 wszedł z reklamowym rumorem i tupotem do kin. Jednak o ile poprzednie filmy z serii o Jamesie Bondzie pokazywały nową jakość w serii, ten okazał się powtórzeniem klasycznych wzorców, do których w moim przekonaniu powrotu nie ma.

„Skyfall” nie jest filmem złym. Jest kolejnym z serii o Bondzie w reżyserii Sama Mandesa, wyprodukowanym na najwyższym poziomie realizacyjnym, łącząc elementy kina brytyjskiego ze znakomitym rzemiosłem kina akcji Hollywoodu. Niby wszystko jest – i szybka akcja, i szybkie kobiety, bijatyka i strzelanina, odniesienia do klasycznych postaci z serii: Q (Ben Whishaw – pamiętny z głównej roli w „Pachnidle”) i Moneypenny (Noamie Harris, najbardziej chyba znana z roli wiedźmy Calypso w „Piratach z Karaibów”). Godny odnotowania jest zwłaszcza ten ostatni szczegół: scenarzyści zdecydowali się na powrót tej klasycznie bondowskiej – i jednoznacznie seksistowskiej postaci, uosabiającej klasyczny stereotyp sekretarki. Jednocześnie ze sceny schodzi „M” w postaci Judi Dench . Czyżby był to jeden z symptomów zamierania feminizmu w wersji „kobieta nadaje się do tego samego co facet”? Jedną  z bardziej żałosnych postaci filmu jest właśnie kobieta – minister spraw wewnętrznych. Postacie Q i Moneypenny unowocześniono –Q jest geekiem, a Moneypenny jest mulatką, co należy uznać za ukłon w stronę „nowych” obywateli UK.

Czego więc w filmie brakuje? Brak jest stopniowo budowanego napięcia, tajemnicy jaką udało się wpleść w „Casino Royale” i „Quantum of solace”. Podział na dobrych i złych nie przebiega w poprzek organizacji jak w poprzednich częściach: wszyscy współpracownicy Bonda z MI6 okazują się „dobrzy”, rząd brytyjski też jest dobry. Ginie ciekawy wątek organizacji typu „ukrytego rządu światowego” zarządzającego surowcami planety. Nie ma Mr. Whita, który był w poprzednich częściach właściwym przeciwnikiem Bonda. Szczególnie w postaciach wrogów Bonda z tej i poprzedniej części serii widać czym różnią się te filmy. Mr. White nie jest szczególnie demoniczny, to po prostu biznesman „robiący” w brudnych pieniądzach, czarnym rynku i światowych spiskach. Chodzi w dobrym garniturze, odwiedza operę, a jego praca polega głównie na spotykaniu różnych ludzi, umawianiu ich, na gwarantowaniu autorytetem „firmy” lojalności kontrahentów. Po broń sięga jako po narzędzie pracy, kiedy wymaga tego sytuacja. Czarny charakter z tej części Bonda - Raoul Silva (Javier Bardem) -  jest typowym groteskowym świrem, robiących złe rzeczy dla samej przyjemności płynącej z zadawania bólu i z zemsty, typowym dla dawnych odcinków Bonda.
Film nie ma też posmaku politycznej niepoprawności „Quantum of solace”, gdzie przestępcy zarabiali pieniądze żerując na naiwnej „ekologii”. Choć zdjęcia w „Skyfall” są na najwyższym poziomie, to nie ma w nim tak wysmakowanych momentów, jak sekwencja strzelaniny w operze, gdzie sceny pościgu przelatane były scenami z przedstawienia.

O filmie tym mówiono, że jest to powrót do „dawnego” Bonda. Niestety, oznacza to uproszczenie fabuły, bardziej schematyczne postacie i niestety, brak jakichkolwiek zaskoczeń, których nie szczędziło nam szczególnie „Casino Royale”.